|
Czołowi kontestatorzy z mojego pokolenia masowo oświadczają dzisiaj, że w 2007 roku „ogarnięci antypisowską histerią” zagłosowali na Platformę, a dziś na Platformę nie zagłosują, gdyż wiedzą już, że „Lech Kaczyński był najlepszym prezydentem 20-lecia” (cyt. za Kazikiem Staszewskim, ale to samo można było w różnych odcieniach usłyszeć począwszy od Marcina Mellera, aż po Muńka Staszczyka).
Też byłem kontestatorem, w dodatku bez porównania mniej utalentowanym niż Kazik Staszewski, który w kawałku Mars napada osiągnął (w innym oczywiście gatunku) poziom geniuszu Rymkiewicza z trylogii Mickiewiczowskiej czy Encyklopedii. Nigdy jednak nie popadłem w antypisowską histerię (jakkolwiek bym na PiS „najeżdżał”, czynię to w absolutnie chłodnym zamiarze nie dopuszczenia tej partii do kolejnych eksperymentów z władzą polityczną w Polsce). W 2007 roku nie tylko, że nie chciałem odbierać babci dowodu, ale entuzjastycznego i bezrefleksyjnego pogromcę babć redaktora Ziomeckiego nazwałem w Trójce „pacanem”, przez co słusznie zdjęto mnie na czas jakiś z anteny jako człowieka zbyt już zaburzonego emocjonalnie.
Nie uważałem wówczas, że Kaczyński buduje państwo autorytarne, bo widziałem z bliska, że żadnego państwa nie buduje w ogóle. Od drugiej połowy 2006 roku było oczywiste, że Kaczyński nie ma i mieć nie będzie ani większości, ani politycznego pomysłu, a jego kadry są beznadziejne, co sam potwierdził, oddając MSWiA w ręce „agenta śpiocha” (cyt. za Jarosław Kaczyński), czyli Janusza Kaczmarka, poleconego mu przez zakochanego w Kaczmarku „najlepszego prezydenta 20-lecia” (cyt. znów za Kazikiem). Nie chcąc przykładać się do pozbawienia Polski rządu w ogóle, oddałem w wyborach 2007 głos za „rządem minimalnym” PO, za platformerską koncepcją (raczej odruchową niż refleksyjną) władzy na słabych peryferiach jako jedynie anestezjologii, łagodzenia nieuchronnego bólu narodu będącego przedmiotem modernizacji prowadzonej z zewnątrz, bo do bycia podmiotem modernizacji nie ma ani narzędzi, ani potencjału.
Dla obywateli-kontestatorów takie motywacje są zupełnie niezrozumiałe, może nawet „autystyczne”. Oni w 2007 roku entuzjastycznie obalali Jarosława Kaczyńskiego jako „prawie Putina”, żeby po Smoleńsku uznać z kolei Lecha Kaczyńskiego za „najlepszego prezydenta 20-lecia” (zachwycać się Jarosławem ciągle nie wypada, nawet obywatelom-kontestatorom). W dodatku obywatele-kontestatorzy nie widzą w tym swoim kompletnym skotłowaniu nawet śladu własnej winy, a wyłącznie winę „Onych”. „Oni” oszukali. „Oni” kazali w 2007 roku odebrać babci dowód. Może za cztery lata Kazik Staszewski będzie łkał, że w 2011 roku dla odmiany to babcia go oszukała, wprowadziła w histerię, tym razem antywnuczkową.
Jakie to wszystko nudne i banalne, jeśli chcielibyśmy pozostać na poziomie tylko estetycznym. Jakie to wszystko przybijające i dla Polski groźne, jeśli chcielibyśmy brać za dobrą monetę fantazje na temat personifikowanego przez obywateli-kontestatorów i ich zmienne histerie „potężnego polskiego republikanizmu”, który już dawno uczyniłby z Rzeczypospolitej jakiś Czwarty Rzym, gdyby nie całkowicie przypadkowy i niezasłużony pech historyczny, który sprawił, że podbili nas kiedyś Katarzyna i Fryderyk, a po roku 1989 nawet Żakowski i Paradowska.
