|
Są na świecie (a nawet w Polsce) rzeczy naprawdę gorsze od biskupów. Nie wierzycie, to posłuchajcie… Kardynał Kazimierz Nycz w rezurekcyjnej homilii ośmielił się powiedzieć: „krzyż jest znakiem miłości, a nie zwycięstwa”, mimo że pośród jego słuchaczy musiało być sporo ludzi spragnionych zwycięstwa, szczególnie ziemskiego, a wobec tego gotowych krzyż, Chrystusa, co tylko się da – na ziemskie zwycięstwo wymienić. Tymczasem Grzegorz Górny, redaktor naczelny „Frondy. Pisma poświęconego” (dysponujący także „Frondą. Portalem poświęconym”, gdyż podobnie jak Midas wszystko zmieniał w złoto, Górny posiada zdolność uświęcania wszystkiego, czego się dotknie) w świątecznej „Rzeczpospolitej” częstuje nas innym przesłaniem: „Sukces Orbana może pokazać prawicy w Europie, że nie ma konieczności dziejowych, które nieubłaganie pchają świat na lewo”. Te słowa pochodzą w dodatku z tekstu zatytułowanego tryumfalistycznie: Wahadło wychyliło się w prawo.
Nie chodzi już nawet o to, że przesłanki tego dziwnego zdania są dość chaotyczne: pojęcie „konieczności”, która koniecznością nie jest; „nieubłaganej”, którą jednak może zakwestionować zwykły werdykt wyborczy; niemożliwa do przeprowadzenia próba połączenia wizji prawicy tryumfującej (chociażby na Węgrzech) z prawicą jako bezbronną (eksterminowaną?) ofiarą tryumfującej „na świecie” (czyli gdzie właściwie?) lewicy. Dla mnie jednak ważniejsze jest to, że „Fronda. Pismo poświęcone”, według samego redaktora i większości autorów nie jest przecież pismem politycznym, ale religijnym. A jednak jego redaktor w największe święto chrześcijaństwa – które ponoć wyznaje – zamiast tematu najbardziej choćby odlegle związanego z religią wybrał „prawicę” i „lewicę”, pojęcia w dodatku nigdy i nigdzie przez niego sensownie treściowo nie objaśnione (a śledzę twórczość Grzegorza Górnego i jego myślenie od osiemnastu lat), ponieważ zawsze i wszędzie używane przez niego wyłącznie w funkcji totemów. Przy jednym totemie (nie wiem, jakie dzikie zwierzę zostało tam wyrzeźbione) Górny skrzykuje swoich (pra-wi-ca, pra-wi-ca, pra-wi-ca…), a przy drugim totemie stoją wrogowie (le-wi-ca, le-wi-ca…).
Nie budzę się z krzykiem, kiedy ktoś wejdzie do mojej sypialni i wyszepcze przerażające słowo „Oorbaan”. Czasem tylko mi szkoda, że człowiek, który zaczynał jako komunitarystyczny liberał, w którym kiedyś nawet Agnes Heller widziała nadzieję środkowoeuropejskiej polityki, kończy jako wielkowęgierski nacjonalista i właściwie nic więcej. Szkoda mi, że człowiek, który w apogeum węgierskiej wojny na górze (równie absurdalnej i równie nieuniknionej, co nasza) wymyślił hasło „Fidesz – dzieci rozwiedzionych rodziców”, po dwudziestu latach uczestniczenia w węgierskiej polityce sam skończył, napierdalając swoich współbraci od „zdrajców”, „nie-Węgrów” i jeszcze gorzej, będąc z kolei przez nich napierdalany od „faszystów”. A wszystko to zgodnie ze stosunkowo prostą, ale jakże słuszną teorią Alice Miller o toksycznych rodzicach przekazujących swoim dzieciom skłonność do przemocy. W naszych patologicznych środkowoeuropejskich rodzinkach od przemocy domowej nie ma ucieczki. Nie tylko w węgierskiej patologicznej rodzinie, ale także w polskiej (sam jestem jej wychowankiem i proszę, jak pięknie wyrosłem na osiłka z młotem).
