|
Mamy 1 listopada, a zatem Rafał Ziemkiewicz znowu walczy z dynią. Walczyć z dynią pozwoli mu nawet Tomasz Wróblewski, on go za walkę z dynią nawet wynagrodzi. Biorąc pod uwagę priorytety Wróblewskiego, trzeba tylko zbudować sylogizm, że dynia jest symbolem „antyrynkowej lewicy”, „oburzonych” z Wall Street… (fakt, że nie jest, ale co to szkodzi Ziemkiewiczowi, nie takie już sylogizmy budował).
Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk, Tusk i Niesiołowski, wojna dwóch prawic pełna nienawiści i pogardy, wykoślawiająca idee i ludzi, Sakiewicz, Lisicki… udało się im wszystkim zrobić coś, co by się nie udało nigdy żadnej „Gazecie Wyborczej” ani żadnej lewicy. Wypchnęli polską prawicę na pozycje, z których nie ma ona już żadnego wpływu na proces modernizacji Polski. Na pozycje całkowicie już absurdalnej wersji wojny kulturowej, która w południowych stanach USA zapewnia przynajmniej władzę – sprawowaną zresztą najczęściej nie przez samych bojowników moralnej większości, ale przez neokonserwatywnych pragmatystów i funkcjonalistów. W Polsce (będącej jednak częścią UE, z zaakceptowaną przez większość społeczeństwa agendą głębszej integracji, nie tylko ekonomicznej, ale w coraz większym stopniu także politycznej, cywilizacyjnej, kulturowej) wojna z dynią nie zapewnia niczego, poza gromadą namiętnych wielbicieli w prawicowym getcie i rozbawieniem poza jego granicami.
Jeśli do tego dodać dekompozycję Prawa i Sprawiedliwości, wyjątkowa to okazja dla lewicy i dla liberalnego centrum (gdyby miały siłę, gdyby ją umiały zbudować). Choćby nawet po to, żeby oddziaływać na Tuska (milczącego pana, który postanowił unikać wszelkiej artykulacji czegokolwiek, bo za słowo można zostać złapanym, zatem wystrzegajmy się słów, może przynajmniej kolejne expose będzie dzięki temu krótsze choćby o godzinę). W każdym razie Ziemkiewicz Tuska do wojny z dynią na pewno nie zmusi. A czy Arłukowicz Tuska do czegoś zmusi? Nie może nikogo do niczego zmusić ten, kto sam nie ma żadnej politycznej siły. A tu trzeba jeszcze podzielić gabinety w Sejmie, trzeba się pogryźć jak psy nad kością sprytnie rzuconą centrolewowi przez Schetynę (kancelaria Sejmu). No i trzeba jeszcze, jak szef liberalnego think-tanku Platformy Jarosław Makowski, wypichcić pamflet na bezsilną lewicę do „Rzeczpospolitej”(jak lewica może być jednocześnie bezsilna i sprawować hegemonię, to już pytanie do Tomasza Wróblewskiego) – kompletnie zapominając, że jedzie się z tą lewicą na jednym wózku, bo jak tej lewicy nie będzie, to Makowski zamiast centrowego Tuska będzie musiał obsługiwać centrowego Gowina, centrowego Libickiego, centrowego Niesiołowskiego i centrową Radziszewską. A w przyszłości być może centrowego Giertycha, jak ten się już w swoim niestrudzonym poszukiwaniu władzy do Platformy zapisze.
Kiedy zaczął się ten proces nieodwracalnej degeneracji, a co za tym idzie marginalizacji prawicy? Być może w samym apogeum jej władzy, w połowie 2006 roku, kiedy Kaczyński, czując się politycznie „zablokowany”, rozpoczął walkę z „układem” poświęcając dość silne przyczółki w centrum. Jedną z przyczyn byłaby zatem niecierpliwość Kaczyńskiego. Skoro nie da się w trzy miesiące posiadania istotnej politycznej władzy doścignąć i prześcignąć „środowiska Gazety Wyborczej”, rozpętajmy apokalipsę, która w wykonaniu mniejszościowej partii i w sytuacji całkowicie nierewolucyjnej (w 2006 roku nie ma jeszcze nawet globalnego kryzysu) też będzie groteską. Kaczyński wskazując wroga, albo się mylił, albo wrzucał tę „Wyborczą” celowo swojej prawicy do głów, gdyż wyborcy PO, polskie mieszczaństwo różnych odcieni, już od dawna nie byli „produktem Gazety Wyborczej”, jakby tego chcieli chłopcy od kulturowej wojny. „Wyborcza” z elektoratem – i aparatem – Platformy sama miała kłopoty wychowawcze, ci uczniowie słuchali piąte przez dziesiąte i tego tylko, czego sami chcieli słuchać, tematy niewygodne puszczając mimo uszu. Ponieważ jednak dynia wydawała się relatywnie słaba, a prawica wszechmocna, Lisicki skierował Zdorta, Semkę, Magierowskiego, Ziemkiewicza, a później Karnowskich czy Horubałę na kompletnie jałowe tory kulturowej wojny (Wildsteina nie trzeba było nigdzie kierować, on sam niecierpliwie grzebał już w miejscu kopytem jak dobrze wytresowany kawaleryjski rumak). W finale mamy bezradnego Zarembę, widzącego cenę szaleństwa, ale nic już niemogącego zrobić. I Ziemkiewicza miotającego się pomiędzy symulowaną ekstazą smoleńską, a symulowaną walką z dynią.
Nic z tego nie mogło wyniknąć, dynia ich pokonała. Nawet Pokolenie JK-M, w naturalnym dla siebie poszukiwaniu mainstreamowego komfortu i liniowego podatku, poszło w większości do Platformy i do Palikota. W obu miejscach zderzając się zresztą z mającymi nieco inne oczekiwania wyborcami centrolewu, od których Pokolenie JK-M może się (choć oczywiście nie musi, roztrzygnie o tym polityczna walka, także o duszę Palikota) okazać silniejsze.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...