|
Zacznijmy od uwagi terminologicznej: „państwo nieudane” to mój własny przekład amerykańskiego „weak state” ew. „failed state”, gdyż polski zwyczajowy przekład tego terminu, który brzmi „upadłe państwo” jest - jak wszystko, co związane z polską polityką, z językiem polskiej polityki włącznie - nazbyt dramatyczny (ja estetykę campu wolę w „Zdeptanym kwiatuszku” Firbanka niż w przemówieniach Ziobry, szczególnie kiedy był ministrem). Tymczasem „państwo nieudane” oznacza po prostu pewną konstatację na temat jednego czy drugiego narodu: że ma wiele rozmaitych talentów (bądźmy poprawnie wielokulturowi), na przykład niektórzy Somalijczycy świetnie polują na helikoptery, nawet na tankowce, ale akurat budowa państwa im nie wychodzi. Podobnie jak Polakom, choć nam nie wychodzi jednak w dużo mniejszym zakresie.
W Polsce np. szczęśliwie nie mają swoich baz talibowie, miewały je - jak to się jakiś czas temu okazało - amerykańskie służby torturujące talibów, co jest oczywiście świadectwem, że jesteśmy typem „państwa mniej upadłego” niż Afganistan czy spore połacie Pakistanu, ale jednak… nie jesteśmy Niemcami czy Szwecją, gdzie Amerykanie takich eksperymentów by nie zaryzykowali (chyba że się mylę, a wikiliks to wykaże, cytując oficjalną korespondencję kolejnych amerykańskich dyplomatów, ostatnio w ogóle mamy takie czasy, że wszystko jest płynne).
W epoce globalizacji o całkiem udane narodowe państwo w ogóle jest trudno, nawet Stany Zjednoczone zostały przez globalizację mocno wydrążone, są tam wręcz takie okolice (które tylko w „Czystej krwi” wyglądają aż tak malowniczo), gdzie ludzie od pokoleń dobrze funkcjonującego narodowego państwa nie widzieli w ogóle (choć widują globalizację na co dzień), dlatego stali się radykalnymi antyetatystami i głosują na Tea Party (to niestety paradoks, ale całkiem realny). Z kolei przykład Pakistanu, który się tu pojawił, przypomina, że w dzisiejszych czasach można mieć broń jądrową i być państwem nieudanym. Jeśli do tego dodać Indie (miejscami szybko się rozwijające; innymi miejscami wciąż skolonizowane, tyle że teraz nie przez Brytyjczyków ale przez korporacje - czasem z siedzibą w Londynie; innymi znów miejscami w rękach maoistów; jeszcze gdzie indziej rządzone przez aktorów grywających bogów…) to można nawet powiedzieć, że istnieją w dzisiejszym świecie państwa nieudane, które domagają się stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i wkrótce zapewne to miejsce dostaną.
Zatem jeszcze raz powtarzam, nie jestem radykałem, pojęcia „państwo nieudane” używam opisowo, a nie pamfletowo, z pełną świadomością, że „nieudaność państwa” jest stopniowalna… i w ogóle… odczepcie się ode mnie Niełaskawe boginie mego polskiego superego.
Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł tego felietonu, nie jest to także PiS-owskie albo Dornowskie, ani nawet PjN-owskie (lekkie w formie, choć równie zasadnicze w treści) zawodzenie, że mamy państwo upadłe, ponieważ rządzi nim Tusk, a nie Jarosław Kaczyński (Dorn, Bielan z Kamińskim, Cześnik Raptusiewicz z Rejentem Milczkiem, Jurek, Giertych… i inne liczne podstawienia zmiennej „silnej polityczności” w staropolskim albo młodopolskim wydaniu).
