|
Istnieją dwa sposoby zwracania się do ministra Cezarego Grabarczyka. Na samym tylko portalu KP reprezentują je z jednej strony felietony Witolda Mrozka, a z drugiej wywiad Michała Sutowskiego. Przyznam, że pierwszy sposób odrobinę przypomina mi sposób pisania Łukasza Warzechy: jechałem wczoraj pociągiem, pociąg mi się spóźnił, co pan na to, panie rzekomy ministrze, panie okrutny likwidatorze świetnie ongiś prosperujących Polskich Kolei Państwowych? Nawet Warzecha zresztą tego sposobu pisania sam nie wymyślił. To jest specjalny „roszczeniowy” format tabloidu, stworzony w Anglii i Niemczech po dwustu latach ciężkiej instytucjonalnej pracy, aby kanalizować niezadowolenie ludu w sposób absolutnie kontrolowany.
Wywiad Michała Sutowskiego z Grabarczykiem jest zdecydowanie mniej roszczeniowy, natomiast nieporównanie bardziej wymagający. Stuka w parę konkretnych miejsc, przedstawia parę konkretnych kryteriów pozwalającej oddzielić sukces od porażki. Dlaczego mam coraz większe wątpliwości w stosunku do radykalnych z pozoru roszczeniowych tekstów polskiej prawicy i lewicy? Bo powracające w nich motywy są kompletnie dla tego kraju jałowe. Gdzie są w naszym kraju do kurwy nędzy koleje takie jak w Niemczech? Kolei takich jak w Niemczech długo jeszcze w Polsce nie będzie. Co nie znaczy, że nie należy precyzyjnie pytać, kiedy będą koleje lepsze niż są dzisiaj.
Tak samo jałowy jest generał Petelicki pytający, dlaczego jego ukochany Grom nie dostaje kasy pozwalającej utrzymać mu poziom wyszkolenia Komanda Foki. Albo generał Skrzypczak chcący się koniecznie dowiedzieć, dlaczego polska armia nie ma w Afganistanie takiego sprzętu jak armia amerykańska. Bo nie (tak, wiem, że zdania nie zaczyna się od „bo”). Bo nie jesteśmy Ameryką i długo nie będziemy. Bo jeszcze większa różnica niż ta, która dzieli Grom od Komanda Foki, czy Rosomaka od pierwszego lepszego drapieżnika na wyposażeniu US Army, oddziela pensje polskich nauczycieli i budżet polskiej szkoły od pensji i budżetu szkoły na przykład niemieckiej. A budżet i organizację polskiej służby zdrowia od budżetu i organizacji służby zdrowia na przykład szwedzkiej, norweskiej czy duńskiej.
Ale nie chodzi o to, aby Grabarczykowi wręczać kwiaty, czekając aż Platforma Obywatelska nagrodzi nas za to jedynką na liście do Sejmu w Lublinie. Nie taki był cel wywiadu przeprowadzonego przez Sutowskiego z Grabarczykiem dla portalu KP. Chodzi o kryteria, które pozwolą nam oddzielić polityczne plewy od politycznego ziarna. Precyzyjne kryteria odnoszące się w jakikolwiek sposób do dzisiejszego potencjału Polski. Uzasadniona jest bez wątpienia diagnoza, że Donald Tusk nie jest Angelą Merkel, ale dlaczego miałby być? Polska nie dostarcza żadnemu polskiemu premierowi takiej siły, takiego potencjału, jakich Niemcy dostarczają swoim szefom rządu. Począwszy od bogactwa materialnego, aż po polityczną wolę i organizację wspólnoty. Także Kaczyński nie jest Obamą czy Bushem, nawet otoczony mocarzami w rodzaju Ziobry i Dorna. Polska nie dostarczy żadnemu przywódcy takiego potencjału, jakiego Obamie czy Bushowi dostarcza Ameryka, nawet pogrążona w bezdennym kryzysie. Nasze roszczeniowe marudzenie („wybili”, „spóźnili”, „sprywatyzowali”…) musi zatem zachować proporcje dopasowane do kraju, narodu, społeczeństwa, państwa, które przez trzysta lat marnotrawiło/było pozbawiane wcześniejszego dorobku, bogactwa czy siły. Aż w końcu, w okolicach 1989 roku nie miało już prawie w ogóle nic, nawet w porównaniu z NRD, WRL czy CSRS. A wydaje mi się, że przez ostatnie dwadzieścia lat – ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich sześciu czy siedmiu – zaczęło ten potencjał powolutku odbudowywać.
Pomiędzy Tuskiem a Kaczyńskim widzę różnicę, jaka dzieli dwóch ludzi wiedzących, że mają do czynienia z trupem (prawie trupem, bo sam widziałem w połowie lat 80. ten naród, społeczeństwo, wspólnotę prawie zupełnie już martwe). Tusk zachowuje się jak anestezjolog próbujący utrzymać naprawdę ciężko chorego pacjenta w stanie znanym jako śpiączka farmakologiczna. Kaczyński to z kolei chirurg, który, kiedy podczas przeszczepu wątroby pacjent mu zaczyna odpływać, wykrzykuje mu nad uchem godnościowe kawałki mające się nijak do medycznych wymagań.
