|
Czasy są niespokojne, więc w ogniu walk poważniejszych, parę osób, jak to często bywa postanowiło załatwić osobiste dintojry. Piotr Zaremba, żeby jakoś zapomnieć o nieprzyjemnych dla siebie obrazkach z „marszu niepodległości”, dostał od paru dni amoku, tylko nie wiedzieć czemu na moim punkcie. Mimo że to nie ja, ale jego redakcyjny kolega Rafał Ziemkiewicz, jako medialny patron „marszu niepodległości” Zarembę o koszmary i niestrawności przyprawił.
A jednak to mnie od 11 listopada Zaremba poświęca nieprzyjemne wzmianki w każdym swoim tekście. Albo jawnie fałszując tezy moich artykułów (zakłada, może słusznie, że jego fani czytają tylko jego teksty, więc źródeł nie sprawdzą), albo zarzucając mi „nielojalność” wobec jego przełożonych z medialnej prawicy, którzy sami z lojalności wzajemnej na mieście wręcz słyną. Swego przełożonego Pawła Lisickiego, który lubił u Dominika Zdorta (inny przełożony Zaremby) i Wojciecha Wencla zamawiać teksty dotyczące życia osobistego tzw. pampersów, Zaremba nigdy o nielojalność żadną nie oskarżył. Jak z tego wynika, żeby zasłużyć sobie na wyrozumiałość ze strony Piotra Zaremby, trzeba go po prostu zatrudnić, jak to roztropnie zrobił Paweł Lisicki. Ja niestety dzisiaj zatrudnić nigdzie Zaremby nie mogę, więc i z jego wyrozumiałości nie mogę skorzystać. Trzeba zresztą gwoli uczciwości przyznać, że środowisko prawicowe nie różni się tu od środowisk innych, a Piotr Zaremba nie różni się od wielu innych przezornych wielbicieli siły i surowych sędziów słabości.
Zachowanie Zaremby jest jednak tylko przypadkiem szczególnym zjawiska o wiele szerszego. W czasie trwającej przez sześć lat wojny pomiędzy PiS-em i PO wielu dziennikarzy – choćby dlatego, że nie mieli wyboru, bo jedna i druga strona tej wojny zatrudniała i wyrzucała z pracy, i to zarówno w mediach publicznych, jak też prywatnych – znalazło się po różnych stronach bardzo wysokiej barykady. Jedni nadwyrężali rzeczywistość, aby pomóc Kaczyńskiemu, drudzy, aby pomóc Tuskowi. Dziś, kiedy Kaczyński zmierza już powoli do politycznego grobu, barykada się sypie, więc skłóceni ze sobą dziennikarze, często o prawie identycznych, raczej prawicowych poglądach, kończą wojnę polsko-polską pomiędzy sobą, ale żeby ich fani nie nazwali ich zdrajcami albo mięczakami, składają po drodze prawicowej publice przebłagalną ofiarę z kozła. Za mięso kozła służy zwykle albo „Krytyka Polityczna” (koniecznie „zmilitaryzowana”), albo Janusz Palikot (koniecznie w towarzystwie Roberta Biedronia i Wandy Nowickiej). Dzięki takiej ofierze nawet najostrzejsze kłótnie w prawicowej rodzinie można dzisiaj zażegnać. Jednają się zresztą nad mięsem ofiarnym z „lewaków” nie tylko dziennikarze ze zwaśnionych wcześniej mediów. Jednają się nad tą ofiarą także niektórzy politycy z dwóch zwalczających się wcześniej brutalnie parlamentarnych klubów.
Nie chcecie być kozłem ofiarnym polskiej polityki? Nie chcecie, żeby prawicowi dziennikarze i politycy na was czyścili swoje sumienia pobrudzone PO-PiS-ową wojną? Budujcie własną siłę. A dopóki własnej siły nie macie, przyglądajcie się uważnie naszej nowej Sanacji, czy aby nie wchodzi nam w fazę OZON-u. Czy Tusk wciąż utrzymuje równowagę pomiędzy swoimi „lewicowymi” i „prawicowymi” pułkownikami. Dopóki własnej politycznej siły centrolew w Polsce nie odbuduje, dopóki jego liderzy nie zaczną ze sobą współpracować lojalnie, przyglądanie się Tuskowi pozostaje główną dostępną w tym kraju polityczną rozrywką centrolewicy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...