Marek Jurek, jak wielu innych moich nawróconych na polityczny katolicyzm znajomych, kiedy „uwolnił się od polskości” (tak jak rozgoryczona AB-R się czasami uwalnia, tyle że ona mówi wtedy o tym otwarcie, a Jurek dla większej politycznej skuteczności - która i tak jest niewielka - symuluje przed skotłowanymi Sarmatami „polskiego polityka narodowego”), wybrał Kościół, bo to jest instytucja, bo to jest jakiś poziom kapitału społecznego nagromadzonego przez wieki, bo to jest jakaś zdolność do wzajemnej kooperacji i osłaniania się nawzajem (choćby i w pedofilii), bo Tomasz z Akwinu to jednak większy filozof niż Mickiewicz w Wykładach Paryskich albo Rymkiewicz w Kinderszenen. Tymczasem, w przeciwieństwie choćby do Watykanu, polskie państwo było „państwem upadłym” także gdy Jarosław Kaczyński nim rządził, a Ludwik Dorn był wicepremierem przewracającym się o własny resort. I nic nie zapowiadało, że cokolwiek się zmieni, nawet gdyby Ziobro z Kaczmarkiem przejęli jeszcze cztery kolejne resorty i służby albo gdyby zamknęli jeszcze ze dwudziestu znanych ludzi, filmując ich zatrzymania, a nie filmując ich koniecznych późniejszych wypuszczeń, gdyż państwo upadłe to nie jest wynik nieudolnego działanie jednej czy drugiej partii, jednego czy drugiego przywódcy, ale państwo nieudane jest tutaj budowane przez blisko cztery stulecia (z przerwami na ok. 150 lat zaborów), a po roku 1989 przez wszystkie rządy. Państwo nieudane to pewien potencjał cywilizacyjny, który w lepszy lub gorszy sposób aktualizujemy, ja uważam, że aktualizacja w wykonaniu Tuska nie jest wcale najgorszym, co się nam przez ostatnie cztery stulecia (z przerwami na ok. 150 lat zaborów) zdarzało.
A jednak, kiedy nasza kolej państwowa się rozleciała (jeśli pociągi przychodzą albo punktualnie, albo z opóźnieniem 320 minut, albo w ogóle; kiedy odchodzą z peronu oznaczonego w rozkładzie, albo z jakiegoś innego, albo nie odchodzą w ogóle - to można powiedzieć, że kolej, jaką znamy, przestała istnieć i zastąpiło ją zupełnie nowe zjawisko) także się wkurzyłem. W pierwszej chwili nawet na Jarosława Gowina (przyznajmy, jeden z bardziej ideowych polityków PO, a w każdym razie stosunkowo często jak na peowiackie normy ideowość deklarujący, ideowość dodajmy prawicową, bo tak już w Polsce bywa, że w polityce realnej, u władzy realnej albo deklaruje się prawicowe poglądy, albo się deklarowania poglądów unika, to taki efekt doboru naturalnego) kiedy stwierdził, że należy „wobec tego” kolej sprywatyzować.
Projekt polityczny Gowina (suflowany przez niego całej Platformie, której, jak się wydaje, suflować go wcale nie trzeba) wyglądałby bowiem następująco: próbujmy rządzić państwem, a gdzie nam się nie udaje - prywatyzujmy. Ponieważ z grubsza nie udaje się nigdzie, sprywatyzujmy wszystko. To jest przepis na „państwo nieudane” (weak state/failed state) - w nomenklaturze amerykańskich neokonów z epoki drugiego Busha i wojen z terrorem, a więc w nomenklaturze Gowinowi, Wildsteinowi, Ziemkiewiczowi, państwu Sonikom… bliskiej. A mnie? Mnie naprawdę nie wypada udawać „lewaka”, ja się z neokońską terminologią „państw nieudanych” w gruncie rzeczy zgadzam.
Oczywiście słowo „prywatyzować” jest tu eufemizmem oznaczającym rezygnację „nieudanego państwa” z ambicji jawnie przekraczających jego możliwości (w tym wypadku - z ambicji utrzymania kolejowych połączeń zimą), na rzecz każdego, kto do realizacji takich ambicji będzie zdolny. W przypadku PKP jedyną skuteczną formą „prywatyzacji” będzie sprzedaż masy upadłościowej w ręce Deutsche Bahn (bo proszę już ministra Grabarczyka o nieszukanie - wzorem ministra Grada - inwestorów dla naszej kolei w Katarze). DB nie jest prywatne (wątpię, aby Jarosław Gowin o tym nie wiedział), tyle że jest jednym z instrumentów państwa nieco bardziej udanego niż nasze. I to nieco bardziej udanego niż nasze już od paruset lat. Ja jestem z Torunia, ja się Deutsche Bahnu nie boję. Przedsiębiorstwo zawsze było sprawne, a mogło się kojarzyć naprawdę źle tylko pomiędzy 1939-1945 rokiem, kiedy na naszym terytorium woziło ludzi - obawiam się, że również bez spóźnień - w urągających wszelkiemu człowieczeństwu warunkach. Dziś jednak mamy demokratyczne Niemcy w zjednoczonej Europie. I oby tak zostało. Jest zatem szansa, że nasza nieudana państwowość nie zostanie od razu pożarta przez jakiegoś nazistowsko-bolszewickiego potwora, ale że zostanie nieco podparta przez bardziej udane formy państwowości: Niemcy i UE.
