> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Saudowie na promsach |
|
|
Cezary Michalski
|
|
23.03.2011 |
Torysi przestraszyli się trochę pojawiających się także w Anglii zarzutów, że strategia obwiniania za kryzys finansowy i deficyt budżetowy imigrantów-darmozjadów jest nieco zbyt faszystowska jak na normy społeczeństwa, które poza Kiplingiem miało także Orwella. Publicznie ogłosili zatem, że wbrew zaporowym „kwotom” dla imigrantów, które proponują, nie boją się „innych kultur. Dowodem na to ma być przedstawiony przez jednego z ministrów rządu Camerona, oczywiście w siedzibie londyńskiej giełdy, projekt szybkiej ścieżki imigracyjnej dla obcokrajowców-multimilionerów. Prawo stałego pobytu w Anglii (prosta ścieżka do obywatelstwa) obcokrajowiec, przedstawiciel najbardziej nawet egzotycznej „kultury” czy „cywilizacji”, będzie mógł otrzymać już po dwóch latach, jeśli zdeponuje co najmniej 10 mln funtów na koncie w brytyjskim banku. W wypadku gdyby „obcy” zebrał tylko 3 miliony funtów, czas oczekiwania na prawo stałego pobytu wydłuży się z 2 do 3 lat.
Zatem za kilka lat Saudowie zasiądą na widowni promsów już bardziej masowo. I będą machali chorągiewkami imperium przy Rule Britannia i Land of Hope and Glory (nieformalny hymn Partii Konserwatywnej). Mam nadzieję, że przynajmniej Jeruzalem Blake’a (nieformalny hymn Labour i związków zawodowych) zniknie z repertuaru promsów, bo to by już było w tych okolicznościach bluźnierstwo, zarówno dla martwego Blake’a, jak i dla żywych Saudów. Są oni zbyt zadowoleni ze swojej aktualnej pozycji społecznej, ze swych haremów trzymanych w staroangielskich cottage’ach pod Londynem, a także z możliwości torturowania sługi, jeśli zbyt późno przyniesie porannego „Timesa”, żeby chcieli wysłuchiwać na promsach jakiejś mesjanistycznej pieśni angielskiego chrześcijańskiego i socjalisty, pomstującego na pokrywające Anglię „szatańskie młyny” i formułującego taką oto obietnicę: „Myśl moja już nie spocznie w boju, / Nie uśnie miecz w uścisku rąk, / Póki nie stanie Jeruzalem / W Anglii zielonej, kraju łąk [tłum. Jerzy Pietrkiewicz].
Cameron stworzył zatem oryginalne przeciwieństwo prawa azylu, dającego możliwość ucieczki do Anglii słabym i zagrożonym, nie tylko politycznie (np. przemocą), ale także ekonomicznie (np. głodem). Tymczasem torysi otwarcie ustanawiają możliwość imigracji tylko dla najsilniejszych. Dobieranie się drapieżników w stado, żeby można było razem żerować w nowym globalnym chaosie. Brawa dla „katolickich” chłopców z „Rzepy”, fajnego wybrali sobie ideowego patrona. Thatcheryzm drugiej fali jest jeszcze bardziej odczarowany, cyniczny niż pierwszej, choć coś takiego wydawało się już niemożliwe. Czym jest to dziwne neonaturalistyczne wyznanie parareligijne, które dopadło dziś i przekształca do kości całą postchrześcijańską prawicę (wyznawców Kronosa, katolików rozpłodowych, darwinistów społecznych i religijnych…) na całym praktycznie globie? Silni do silnych, a słabych niech szlag trafi, nie należą do naszego gatunku. Jakie to dziwne odwrócenie Kazania na Górze.
Błogosławione ludzkie drapieżniki, niech one posiądą tę ziemię. Faktycznie, zawsze ją posiadały i antynaturalizm Jezusa Chrystusa był dla nich zbyt jawną kompromitacją tego „bezsilnego, resentymentalnego żydowskiego mesjasza” (cyt. za sporą liczbą ortodoksyjnie prawicowych autorów, a nie tylko za Nietzschem, który jest na tym tle stosunkowo najsympatyczniejszy, bo na zmianę sam przeciw krzyżowi bluźnił i sam się krzyżował).
