|
Michał Sutowski napisał felieton, dobry i poważny (oh moja własna powago, gdzieś mi się podziała?), o hipokryzji Zachodu w kwestii względnego albo bezwględnego potępiania zamordyzmu na peryferiach w zależności od tego, czy jest to zamordyzm bardziej „nasz czy wasz”. Zobaczyłem jednak pod tym felietonem także wpisy entuzjastów walki z prawami człowieka, liberalną demokracją i całą resztą tego „zachodniego bełkotu”. Oczywiście na portalu KP trafić można zazwyczaj na entuzjastów „lewicowych”, na innych portalach takie same rzeczy piszą „prawicowcy”. Sutowski walczy z hipokryzją ukrywającą instrumentalizację wartości – inni walczą z wartościami. Właśnie tak się na polskiej prawicy przejechałem (i ona przejechała się na mnie). Swego czasu walczyłem z hipokryzją „Wyborczej” (no dobra, niech się już tak Ewa Milewicz wiecznie na mnie nie dąsa, wszyscy jesteśmy niemieckimi hipokrytami, a im więcej władzy, tym więcej hipokryzji, trzeba tylko własną władzę zobaczyć) – oni walczyli z wartościami „Wyborczej”. Różnica podstawowa. Zupełnie nie ta sama walka. Czy odrzucamy hipokryzję wrażliwości – zazwyczaj konieczną, kiedy trzeba wrażliwość uzgodnić z „polityką realną”, zazwyczaj także niestety przekraczającą granicę konieczności – czy odrzucamy samą wrażliwość? Czy walczymy z nadmiarem przemocy modernizacyjnej, czy walczymy z modernizacją? Nigdy nie byłem wrogiem modernizacji, chciałem jej skutecznej, sądziłem (tak, bo teraz wcale już nie jestem tego pewien i to jest mój problem, a nie problem wszystkich adresatów moich kompulsywnych polemik), że będzie skuteczniejsza przy nieco mniejszej dawce przemocy – symbolicznej, zwykłej, wyrzucania z pracy, przyprawiania „gąb”… Więc niech się Michał Sutowski nie dziwi, jeśli ci sami, którzy dziś chwalą go za „demaskowanie hipokryzji Zachodu”, ekskomunikują go kiedyś jako „zachodniego sługusa”. Bo z tego, co wiem, to jemu akurat północnoeuropejska socjaldemokracja – jednak część Zachodu, nawet jeśli najlepsza – jest realnie bliska. Oczywiście twierdzenie, że północnoeuropejska socjaldemokracja nie ma swojej mrocznej strefy hipokryzji – że czasem nie handluje nawet z Wujkiem Samym Złem, kiedy trzeba uratować jakąś zbrojeniówkę, jakąś stalownię i jej pracowników… byłobym zamykaniem oczu na oczywistość (fakt, że nie każdy „północnoeuropejski socjaldemokrata” musi się od razu, jak Schroeder, zatrudniać w Gazpromie). A jednak hipokryzja wymusza na „północnoeuropejskiej socjaldemokracji” przynajmniej ciągłe dialektyczne wewnętrzne napięcie, które sprawia, że nawet rzeźników (a zarazem partnerów handlowych) trzeba od czasu do czasu potępić, o ich ofiary od czasu do czasu trzeba się upomnieć. A jeśli już obywatele peryferyjnych godnościowych katowni sami zaczną swoich godnościowych („Rosjanie napluli nam w pysk! Rosjanie napluli nam w pysk!” – w mojej głowie niestrudzenie entuzjazmuje się Anna Fotyga) przywódców obalać, to w pewnym momencie, jak to obalanie będzie się wydawało nieodwracalne nawet z punktu widzenia Oslo czy Sztokholmu, trzeba jednak prezydentom Tunezji, Egiptu i Libii zamrozić konta, którymi wcześniej zarządzało się efektywnie i w jak najlepszej wierze. „Północnoeuropejska socjaldemokracja”, nawet ze swoją hipokryzją, jest lepsza od godnościowych zamordystów hipokryzji zupełnie pozbawionych. Drapieżniki są szczere i autentyczne, ludzkie drapieżniki też szczerość i autentyzm sobie upodobały (widzicie, jak mało mam szacunku dla „czystej natury”?, choć Tomasz z Akwinu był tu jednak bardziej precyzyjny ode mnie, szanując tygrysa „bo musi być bestią”, a nie człowieka „gdy bestią być lubi i chce”). Kiedy umiłowany syn… nie, nie przywódcy Korei Północnej, ale samej Margaret Thatcher, postanowił pewnego dnia „odrzucić zachodnią hipokryzję” i zaczął handlować wszelką możliwą bronią z wszelkimi możliwymi afrykańskimi rzeźnikami, omijając wszelkie możliwe embarga, to od razu zmienił się w bestię i nawet „północna socjaldemokracja” (rozumiem to pojęcie szerzej niż Sutowski, rozciągam je na wszystkie „hipokrytyczne” regulacje zachodniego kapitalizmu) nie potrafiła się w synu Margaret Thatcher odnaleźć (jako w człowieku, który „bestią być lubi i chce”). Próbowała go skazać, a nawet realnie ukarać, może jeszcze próbuje.