Ale niestety ma się to wszystko nijak do miłego Jarosławowi Gowinowi (i paru innym ludziom w Polsce), słowa „prywatyzacja”, „prywatyzacjaaa!”. Prywatyzacja to była w Somalii, wielki outsorcing bezpieczeństwa w ręce prywatnych gangów, wielki outsorcing postkolonialnej komunikacji lądowej w ręce prywatnych wielbłądów… i teraz państwa bardziej udane muszą się tą kompletnie sprywatyzowaną Somalią zajmować. Jarosław Gowin przypadku Somalii i Polski oczywiście ze sobą nie łączy. Dlaczego? Tu znowu polecam neokońskiego linka (od czasu, kiedy wszyscy jesteśmy imitatorami linki bezpośrednio do centrum zawsze w zrozumieniu naszych najbardziej nawet idiosynkratycznych zachowań pomogą). Otóż w Somalii przecież mieszkają muzułmanie (szczególnie w wyjątkowo sprywatyzowanej stolicy), a u nas chrześcijanie. A jak to powiedział pewien amerykański neokonserwatywny generał? „Nasz Bóg jest silniejszy od ich Boga” - zatem nasza prywatyzacja będzie szczęśliwsza od somalijskiej.
A teraz jeszcze „final thought” tego felietonu. Dla mnie - proszę tylko nie zemdleć - Polska nie jest najważniejsza (PnjN?). Najważniejszy jest los ludzi w Polsce. W epoce państw narodowych wynikanie, które dziś zwiera się już tylko w nazwie partii Joanny Kluzik-Rostkowskiej, wydawało się proste. Naród, poprzez swoje państwo, gwarantował lepszy los jednostek należących do tego narodu, niż w przypadku, gdyby się one miały znaleźć pod panowaniem państwa narodu obcego (nawet to nie zawsze było prawdą, ale załóżmy…). Jak jednak wiemy, epoka państw narodowych była krótka i bardzo burzliwa, jej apogeum rozciąga się pomiędzy decyzją prezydenta Wilsona o daniu w Europie każdemu narodowi własnej państwowości, a kończy gdzieś między Monachium i 17 września 1939, kiedy się okazało, że niektóre narody (właściwie większość narodów w Europie) swoich w pełni suwerennych narodowych państw nie utrzyma. Od tamtego czasu państwa narodowe to wydmuszki, utrzymywane przy życiu w najgorszym razie przez duże imperialne stolice, a w najlepszym (np. w naszym, np. dzisiaj) wypadku przez militarne albo polityczne pakty. Czasami skorupki tych wydmuszek są kruchsze, a czasami twardsze, ale nie oszukujmy się, że wierzymy w to, co Jarosław Kaczyński podsłuchał w najbardziej charyzmatycznych przemówieniach Gomułki, i co nauczył się powtarzać, nie we wszystko przy tym wierząc, z tego co sam mówi. Granice suwerenności są płynne. Niektórzy sądzą, że można ocalić ją w książkach (cyt. za Jarosław Marek Rymkiewicz), ale w ekonomii, w polityce, w życiu społecznym… już nie.
Zatem prywatyzujmy, mając nadzieję, że tym, co sprywatyzować się nie da, zajmą się przynajmniej Niemcy, albo jeszcze lepiej - choć mniej prawdopodobnie - Unia Europejska. Państwo polskie (przynajmniej dla mnie, czyli dla człowieka, dla którego Polska nie jest najważniejsza) byłoby dopełnieniem dla Unii i dla innych silnych państw, tam gdzie Unia i Niemcy (skróćmy „państwa udane” do pewnego konkretu) nie zapewnią ludziom w Polsce dobrego szkolnictwa (oczywiście musimy tu wstawić mocne założenie, że „nieudane państwo narodowe” potrafi dobre szkolnictwo zapewnić), nie zapewnią poprawnie funkcjonującego systemu emerytalnego, systemu opieki zdrowotnej (ibidem)… Na tym się skupmy. PKP sprzedane Deutsche Bahn nie będzie katastrofą, Jarosław Gowin ma rację, nawet jeśli nigdy nie przyzna (nawet nie przed wami, on tego nie przyzna przed sobą), że to nie będzie żadna „prywatyzacja”. No i nie przyzna nigdy, że są jednak pewne konsekwencje zaakceptowania w stosunku do Polski procedur właściwych dla „państw nieudanych”.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...