Nie chciałbym być obsesyjny (he, he…), ale znowu włóczy mi się po mózgu pytanie, czemu polska prawica aż tak zdziczała, że wybiera sobie takich patronów jak Cameron? Czemu wybrała darwinizm zamiast chrześcijaństwa, choć nazywa się często i chętnie „prawicą katolicką”, a o ile dobrze pamiętam, katolicyzm to jedna z denominacji chrześcijaństwa, a nie jedna z denominacji darwinizmu społecznego, który zresztą w swojej początkowej wersji w ogóle nie był wyznaniem (później owszem, czasami się nim stawał, np. w Niemczech i paru innych miejscach na świecie)? Przekonuje mnie odpowiedź Zygmunta Baumana z wykładu na otwarciu klubu KP w Londynie: „Brak respektu dla samej siebie, jaki cechuje podklasę, która w wielu krajach zastąpiła zdemontowany już przez globalizację proletariat, uniemożliwia członkom podklasy zarówno zbudowanie jakiejś tożsamości zbiorowej, jak też mobilizację polityczną”. Każdy przedstawiciel podklasy nienawidzi bankierów, maklerów albo chociażby gwiazd popu, ale jednocześnie resentymentalnie marzy, aby się nimi indywidualnie stać (tak jak Kłopotowski marzy o tym, by się stać „Żydem” mającym ponoć „zupełnie wyjątkową zdolność przetrwania”). Członka podklasy, właśnie dlatego, że nie ma respektu dla samego siebie, bardzo łatwo poszczuć na innych członków podklasy, a także na związki zawodowe, na prawo pracy, na redystrybucję… na wszystkie instytucjonalne formy solidarności społecznej, jako na więzy krępujące go w jego rysującym się już na horyzoncie indywidualnym wspaniałym awansie (nawet jeśli zazwyczaj członek podklasy w przyczepie się rodzi i w przyczepie umiera, jeśli mu oczywiście bank przyczepy nie zlicytuje z powodu niespłaconego debetu).
My, młodzi postsolidarnościowi prawicowcy, wchodziliśmy w III RP jako podklasa (sam pamiętam liczne „redakcje”, które konsekwentnie nie płaciły dziennikarzom; jedne dlatego, że w ten sposób ich szefowie „akumulowali kapitał”, inne dlatego, że realnie nie miały z czego), a przecież nasi rówieśnicy niebędący „prawicowymi dziennikarzami, nie mieli wcale lepiej, wręcz przeciwnie. Z tamtego okresu pochodzi Mandela Maleńczuka: „Nelson Mandela wydaje raut dziś/ Pierwszy z gratulacjami pcha się de Clerc/ Na wardze włos z pizdy pomywaczki/ Czarni dziś mają na imprezę wolny wstęp”. Tak mniej więcej wyglądał początek naszej ustrojowej transformacji, przy całym oczywiście szacunku dla okrągłego stołu, dla entuzjazmu przed kawiarnią „Niespodzianka”, itp., itd. Amen.