Znam człowieka, który został wprowadzony za pomocą morfiny w śpiączkę farmakologiczną. Dzięki temu przeżył, pomimo wyjątkowo ciężkich oparzeń. Gdyby pozostał świadomy, umarłby z bólu, tymczasem dzięki śpiączce farmakologicznej jego organizm uwolnił związane wcześniej niewyobrażalnym bólem rezerwy i przeznaczył je na regenerację. Ale uwaga, rozwiązanie „anestozjologiczne” nie jest do końca demokratyczne i równościowe. Oparte jest na dość przerażającej (widzowie pierwszego Matrixa będą wiedzieli, o co mi chodzi) prawdzie, że realne życie nie jest dla każdego. Jak ktoś nie może wytrzymać bólu wynikającego z faktu, że dzisiejsza Polska nie jest jagiellońskim mocarstwem (nie jest także Niemcami, Danią czy Szwecją), to przywrócony do stanu czuwania będzie wydawał z siebie wyłącznie roszczeniowe okrzyki: „nie dali mi kasy”, „nie dali mi silnej polityki”, „nie podstawili mi TGV”. Taki człowiek niech lepiej spędzi najtrudniejsze momenty monstrualnie bolesnej rekonwalescencji tego narodu/społeczeństwa/wspólnoty sam także pogrążony w jak najgłębszej śpiączce farmakologicznej. Naszprycowany żarciem z hipermarketu i radykalnym dyskursem. Władza to życie na jawie, polityka to życie na jawie. Tu za każdy roszczeniowy okrzyk płacimy realnym bólem.
Zatem program minimum to śpiączka farmakologiczna. Tusk ten program minimum realizuje. Oczywiście, kiedy akurat nie rzuca sympatycznej uwagi o Ossich albo nie wypuszcza na ring kompletnie nerwowo wykończonego Niesiołowskiego (któremu po latach walki i pracy prawo do śpiączki farmakolowicznej także już się należy, on sobie to prawo naprawdę wywalczył). Program maksimum to leczenie Polaków z posttraumatycznych historycznych fantazji nie tylko snem, ale np. prawdziwą „polityką Giedroycia”. Np. poprzez współpracę z ukraińskimi środowiskami lewicowymi (jak to zaczęła robić Krytyka Polityczna), liberalnymi (tym razem „Kultura Liberalna”, zamiast polemizować ze swoimi nieco prężniejszymi rówieśnikami mogłaby się spróbować z Krytyką Polityczną trochę się pościgać), konserwatywnymi (tu chwilowo nie wiem, do kogo w Polsce mógłbym się zwrócić z ofertą „wyścigu”).
Ludzie z KP nie potrzebują śpiączki farmakologicznej, żeby politykę w Polsce zacząć uprawiać już dzisiaj. Asertywną i realistyczną, całkiem oczyszczoną z „jagiellońsko-mocarstwowych” bredni i pohukiwania. Ale, przykro mi to powtórzyć raz jeszcze, życie nie jest dla każdego, szczególnie świadome życie w koszmarnym bólu po ciężkim, nieomalże śmiertelnym wypadku, po trwającej przez trzysta lat nieomalże śmiertelnej chorobie. Wystarczy zajrzeć do kolejnych numerów „Uważam Rze”, „Gazety Polskiej”, „Naszego Dziennika”, pisma „Czterdzieści i Cztery”. Tam ludziom cierpiącym, skręcającym się z bólu, zamiast morfiny podaje się amfetaminę, po czym zaczynają się barbarzyńskie „neomesjaniczne” tańce wokół stołu operacyjnego z tasakiem zamiast skalpela. Dlatego z tamtej sali operacyjnej dociera do nas tylko nieartykułowane wycie „operowanego” w ten sposób, a w istocie kaleczonego jeszcze poważniej pacjenta.
Ja nie chcę ludzi mieszkających w Polsce poddawać takiej „kuracji”. Zatem, albo sensowna polityka reformistyczna, organiczna – choćby taka jak polityka KP na Ukrainie czy w Rosji – albo głęboka śpiączka farmakologiczna ordynowana przez anestezjologa Tuska. W tym drugim wypadku chirurgami będą jednak inni, urzędnicy UE albo urzędnicy niemieccy. Nie, żeby mi to nadzwyczajnie przeszkadzało, ale jeśli śpiączka farmakologiczna ma być naprawdę elementem kuracji, a nie wyłącznie wstępem do śmierci klinicznej tutejszej wspólnoty, wówczas każdego dnia tej kuracji przynajmniej jedna komórka ciała pacjenta powinna się regenerować, powracać do normalnego życia, podejmować pracę, stawać się zdolna do bardziej „artykułowanego” myślenia o polityce i państwie.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...