|
Mój ulubiony South Park jednoznacznie opowiedział się po stronie hegemonii. Przyłączył się mianowicie do stygmatyzowania (a tym samym także dyscyplinowania i pacyfikowania) globalnej partii społecznego gniewu. W jednym z pierwszych odcinków nowego sezonu depresyjny dyrektor szkoły, do której uczęszczają Kyle, Stan, Cartman, Kenny i Butters (na listę 100 najpopularniejszych bohaterów światowego kina ostatnich 20 lat dostał się jedynie Cartman, zajmując tam 22 pozycję – pomścił Doktora Evila, wyprzedzając Austina Powersa!!!), nieopatrznie wywiesza na szkolnym korytarzu listę z nazwiskami uczęszczających do szkoły chłopców (czemu tylko chłopców? – bo inaczej nie byłoby całej intrygi) i informację, ile każdy z nich urósł (w calach) od ostatniego mierzenia. Cartman pomyłkowo bierze tę listę za upublicznioną informację o danych wrażliwych, czyli o długości uczniowskich penisów. Ponieważ Cartman uważa, że długość jego penisa została „przez władze” celowo zaniżona, by go publicznie upokorzyć, osobiście przeprowadza w chłopięcej toalecie akcję mierzenia długości penisów wszystkich uczniów klas czwartych (jego penis okazuje się zaledwie o 0,2 cala dłuższy, niż by wynikało z oficjalnej listy, ale i tak oznacza to „zdemaskowanie kłamstwa władzy”). Kiedy Cartman zostaje skarcony za swoją samowolną akcję w chłopięcej toalecie, a w dodatku wychowawczyni tłumaczy mu, że wszystko opierało się na nieporozumieniu, nasz wrażliwy bohater dostaje szału. W konsekwencji zostaje posłany do specjalisty od „radzenia sobie z własnym gniewem”. Podczas (nieudanej oczywiście) terapii Cartman poznaje innych pacjentów (m.in. lidera Tea Party wściekłego na rządzących Ameryką liberałów, rapera wściekłego na uprzywilejowanych, wygolonego na łyso reprezentanta White Power wściekłego na kolorowych, chińskiego kucharza wściekłego na klientów swojej restauracji…). Spotkanie wszystkich tych ludzi „niepotrafiących radzić sobie z własnym gniewem” z nieporównanie bardziej od nich samoświadomym Erykiem Cartmanem doprowadza szybko do ukonstytuowania się w South Park niezwykle aktywnej, zdolnej nawet do aktów przemocy „partii społecznego gniewu”.
Tym samym jeden z najdowcipiniejszych seriali animowanych kiedykolwiek zaprzęgniętych w służbę hegemonii pozbawia powagi ideę partii społecznego gniewu jako ostatniej już szansy na obalenie tego, co nieobalalne. Ostatnio z podobną skutecznością zaprzęgnięto dowcip w służbę hegemonii w filmie Hot Shots (jedynce, 1991). W tym kultowym dla mojego pokolenia filmie Jima Abrahamsa piloci irackich migów krzyczą „kuskus!” i „shish kebab!” (co wzbudzało wtedy nasz szczery, „antypoprawnościowy” entuzjazm), kiedy w ich samoloty trafiają rakiety wystrzelone przez Toppera Harleya, młodego amerykańskiego pilota o skomplikowanej osobowości, nosiciela wielu głębokich traum, granego w tym filmie przez Charlie Sheena świetnie pastiszującego Toma Cruisa z równie kultowej, tyle że w zamierzeniu twórców poważnej, superprodukcji Top Gun. Jak wiadomo, Groucho Marx pełni zazwyczaj funkcję nieco odmienną od Karola Marksa.