Jako ulicznicy przegranej rewolucji pierwszej „Solidarności” wchodziliśmy w III RP, jej kapitalizm, bez respektu dla samych siebie. Zamiast zachować jakąś tożsamość, stworzyć, negocjować, chcieliśmy być tacy jak ojcowie założyciele i matki założycielki towarzystwa ubezpieczeniowego Polisa, jak Marek Król ze swoją willą w Konstancinie oraz sprywatyzowanym i uprawicowionym tygodnikiem opinii, jak Jerzy Urban z tegoż Konstancina z tygodnikiem opinii też już prywatnym, tyle że nieuprawicowionym. „Nas” od „nich” różniłoby oczywiście to, że my nie mielibyśmy jako „wyższa klasa średnia” komunistycznej przeszłości, a w przeciwieństwie do Jerzego Urbana bylibyśmy katolikami. Krótko mówiąc, nasz społeczny ideał jako członków postsolidarnościowej podklasy niemających respektu dla własnego statusu ulicznika III RP wyglądał następująco: być Jerzym Urbanem z domem w Konstancinie, ale zarabiać nie na tygodniku „Nie”, ale na „Gościu Niedzielnym”, a do basenu zapraszać na konsultacje polityczne nie Adama Michnika, ale Marka Jurka. To był właściwie maksymalny horyzont naszej „krytycznej refleksji” nad kapitalizmem, transformacją, nad zmianą społeczną. Legutko w połowie lat 90. też już nie był lepszy, jeśli chodzi o jakość intelektualnej paszy, którą pakował do głowy prawicowcom mojego pokolenia łopatami swoich felietonów. Kapitalizm dobry, socjalizm zły, nad kapitalizmem nie warto się w ogóle krytycznie pochylać, bo jest z natury dobry, a niedobry staje się wówczas gdy „robią go postkomuniści”. Jeszcze dziesięć lat wcześniej w książce Spory o kapitalizm świetnie opowiadał o rozmaitych wątpliwościach zachodnich liberałów i konserwatystów wobec wolnego rynku; jego własna refleksja nad kapitalizmem w Polsce była żałośnie, beznadziejnie głupia.
Jedni z nas stali się w końcu tacy jak Marek Król czy Jerzy Urban realnie, inni stali się częścią globalnej elity po „feuerbachowsku”. Projekcyjnie utożsamiając się z Davidem Cameronem i torysami, oddelegowaliśmy na nich wszystkie nasze lepsze cechy. Cały respekt, którego nie zachowaliśmy dla samych siebie. Stało się to tym łatwiej, że, podobnie jak w przypadku Boga u Feuerbacha, realnych torysów w ich naturalnym środowisku społecznym żaden z nas na początku lat 90. jeszcze nie widział. Dzisiaj Bielan i Kamiński widzieli już swoich torysowskich bogów w europarlamencie. Ciekawe, czy przeżyli na ich widok to, co Ezechiel na widok ognistego wozu Jahwe?
Piotr Semka wychwalający Camerona za jego walkę z multikulturalizmem nie ma dla siebie respektu jako dawnego solidarnościowego ulicznika i buntownika. Tylko znowu: gdyby majątkowy cenzus obywatelstwa ustawiony przez Camerona na poziomie 10 milionów funtów wprowadzono by w III RP, Piotra Semki nigdy by tu nie wpuszczono, bo on 10 milionów funtów nie miał i nie ma (jest na to jednak zbyt uczciwy). W ogóle nikogo z nas w latach 90. do III RP by nie wpuszczono, bo żaden z nas nie posiadał 10 milionów funtów (ale czy faktycznie aż tak wielu z nas do III RP naprawdę „wpuszczono”?).
Oczywiście jak przystało na epokę „współczującego konserwatyzmu”, wprowadzenie przez Camerona cenzusu majątkowego dla imigrantów odbywa się pod hasłem o „tworzeniu miejsc pracy” przez naftowych, diamentowych albo po prostu żyjących z kanibalizmu peryferyjnych miliarderów. Jak pamiętamy, ostatni narzeczony Lady Di Al-Fayed junior tworzył miejsca pracy wprost kompulsywnie. Nie mógł spokojnie zasnąć, jeśli wcześniej w londyńskim, paryskim albo nowojorskim nocnym klubie jakiegoś miejsca pracy nie stworzył. Prawdopodobnie nawet jego tragiczna śmierć w Paryżu wynikała stąd, że spieszył się, aby jakieś miejsce pracy stworzyć, bo już mijała północ, a on jeszcze żadnego nie stworzył. A ponieważ każdy dzień bez stworzenia miejsca pracy był dla niego dniem straconym, kazał swemu kierowcy (o, jeszcze jedno miejsce pracy) wcisnąć pedał gazu do dechy i w ten sposób stał się męczennikiem tworzenia miejsc pracy, wynosząc przy tej okazji na medialne ołtarze także Lady Di. Przepraszam wszystkich za ten bernhardowski kawałek, trochę mnie poniosło, ale być może sam - zgodnie z diagnozą Baumana - jako przedstawiciel podklasy polskiej publicystyki nie mam wystarczająco dużo respektu dla samego siebie, żeby poczciwej krytyki społecznej nie przekształcać od razu w kompulsywną heine’owsko-bernhardowską „orgię szyderstw z kultury niemieckiej” (cyt. za Krzysztof Kłopotowski), za pomocą której żadnego proletariatu ani nawet podproletariatu miast i wsi zmobilizować politycznie nigdy się nie da, „cała ta moja bezużyteczność przeraża mnie” - parafraza Pascala, przynajmniej rytmiczna).