Nie o Orbana zatem mi chodzi, tylko o to, że czytając wielkanocne przesłanie redaktora „Frondy. Pisma poświęconego”, wciąż myślę, jak musieli myśleć zawiedziony Karmazinow albo inny stary Wierchowieński o swoich oszalałych dzieciach instrumentalizujących wszystko i wszystkich, każdego Boga, każdego człowieka: czemu ci ludzie nie są w stanie uwierzyć w nic choćby nieco bardziej skomplikowanego niż zwykłe, proste napierdalanie?
Co ma wspólnego Chrystus z prawicą? Już prędzej z lewicą, jeśli poczytać Ewangelię. Naprawdę nie ma tam kultu „rodziny na swoim” ani kultu narodów na swoim (wielko-węgierskiego, wielkopolskiego itp), nie ma tam kultu ziemskiej siły i ziemskiej potęgi, nie ma tam kultu nierówności szans, kultu niepłacenia podatków, kultu funduszy hedgingowych działających na rynkach wschodzących… – nie ma tam żadnego spośród kultów będących istotą dzisiejszej prawicowej ideologii. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami. Ale nie chciałbym się nawet upierać przy lewicowości Chrystusa. Mi wystarczyłoby już to, że Chrystus będzie Chrystusem (choć przy Wielkanocy), a nie neonaturalistycznym rytuałem wzajemnego stawiania sobie buta na twarzy (prawicowego buta na lewicowej twarzy, lewicowego buta na prawicowej twarzy).
Trudno jednak ukryć, że to katolicki biskup, a nawet kardynał – wybrany przez Watykan, bo polski episkopat wybrał Wielgusa – powiedział tego dnia: „krzyż jest znakiem miłości, a nie zwycięstwa”, podczas gdy zdziczały Słowianin wykorzystał ten dzień, żeby powalczyć o zwycięstwo „prawicy” , a właściwie o swoje zwycięstwo, bo gdyby zapytać zdziczałego Słowianina, co to jest „prawica”, to niczego zbornego by powiedzieć nie umiał.
„Fronda” i „Rzeczpospolita” (wraz z tygodnikiem „Uważam Rze”) to dzisiaj prawdopodobnie najbardziej antychrześcijańskie pisma w tym kraju. Może tygodnik „Nie” w swoich najmocniejszych momentach im dorównywał, Urban miał oczywiście nieco bardziej ambitny cel intelektualny – wyzwolenia Polaków z idolatrii i głębokiego seksualnego pokręcenia – ale szlachetny cel jak zwykle przesłoniły metody. Przemoc symboliczna pochłonęła wszystko i zamiast „zmienić oblicze Ziemi, Tej Ziemi” (o czym pewnie Urban marzył, bo wszyscy o tym tutaj marzą, od Jana Pawła II po Jarosława Kaczyńskiego) pozostanie w polskiej historii jako jeszcze jeden polski klozetowy dziadek umazany gównem i tą samą substancją próbujący umazać innych (piszę o tym ze smutkiem, nawet nieudawanym, a nie w poczuciu „prawicowego tryumfalizmu”).Ale „Rzeczpospolita” i „Fronda” – obojętnie, czytane w dzień powszedni czy od święta, w dodatku największego święta dla chrześcijan – mają jeszcze mniej z chrześcijaństwem wspólnego niż tygodnik „Nie”, bo w miejsce Chrystusa całkiem jawnie podstawiają polityczne i ideologiczne idole, kolosy i bożków. Powstaje pytanie – zaadresowane także do lewicy – dlaczego oddawać im w Polsce Chrystusa?
Nigdy nie wierzyłem w słodką russowską (od Rousseau a nie od Rusi) słowiańszczyznę, którą wypaczyło złe chrześcijaństwo czy nawet zły Kościół. Sądziłem, że było zupełnie na odwrót i to chrześcijaństwo (czy nawet Kościół) pomogło Słowianom wyjść ze stanu natury, nawet jeśli dzisiaj w stan natury samo zaczyna się tutaj obracać. Z dzisiejszego polskiego katolicyzmu może jest wyjście – w protestantyzm, w sekularyzację, w katolicyzm mądrzejszy. Ale nie przez tylne drzwi politycznego zdziczenia.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...