Ten przykład umacniania hegemonii za pomocą śmiechu przyszedł mi do głowy, kiedy przy okazji fali kolejnych przecieków dotyczących tego, co jeszcze Komando Foki znalazło w umocnionej willi Osamy bin Ladena (oprócz pornografii), pojawiła się informacja o odkryciu tam demonicznych planów zaatakowania na pełnym morzu tankowców, aby doprowadzić w ten sposób do upadku światowej gospodarki. Superman, oczywiście trójka z 1983 roku – przypomniałem sobie natychmiast. To właśnie tam demoniczny i pozbawiony skrupułów Ross Webster (jeszcze bardziej demoniczny Lex Luthor chyba się tam nie pojawia) przejął kontrolę nad znajdującymi się na pełnym morzu tankowcami, używając do tego celu satelitarnej nawigacji. Skierował je wszystkie na środek oceanu, daleko od portów, na co giełdy całego świata zareagowały krachem i nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdyby Superman nie odzyskał swoich mocy i tankowców spod władzy Rossa Webstera nie wyrwał. W ten sposób martwy Osama bin Laden został ostatecznie sprowadzony do poziomu popkulturowej ikony zła (Doktora Evila). A poczciwi dziennikarze „Gazety Wyborczej” i niepoczciwi dziennikarze „Rzeczpospolitej” ciągle jeszcze prowadzą między sobą śmiertelnie poważną (nawet jeśli nieco rytualną) dyskusję: „Czy trzeba było zabijać Osamę bez sądu?” (najważniejsze głosy w dyskusji: Lisicki – trzeba, Siedlecka – nie trzeba). I nawet jeśli bardziej przekonują mnie argumenty Siedleckiej, niż Lisickiego, który – mimo że prywatnie jest człowiekiem nad wyraz delikatnym – znów cynicznie odgrywa brutala przed żądnym krwi „PiS-owskim ludem” (cyt. za Ludwik Dorn), to i tak wydaje mi się, że gra naprawdę poważna nie toczy się między Lisickim i Siedlecką, ale między „globalną partią społecznego gniewu”, a pracującymi gdzieś na tyłach hegemonii scenarzystami South Parku albo Hot Shots. Nie da się ukryć, że PR-owy mecz hegemonia kontra globalna partia społecznego gniewu, znowu wygrywa hegemonia, bo scenarzyści South Parku i Hot Shots są naprawdę dobrzy. Oczywiście wygrywa na poziomie wizerunkowym, na poziomie symulakrów, ale one przecież, jak słusznie zauważył ś.p. Jean Baudrillard, wyparły już „rzeczywistość” czy też raczej ją „poprzedziły” (cyt. za Precesja symulakrów).
Dokładnie w tym samym czasie kolejny mimister rządu Torysów oświadcza grobowym głosem przed kamerami BBC, że Anglię czeka jeszcze głębszy kryzys, dalszy spadek dochodów realnych, i w ogóle „krew, trud, łzy i pot” (cyt. za Winston Churchill). Trzeba przecież uprzedzić i rozbroić nieuniknione nowe fatalne dane z brytyjskiej gospodarki szokowo terapeutyzowanej przez konserwatywny rząd (Nicka Clegga do brytyjskiego rządu raczej nie zaliczam, gdyż odgrywa tam co najwyżej rolę Waldemara Pawlaka). Na przykład przedstawiając kapitalizm jako siłę natury, wobec której rząd Camerona jest równie bezradny, co Japończycy wobec tsunami, a islandcy piloci wobec swych wulkanów.
W ten sposób hegemonia coraz bardziej profesjonalnie radzi sobie ze swoimi wrogami. Kreuje ich negatywny wizerunek i pozytywny wizerunek własny – jako władzy zarazem niewinnej, wobec „natury” bezsilnej i nad wyraz pokornej. Przyznam szczerze, że ponieważ mój stosunek do hegemonii jest ambiwalentny (jakby sobie hegemonia coś robiła z mojego stosunku), wolałbym, żeby zamiast z taką skutecznością radzić sobie z negatywnym wizerunkiem swoich wrogów i pozytywnym wizerunkiem własnym, hegemonia zaczęła sobie jakoś radzić ze sprzecznościami, które na naszych oczach rozwalają jej społeczno-ekonomiczne fundamenty. Ale z tym akurat hegemonia radzić sobie nie umie, tego nie zauważa. Może nikt po prostu nie odważy się już hegemonii powiedzieć, że jakieś sprzeczności jej społeczno-ekonomicznymi fundamentami targają?
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...