|
Łódzkie SLD zaproponowało Witoldowi „nie zabijajcie nas” Waszczykowskiemu wiceprezydenturę miasta w zamian za głosy PiS-u na kandydata SLD w drugiej turze. Waszczykowski się zastanawia, ale robi to z tak malowniczym uśmiechem smakosza, że sądzę, iż w głębi ducha już podjął decyzję. Pewnym problemem jest to, że Jarosław Kaczyński akurat w tym tygodniu odgrywa antykomunistę, bo prezydent Komorowski zaprosił Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego (swoją drogę, ciekawe dlaczego, ja naprawdę chciałbym wierzyć, że nasz prezydent myśli i że jest to element jakiejś skomplikowanej politycznej gry, którą będę mógł się publicznie zachwycić, ale jeśli nasz prezydent jednak nie myśli i pewne decyzje same mu się podejmują albo i nie podejmują, to ja z całym moim proprezydenckim i proplatfomerskim intelektualnym piarem wyjdę na idiotę). W każdym razie w odpowiedzi na tego Jaruzelskiego, Jarosław Kaczyński wysyczał do swojej armii zombies (patrzę na tych zmobies ze smutkiem, bo są to często moi rówieśnicy mający za sobą „lata walk ulicznych” (cyt. za Michał Zygmunt): „Teraz to pewnie Kiszczaka zaprosi się jako eksperta w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego, a Urbana jako eksperta w dziedzinie wolności prasy”. Riposta byłaby przednia, gdyby nie to, że Kaczyński jeszcze parę miesięcy temu, w czasie prezydenckiej kampanii, sam zapraszał Edwarda Gierka jako eksperta w sprawach gospodarki i myśli mocarstwowej. Instrumentalny antykomunizm tak bardzo się już Kaczyńskiemu zużył, że mógłby wreszcie „odpieprzyć się od generała” (cyt. za Ten, którego imienia nie wolno w świecie czarodziejów wymawiać), skoro „dopieprza się” do niego w sposób tak obleśnie cyniczny. Ludwik Dorn napisał list otwarty do premiera Donalda Tuska, żeby ten nie wchodził z trzema samorządowcami z Ruchu Autonomii Śląska w koalicję w wojewódzkim sejmiku, bo Polska się od tego rozpadnie. Jeśli rzeczywiście Dorn zdecyduje się wrócić do PiS i zmieścić na listach wyborczych tej partii do parlamentu (bo nie jestem pewien, czy ktoś tak dumny chciałby „chodzić pod babą”, która kieruje PJN-em), będzie mógł wytłumaczyć, że robi w imię wyższej konieczności, żeby się Polska nie rozleciała na Śląsk, Pomorze, Mazowsze… (ja bym wtedy znów pochodził z Pomorza, więc bym sobie nie krzywdował). Donald Tusk dusi wszystkie partie, chce im zabrać pieniądze, a jego pomysł jest już niebezpiecznie blisko realizacji, bo zagłosują za nim przynajmniej PO (pieniędzy ma wystarczająco dużo) i PJN (które nic na tym nie straci, bo nie jest jeszcze partią i pieniędzy budżetowych nie ma). W tej sytuacji ja łódzkie SLD rozumiem, stanęło pod ścianą. Podobnie jak DKP i NSDAP mimo dzielących je różnic za największego wroga uważały zgniły liberalny Weimar, tak samo mogę sobie wyobrazić sytuację, w której SLD i PiS za największego wroga uznają średnio zgniłą i średnio liberalną Platformę, a nawet ją razem zdołają obalić. Dzisiaj w Łodzi, a jutro… itp. Oczywiście, jak DKP z NSDAP obaliły Weimar, to następnie NSDAP wchłonęło szeregowych działaczy DKP praktycznie w całości, a szefów zdekapitowało w Moabicie albo wykończyło w Dachau i to już był koniec historii. SLD słusznie jednak uważa, że polski Fuehrer to jednak „Fuehrer nieco dupowaty” (cyt. za pewnym kontrowersyjnym felietonistą Krytyki Politycznej funcjonującym anonimowo w Internecie jako Cezaryna - i tylko proszę nie demaskować jego tożsamości, bo może zaskarżyć). W tej sytuacji SLD uważa, że może zaryzykować wspólne z Waszczykowskim obalanie władzy Platformy. Życzę Sojuszowi, żeby się istotnie co do dupowatości PiS-u nigdy nie pomylił.
Jeśli trochę mnie od tego akurat przykładu eseldowskiego pragmatyzmu odrzuca, to dlatego, że Waszczykowski to jednak klasyczna postać z wikiliksa. Jak pamiętamy, posłany na negocjacje z Amerykanami natychmiast przeszedł na ich stronę i dzielnie dla nich powalczył. Jestem serdecznie ciekaw, co na jego temat będzie w wikiliksie, ale ponieważ felieton wysyłam zgodnie z harmonogramem przed godziną 24.00 w nocy z niedzieli na poniedziałek, „polskiego rodziału” wikiliksa jeszcze nie znam i nie wiem, z kogo ludzie będą się tutaj jutro śmiali najgłośniej.
Ja nie mam dzisiaj z polską polityką partyjną już naprawdę żadnego problemu, mogę zagłosować zarówno na PO, jak i na SLD, na Palikota, na Kluzik-Rostkowską, na PSL… - a na wszystkie bez entuzjazmu. Jednak kiedy ostatnio bez entuzjazmu, ale i bez poczucia jakiegokolwiek ryzyka, zagłosowałem na PO-PiS to się pomyliłem. Więc teraz także nie mam żadnej pewności, że głosując na SLD, nie zagłosuję na Waszczykowskiego, a głosując na PO… no nie wiem, głosując na PO głosuję na wygaszenie polityki w Polsce i tu akurat nie sądzę, aby mnie PO jakkolwiek zawiodło, gdyż w tej akurat dziedzinie Platforma swoje obietnice wypełnia z nawiązką.