Zawsze „Oni”, zawsze roszczeniowość, zawsze „nie podstawili mi teżewe na dworzec w Krakowie”, zawsze „wprowadzili mnie biednego w histerię”, zawsze „wybili, Panie, wybili, o tu, o tu”. Zawsze ten sam stosunek pańszczyźnianego chłopa do liberalnej polityki, roszczeniowo-poddańczy, daleki od rzeczywistego republikanizmu czy jakiegokolwiek zrozumienia własnej podmiotowości i obowiązków z własnej podmiotowości wynikających. Pańszczyźniany stosunek do liberalnej demokracji dopadający nie tylko prawicowców (powszechnie), lewicowców (czasami), ale bliski też niektórym liberałom, bo np. liberał z „Liberté” Marcin Celiński zaproszony przez „Gazetę Wyborczą” do dyskusji na temat Nergala pisze, że nie interesuje go spór o Nergala (to bym jeszcze zrozumiał), ale wkurza go, że musi „płacić daninę” na media publiczne. Abonament na media publiczne czy podatki na państwo z punktu widzenia chłopa pańszczyźnianego zawsze będą tylko „daniną”.
Już tutaj pisałem, że „neoliberalizm” Pokolenia JK-M w ogóle żadnym liberalizmem nie jest (żaden to Mill, Rawls czy choćby Pozytywizm Warszawski), jest zaledwie „chytrością” pańszczyźnianych chłopów, do których sprytny Korwin zwrócił się kiedyś prostymi słowami: „kasy swej panom już nie oddawajcie”, „koniec z dziesięciną”, „koniec z daninami”, co słysząc, Rafał Ziemkiewicz zaraz postawił kosę na sztorc.
Marcin Celiński chłopem pańszczyźnianym nie jest (menedżer w branży nieruchomości, w przeszłości związany z ROAD-em i UW), nie ma zatem żadnego prawa pisać o „daninach”, nawet chcąc przypodobać się Pokoleniu JK-M. Tak samo nie jest chłopem pańszczyźnianym Kazik Staszewski, więc nie ma prawa zwalać swoich decyzji wyborczych na złych panów medialnych, którzy go wprowadzili w „histerię”. To prawda, że liberalna demokracja szybko i skutecznie alienuje się od woli obywateli, to prawda, że stojący na jej straży świat mediów dostarcza tysięcy przesłanek, spośród których część jest błędna a część fałszowana celowo, ale to jednak nie jest dola pańszczyźnianego chłopa, który na media publiczne i państwo płaci „daninę”, a „Wielcy Panowie” odpowiadają za wszystkie jego obywatelskie decyzje.
Alienacja liberalno-demokratycznych instytucji władzy to raczej wyzwanie, wobec którego wolni (potencjalnie wolni?) obywatele powinni być nieustannie refleksyjnie czujni, na które za pomocą krytyki (i praktyki politycznej) – lewicowej, liberalnej, konserwatywnej – muszą odpowiadać. To dopiero utopia – powiecie mi na to – żądać od Kazika, Mellera, Muńka czy Marcina Celińskiego refleksyjności. Ale gdybym tej równościowej utopii nie wyznawał (choćby jako horyzontu normatywnego) stałbym się monarchistą, schmittianistą, „katolikiem przedsoborowym” albo jakąkolwiek inną odmianą dupowatego fuehrera manipulującego Kazikiem, Mellerem, Muńkiem czy Marcinem Celińskim i pchającego ich w rozmaite „histerie”, gdyż uważającego ich za pańszczyźnianych chłopów i nic więcej.
P.S. Żeby uniknąć wszelkich nieporozumień przypomnę, że warstwą społeczną całkowicie odpowiedzialną za wytworzenie się w Polsce „pańszczyźnianego” modelu obywatelskości roszczeniowej jest grasująca niegdyś po tych ziemiach „republikańska” szlachta. Z republikańskim Rzymem miała ona tyle wspólnego, że najdłużej w Europie, dopóki król Prus i rosyjski car nie przeprowadzili tu efektywnej likwidacji pańszczyzny, trzymała niewolników.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...