W „pełnym hipokryzji” BBC World News retransmitują kolejny odcinek The Doha Debates – arabsko-arabską i arabsko-zachodnią dyskusję na temat trwającej właśnie rewolucji demokratycznej. Arabscy specjaliści od demokratyzacji mówią takim angielskim, że ja – mówiący gorszym angielskim od nich – mogę ich przynajmniej zrozumieć. Z nienagannym brytyjskim prowadzącego debatę cynicznego Angola mam więcej kłopotów. Wszyscy odgrywają swoje role: Arabowie powtarzają, że czas dyktatorów „is over”, prowadzący Angol „orientalizuje” swoich rozmówców (nie, żeby miał tego świadomość), zastanawiając się głośno, czy Arabowie dojrzeli do demokracji. Salę to oczywiście wkurza, Angol nie rozumie dlaczego. W tym przewidywalnym pejzażu jedno pytanie z sali, które do mnie naprawdę dotarło. Młody człowiek o arabskim wyglądzie pyta: „Czy największą obawą nie jest to, że lud, który powszechnie popierał dyktatorów przez trzydzieści, czterdzieści lat, w ciągu 25 minut ich powszechnie odrzuca? Oczywiście wszystko wiemy o terrorze i strachu, ale czy sama ta nagła, radykalna, całościowa zmiana nie jest niepokojąca, przecież ona może zajść w każdym kierunku, dowolnie daleko…”. Od razu zastrzygłem uszami i pomyślałem: oto „nieprzystosowany”, „dialektyk”, „gnostyk”, a może nawet człowiek religijny, który potrafi swojej wierze nadać refleksyjność? Tym bardziej, że zarówno z jego wieku jak też z pewnych marginalnych, aczkolwiek znaczących cech jego wystąpienia, zrozumiałem, że nie jest to arabski Jerzy Urban czy – zachowując wszelkie proporcje – arabski Bronisław Łagowski, czyli ludzie, którzy przy wszystkich swoich ogromnych walorach intelektualnych mają biograficzny interes w podkreślaniu niestabilności ludu, bo sami obstawili kiedyś stabilność polityki i władzy i się na swoim obstawieniu trochę przejechali. Niestabilność znowu zatem nie jest problemem wyłącznie arabskim. Wschodnie landy Niemiec (jeszcze nic nie mówiłem o Ossich, choć nie jestem premierem i nie spoczywa na mnie aż taka odpowiedzialność za publiczne słowo) cechuje ogromny elektorat „pływający” między neofaszystami i Die Linke, a po drodze zawadzający o chadecję i liberałów. I ciągle wszyscy go rozczarowują, co najmniej tak, jak ciągle wszyscy rozczarowują Marcina Mellera, będącego przecież solą polskiego mieszczaństwa – klasy refleksyjnej. Przepływy elektoratu bardziej ludowego między SLD a PiS są równie zabawne. A jeśli myślicie, że ja sobie ufam, to odpowiem uspokajająco – już od dawna nie. Moje emocje są tak samo niestabilne jak emocje Marcina Mellera i ludu, nawet jeśli potrafię je ubrać w nieco bardziej sofistykowany strój retoryki i tautologii (nie „jak cepy”, ale powiedzmy, jak nowoczesne maszyny rolnicze z czasów Bismarcka, które docierały na podtoruńską wieś, budząc zachwyt miejscowej szlachty i bardzo przyspieszając wśród niej proces uczenia się języka niemieckiego, a potem nawet startowania w wyborach do parlamentu w Berlinie).
The Doha Debates są z Kataru, podobnie jak telewizja Al-Dżazira, z której prawdziwie zrobiło się prawdziwie „północnoeuropejskie” medium. Kiedyś delegacja polskich dziennikarzy wszystkich opcji, także tych „eksterminowanych”, poleciała do Al-Dżaziry. I mimo całej prawicowej skłonności do walki z multikulturalizmem i do udziału w wojnie cywilizacji członkowie polskiej delegacji wrócili szczerze zafascynowani swoimi rówieśnikami, arabskimi dziennikarzami chcącymi patrzeć na ręce władzy, każdej władzy, marzącymi choćby o hipokryzji „północnoeuropejskiej socjaldemokracji” w świecie, którego monarchowie wartości zachodniego mieszczaństwa tolerują wyłącznie, kiedy jeżdżą do swoich kamienic i hoteli w Londynie, gdzie „konserwatysta współczujący” miliarderom Dawid Cameron w ramach walki z wielokulturowością czyści Londyn z ludzi bez nadmiaru kasy (likwidacja socjalnych dopłat do wciąż drożejących w Londynie mieszkań), zasiedlając „gentryfikowane” w ten sposób dzielnice naftowymi książętami z całego świata – z ich haremami, obrzezanymi rytualnie kobietami, dworami służących i skłonnością do tortur (nie dość, że „Big society”, to jeszcze „Big society” globalne). Semka, Bielan, Kamiński są bardzo zabawni, kiedy sądzą, że „współczujący konserwatysta” Cameron także im współczuje. Naftowi książęta i konserwatyści Camerona naprawdę należą do tej samej kultury, podczas gdy Semka, nawet z Ratyzbony, nigdy do tej ich kultury nie należał i należeć nie będzie. Przez większą część swego życia – tę którą spędził na polskiej ulicy – należał do tej samej kultury, co godnościowi (fakt, że czasem nieco przesadnie) arabscy chłopcy z przedmieść Paryża. Nawet muzyki tej samej słuchał. A Cameron słucha tylko Ralpha Vaughana Williamsa na finale Promsów. Albo udaje, że słucha.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...