W polskim Sejmie widziałem ostatnio taką oto niezwykłą scenę. Wicemarszałek Jerzy Wenderlich prowadził punkt obrad nazywający się „interprelacje i zapytania poselskie”. Z całkiem uzasadnionym rozbawieniem stwierdził, że należałoby tym razem nazwać ten punkt w pracach Sejmu „interpelacją i zapytaniem poselskim”, bo zgłosił się tylko jeden poseł - nomen omen Gosiewski - który interpelował do całkowicie pustej sali sejmowej, gdzie nie było nie tylko posłów z SLD, PSL i PO, PJN,ale także z jego macierzystej partii znanej pod nazwą Prawa i Sprawiedliwości. Kiedy już zatem Sejm zebrał się na krótką chwilę po przerwach wrześniowej i listopadowej, a przed przerwą grudniową, posłowie nie wykorzystują nawet tej rzadkiej okazji, by się zgromadzić na sali, wysłuchać interpelacji kolegi lub samemu zainterpelować.
Przez długie wieki zaborów, „przez tak liczne wieki” (cyt. za Alojzy Feliński), straszliwych zaborców trzech nie pozwalało Polakom wybrać Sejmu ani go zwoływać. Kiedy jednak pojawiła się rzadka okazja (tak samo rzadka, jak okazja do zebrania się Sejmu między wcześniowymi, listopadowymi i grudniowymi przerwami), to Polacy własnym Sejmem wcale się nie interesują, nawet ci Polacy, którzy zostali do tego Sejmu wybrani. Nie wiedzą, do czego go użyć, jak z nim postępować, zapał cechujący polskich parlamentarzystów przez całą pierwszą dekadę niepodległości (może istotnie nieco nadmierny), a potem nieco mniejszy zapał cechujący ich przez drugą dekadę, teraz wyczerpuje się na naszych oczach kompletnie, zgodnie z wezwaniem do „nierobienia polityki” idącym z bardzo wysoka.
W tym samym czasie, kiedy rządzący „polityki nie robią” (cyt. za rządzącymi), główna opozycyjna partia patriotyczna (w Polsce, zgodnie z wielowiekową tradycją partia patriotyczna musi być w opozycji) wysyła do Waszyngtonu Fotygę i Macierewicza. Czyli także klasyczne postacie z wikiliksa. Ciekawe, w jaki sposób, jakimi krotochwilnymi metaforami w jakimś kolejnym wikiliksie Fotygę i Macierewicza amerykańscy dyplomaci opiszą? Myślę, że zrobią to bardziej złośliwie niż to robił Palikot, skoro Putina amerykańscy dyplomaci potrafili nazwać „samcem alfa”, a Karzaja „paranoikiem” (tylko boki zrywać).
W całym tym wikiliksie jedyny naprawdę ciekawy i „motywacyjny” pakiet informacji dotyczy Iranu: że ma rakiety, które dosięgną Europę Zachodnią, że bombę atomową już trzyma nieomalże pod marynarką (bo irańscy przywódcy świeccy jednak nie noszą dżalabii, oni też są zmodernizowani tyle że inaczej), że nawet Arabowie proszą, żeby Amerykanie Iran zbombardowali, nawet Saudyjczycy Amerykanów o to błagają w przerwach między modłami zanoszonymi do Amerykanów finansując, ile wlezie straszną Al-kaidę. Wygląda na to, że ktoś całą tę pianę o Putinie samcu alfa czy Kadyrowie, co to komuś dał pięć kilo złota w ślubnym prezencie… wypuścił po to, aby do światowej opinii publicznej dotarła na falach tej piany mała papierowa łódeczka z komunikatem „Teheran musi zostać zbombardowany!” (parafraza za Katon Starszy). Może tym kimś był rzeczywiście - jak to wyśledził Pentagon i całe globalne dziennikarstwo śledcze - 23-letni amerykański żołnierz z Iraku, który, jak to wyczytałem w samiuśkim lemondzie: „Kopiował tajne dane, słuchając Lady Gaga na przenośnym plejerze” (musiał słuchać „”Po po po po po poker Face” i to raczej w wykonaniu Eryka Cartmana, a nie Lady Gaga). Ale ja jakoś nie mogę uwierzyć w aż tak malownicze i doskonale popkulturowe źródło dobrze zorganizowanego globalnego monażu. Czytałem w końcu „Montaż” Wołkowa, oglądałem produkcję filmową „Ghost Writer”, a nawet głosowałem na PiS w 2005 roku, więc przecież muszę być paranoikiem.
P.S. Swoją drogą, jako paranoik obdarzony jednak pewnym poczuciem humoru, chętnie przeczytałbym, co ma wikiliks do powiedzenia o Bronisławie Wildsteinie, Rafale Ziemkiewiczu, Zdzisławie Krasnodębskim, Ryszardzie Legutce i paru innych sojusznikach - mam nadzieję, że przynajmniej bezinteresownych, nie wożących 50 milionów dolarów w walizce, jak obecny wiceprezydent Afganistanu - USA nad Wisłą. Grających - znów mam nadzieję, że bezinteresownie - w antyunijnej orkiestrze z takim zapałem, że aż im palce krwawią od walenia w struny albo pęcherzyki płucne pękają od dmuchania w puzon. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...