|
Zachęcony recenzją Jakuba Majmurka udałem się na Bitwę Warszawską. Majmurek miał rację. Mnie samemu, minuta za minutą tego niebywałego spektaklu, zamiast bon motów do jakiejś przyszłej recenzji pod czaszką coraz głośniej rozbrzmiewała jedna, dość powszechnie znana polskiej inteligencji fraza: „My, sowieckimi bagnetami, nauczymy Polaków myśleć racjonalnie, bez alienacji”. Gdyby film potrwał jeszcze pół godziny, a ja bym z niego nie wyszedł, zostałbym bolszewikiem w poszukiwaniu maszyny czasu. Całe szczęście film skończył się szybciej, a ja pozostałem centrystą. Mój syn, opuszczając wraz ze mną salę kinową, powiedział: „nawet najgłupsze czarne charaktery, które walczą o władzę nad światem w kreskówkach, zachowują się inteligentniej niż ci bolszewicy”. Jeśli książki i filmy „ku pokrzepieniu serc” produkuje się w czasach rozbiorów lub na emigracji, Jerzy Hoffman swoim filmem przyznaje rację Tomaszowi Sakiewiczowi. Bitwa Warszawska mogła powstać wyłącznie w kraju okupowanym, którego naród zagrożony jest eksterminacją. A właściwie eksterminację już przeprowadzono, a do zmobilizowania i pchnięcia na wroga pozostały wyłącznie dzieci poniżej trzynastego roku życia.
W ogóle nie był to dzień dla pielęgnowania mojego centryzmu najlepszy. Dowiedziałem się, że decyzją Juliusza Brauna (a zatem w ten czy inny sposób decyzją Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska) Adama Darskiego w telewizji publicznej zastąpi Jan Pospieszalski. Mnie ta zamiana interesuje o tyle, o ile interesuje mnie układ sił w polskiej partii władzy. Bo układ sił w polskiej partii władzy odwzorowuje – dzięki nieskończonej empatii społecznej Wielkiego Anestezjologa Donalda Tuska – układ sił w polskim społeczeństwie. Albo nie odwzorowuje i Wielki Anestezjolog się myli, blokuje zmianę społeczną w Polsce, a nie zmianą społeczną zarządza. Wówczas pacjent na stole byłby żywszy od pochylającego się nad nim z troską pana doktora, ale to akurat musiałoby zostać udowodnione nie przez moje krasomówstwo felietonowe, ale przez skuteczny społeczny i polityczny nacisk na Wielkiego Anestezjologa (być może nawet pomagający mu zmienić układ sił wśród innych obecnych na sali operacyjnych lekarzy).
Stosunek sił pomiędzy fanami Darskiego a fanami Pospieszalskiego we władzach telewizji publicznej odwzorowuje układ sił w Platformie pomiędzy Arłukowiczem i Piniorem na przykład, a Gowinem, Niesiołowskim i Radziszewską (na przykład). Ten stosunek sił wyznacza polski kształt umiarkowania nie tylko w polskiej partii władzy, ale i w polskim Kościele, bo z kolei umiarkowany, jak mówią, arcybiskup Budzik podczas swojego ingresu wypowiedział credo umiarkowanego skrzydła dzisiejszego polskiego Kościoła: „Zachód pogrąża się w hedonistycznej cywilizacji śmierci”, a nas „zalewa fala nowego pogaństwa”. Zawsze można bronić abp. Budzika przypominając po raz nie wiadomo który, że nieumiarkowane skrzydło polskiego Kościoła mówi w tym samym czasie o „sodomitach w Sejmie”. Ale subtelna różnica zachodzi tu wyłącznie w formie, bo w treści nie ma już żadnej różnicy. Kiedy natomiast ks. Boniecki mówi rzeczy sensowne – o straszliwym Nergalu i o świątobliwym biskupie Meringu – jest atakowany przez biskupów, księży i świecką prawicę. Nie osłania go już nawet jego wieloletnia przyjaźń z Janem Pawłem II, bo biskup Mering, który przyjaciół w przeszłości szukał zupełnie gdzie indziej, ma dzisiaj w polskim Kościele pozycję nieporównanie silniejszą. To samo dotyczy polskiej prawicy, bo Terlikowski, Wildstein (aktualnie już w wersji przedsoborowej), Lisicki, Górny, Semka (Semka strasznie cierpiąc), stają dzisiaj po stronie „twardego” biskupa, a nie „miękkiego” księdza.
Oburzanie się naprawdę tutaj nic nie da, potrzebna jest sensowna, skuteczna polityczna walka (polityczna – koledzy z prawicy – gdyż nie zachęcam nikogo obalania krzyży na polskich Kościołach czy burzenia dzwonnic, ale do wprowadzenia podatku kościelnego w wersji niemieckiej albo do gwarancji szacunku dla ludzi wierzących i ich wiary w zamian za ich szacunek dla zasady świeckiego państwa). Czy taką polityczną walkę mogą sensownie, umiejętnie i skutecznie prowadzić Leszek Miller, Janusz Palikot, „ludzie polskiej centrolewicy wrażliwi społecznie” (nie powiem, kogo cytuję, bo jakoś go lubię), którzy poszli do Tuska? Odpowiedź nie jest prosta. Każdy z wyliczonych przeze mnie politycznych pretendentów do władzy nad centrolewem, przesłuchiwanych zresztą akurat na łamach KP, ma jakieś ograniczenia i każdy z nich ma jakieś atuty. Dzisiaj co prawda wszyscy obiecują publicznie – także na łamach KP – że prędzej skutecznie wyniszczą się i wykrwawią nawzajem, niż razem zmienią coś politycznie w Polsce. Ale może to nie jest koniec tej historii. Chciałbym, żeby nie był, tym bardziej, że przecież prawica też popełnia błędy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...