|
Relikwie w Polsce są jak miny, rozsądni politycy rozbrajają je nadzwyczaj ostrożnie. Choćby relikwia Lecha Kaczyńskiego rozbrajana przez Donalda Tuska. Nigdy nie usłyszano z ust polityków Platformy tylu dobrych słów o tragicznie zmarłym prezydencie, co 1 sierpnia. Grzegorz Schetyna i Hanna Gronkiewicz-Waltz, odnosząc się do najnowszej propozycji Związku Powstańców Warszawskich, nie wykluczyli nawet nadania imienia Lecha Kaczyńskiego Muzeum Powstania Warszawskiego, zgodnie z prawdą (ale w polityce prawdy używa się starannie i celowo) przyznając, że to dzięki determinacji nieżyjącego prezydenta muzeum powstało. Hanna Gronkiewicz-Waltz dodała jedynie, że taką decyzję należy podjąć dopiero po wyborach samorządowych. Przezorny i mało romantyczny dyrektor Ołdakowski nieufnie odniósł się do tego pomysłu, wietrząc w nim zapowiedź rychłej likwidacji samego siebie, jeśli jego dyrektorowanie rzeczywiście aż tak jednoznacznie zostanie skojarzone z przegraną partią - i to przez partię zwycięską. Jakiś czas po wyborach samorządowych możemy bowiem mieć Muzeum Powstania Warszawskiego im. Lecha Kaczyńskiego, ale kierowane już nie przez posła PiS, ale np. przez posła PO, albo też, gdyby PO było nieco bardziej inteligentne niż Komorowski nominujący Lufta do KRRiTV, przez Waldemara Dąbrowskiego, Wojciecha Olejniczaka albo innego sensownego koalicjanta. Tusk, Schetyna, Gronkiewicz-Waltz… wiedzą doskonale, że większość elektoratu Prawa i Sprawiedliwości można obsłużyć symbolicznie, bo nikt wyborców PiS-u polityki rozumieć nie uczył, a już szczególnie nie uczył ich tego Jarosław Kaczyński, uważając, że wystarczy by w całym jego obozie politykę rozumiał tylko on sam. Zatem w rocznicę rozpoczęcia Powstania Warszawskiego nie tylko o Powstaniu, ale także o Lechu Kaczyńskim Platforma mówiła tak, jakby sama była PiS-em. To jest umiarkowana, konserwatywna taktyka Tuska i Schetyny, zupełnie inna i moim zdaniem skuteczniejsza niż taktyka Palikota, który woli się zachowywać jak Kisielewski, a nie jak Gomułka - zapominając, że Kisielewski nigdy Polską nie rządził, a Gomułka owszem, i to nawet przez półtorej dekady. Tymczasem pod osłoną swoich wytrawnych saperów, poubieranych w takie wielkie kosmiczne kombinezony (cyt. za „Hurt Locker”), Donald Tusk zabrał się do wymontowywania z relikwii Lecha Kaczyńskiego całego dynamitu. Ogłosił mianowicie „przegląd wet Lecha Kaczyńskiego”. Według tego klucza, pod takim właśnie hasłem, odbędzie się kolejna „ustawodawcza Rewolucja Październikowa” Platformy. Poprzednia rewolucja nie przebiła się nawet przez kutą bramę Zimowego Pałacu, nie mówiąc już o wdarciu się na pokoje. Jak będzie z tegoroczną? Czy okaże się ona kolejną piarową petardą, czy też realną agendą, choćby liberalną, z której będzie można PO rozliczyć, w opozycji do której SLD, KP czy ktokolwiek inny będzie mógł zbudować lewicową kontr agendę polityczną? Tego nie wiemy. Samo jednak wymyślenie „przeglądu wet Lecha Kaczyńskiego” jest już celnym ciosem. Relikwia, która wetowała, to już nie relikwia tylko kłoda na drodze. A ponieważ relikwia Lecha Kaczyńskiego jest w tej chwili głównym fundamentem, legitymizacją, aktem założycielskim dzisiejszego PiS-u, jej odczarowanie, sprowadzenie do groteskowych wymiarów, po pierwsze automatycznie osłabia PiS, a po drugie jeszcze głębiej wciąga tę partię w rytualną wojnę, którą PiS tak lubi i która PiS-owi zapewnia gwarantowaną mniejszość w każdym sejmie i w każdych wyborach. Donald Tusk słusznie zakłada, że liderzy dzisiejszego PiS-u będą tak rozwścieczeni faktem, że ich relikwia została potraktowana jak kłoda na drodze, że nawet nie przystąpią do merytorycznej dyskusji nad „przeglądem wet poległego prezydenta”, ale od razu pogrążą się w doskonale jałowym proteście. PS: Zastanawiam się, czemu język, którym ja o tym wszystkim piszę, tak bardzo różni się od języka Kowala, Poncyliusza, Kluzik-Rostkowskiej i wielu innych osób w PiS-ie, które są wystarczająco odczarowane i inteligentne, aby nie wierzyć w bełkot Macierewicza namaszczany przez Jarosława Kaczyńskiego. A jednak publicznie muszą wypowiadać się tak, jakby w ten bełkot wierzyli. Słuchając np. cynicznie opanowanych wypowiedzi Pawła Kowala (doszedł już do takiej wprawy, że wczoraj w „Faktach po faktach” bez najmniejszego wysiłku dał sobie radę zarówno z prowadzącym, jak i z Wojciechem Olejniczakiem) mam wrażenie, że on przecież musi o tym wszystkim myśleć dokładnie tak samo jak ja, a jednak mówi zupełnie inaczej. Dlaczego? Otóż dla wielu ludzi w Polsce PiS to była całkiem zrozumiała ścieżka społecznego awansu. Jedyna - bo ani „wujowie” badający, czy ktoś nie jest faszystą albo bolszewikiem, ani „autorytety moralne”, ani „środowiska twórcze” nie dawały najmniejszej nawet nadziei, że pozwolą się komuś w tym kraju wyemancypować bez terminowania u nich i lizania im butów przez całe dekady. To z kolei wielu ambitnych i inteligentnych ludzi w Polsce zaprowadziło na ścieżkę PiS-u, na ścieżkę nieco populistycznego awansu, która jednak ostatecznie okazała się ślepą uliczką. Tyle że wyjścia z tej ślepej uliczki nie ma. Bóg wybacza, „środowiska twórcze” nigdy. Właściwie tutaj moja analiza się kończy. Nie mam pojęcia, co mogliby zrobić inteligentni ludzie w PiS-ie, żeby zachować godność i nie dać się zabić. No i przestać być aż takimi psujami polskiej polityki, jakimi są dzisiaj, pod przywództwem Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego w jego obecnym stanie ducha.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...