Naturalistyczny reaktor kapitalizmu, zamontowany w samym sercu antynaturalistycznego judeochrześcijaństwa, aby nadawał mu energię (bo bez tego wszyscy staniemy w kolejce po kartki na cukier), miał jednak chłodzenie etyczne, polityczne, prawne, związkowe… Teraz ulega stopieniu (jak prawo pracy w Polsce w zderzeniu z wymaganiami „elastyczności rynku pracy”). Jeśli globalizacja rynkowa nie znajdzie „chłodziwa” w postaci globalizacji społecznej i politycznej, w postacie idei politycznych i religijnych, które byłyby świadome konieczności „wyjścia z natury” i „regulowania naturalistycznego rynkowego źródła energii”, nastąpi wyciek radioaktywny o rozmiarach raczej apokaliptycznych. Już następuje, a thatcheryści drugiej fali są pierwszymi napromieniowanymi mutantami. Nasi polscy mutanci też nie wyglądają lepiej. Garnitury z trudem maskują pokrywające ich ciała dziwne narośle, drugie, a czasami nawet trzecie pary rąk i odnóży, dodatkowe pary oczu na obu pośladkach, a czasami nawet drugą małą główkę, która wyrasta na plecach i szepcze nam do ucha coś zupełnie innego niż to, co ta pierwsza i większa głośno opowiada „prawicowemu ludowi” z medialnej trybuny.
PS. Mój poprzedni felieton Kod kulturowy Borata był adresowany głównie do moich dawnych kolegów z prawicy. Ponieważ nie mam już dzisiaj żadnego wpływu na prawicowy język, mają go natomiast Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, Piotr Zaremba, to oni powinni się zająć nie tylko polemiką z Adamem Michnikiem, ale także bezdenną głupotą i jawnym faszyzmem, które rozkwitają w ich własnym obozie, np. na prowadzonym przez Igora Jankego portalu Salon24 czy na prowadzonym przez Michała Karnowskiego portalu wpolityce.pl. Nie wzywam ich do cenzury, wzywam ich do uczciwej rozmowy z ich własnymi „fanami”. Wiem, że to ryzykowne, bo od razu staną się w oczach swoich fanów „mięczakami”, a może nawet nosicielami „kulturowego kodu judaizmu”. Ale to oni odpowiadają teraz za intelektualną jakość własnego obozu, który już żadnej jakości po Smoleńsku nie trzyma. Oni powinni polemizować - i to raczej gwałtownie - z Rymkiewiczem i Kłopotowskim, nie ja. Zamiast nich odezwała się jednak „GW”, która zrozumiała z całego mojego tekstu tylko tyle, że „Cezary Michalski przeprowadza samokrytykę”. Są ludzie, którzy do żadnej samokrytyki nie są zdolni, bo nawet nie wiedzą, że kiedykolwiek popełnili jakiś błąd (np. przez całą epokę własnego uczestnictwa w wojnach kulturowych lat 90. albo sporach towarzyszących transformacji ustrojowej III RP). Takich ludzi nazywamy wujkami samo dobro, a „Wyborcza” jest bez wątpienia wujkiem samo dobro paradygmatycznym. W świecie wujków samo dobro odgrywanie wujka samo zło przychodzi człowiekowi z niezwykłą łatwością i przynosi wprost nieopisaną przyjemność. Radzę samemu spróbować, to się przekonacie.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 24.03.2011 )
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...