|
Śmierć jest ceną płaconą za życie, mądrzy ludzie, do których ja nie należę, mówią, że konieczną. Przemoc jest ceną za społeczną zmianę, mądrzy ludzie, do których ja nie należę, mówią, że konieczną. Są też mniej mądrzy, moim zdaniem, ludzie, którzy swoją fascynację przesunęli z życia na śmierć, i tacy, którzy swoją fascynację ze społecznej zmiany przesunęli na przemoc. Lubię Proletkultowców, bo wyobrażając sobie nieśmiertelność materialną i naukowe zmartwychwstanie ciałem, powiedzieli głośno: tak, chcemy życia i nie chcemy za nie płacić ceny, którą jest śmierć. Lubię pewien typ utopistów – lewicowych (Simone Weil), liberalnych (John Stuart Mill), konserwatywnych (Edmund Burke) – którzy mówią głośno: tak, chcemy postępu, chcemy społecznej zmiany, ale przemoc mamy w dupie, ona nas w ogóle nie fascynuje, chętnie byśmy się jej w ogóle pozbyli, gdyby to tylko było możliwe.
Oczywiście pamiętam, bo mam pewne kłopoty z uporządkowanym (szczególnie po liniach ideowych) zapominaniem, że moi ulubieni Proletkultowcy marzyli o życiu nieopłaconym śmiercią w samym środku rzeźni, jaką była wojna domowa w Rosji a potem stalinowski terror. A co do przemocy, to oczywiście pamiętam, bo mam kłopoty z uporządkowanym (po liniach ideowych) zapominaniem, że brak społecznej zmiany także oznacza przemoc, zwykle nienazwaną i nienapiętnowaną wystarczająco.
Przeczytałem ostatnio w „Rzeczpospolitej” tekst Piotra Skwiecińskiego, który analizując przypadek Strauss-Kahna, napisał: „na blok antystrausskahnowski złożył się m.in. segment feministyczny, stworzony przez działaczki i publicystki, które od wielu już lat używają straszaka zwanego molestowaniem dla rozbicia normalnych relacji międzypłciowych i ustanowienia nowych…”. Wcześniej tak samo głęboką refleksję wyrażał Bronisław Wildstein przy okazji seksafery w Samoobronie. „Normalne”, wręcz „naturalne” jest dla nich rżnięcie sekretarki przez szefa, dziennikarki przez naczelnego, studentki przez profesora, hotelowej służącej przez faceta, który za noc w pokoju płaci więcej, niż wynosi jej miesięczna pensja…
I mają rację, bo takie rzeczy są „normalne” w naturze. Wszędzie tam, gdzie siła, w stosunku do słabości, jest jedynym prawem. Jednak judaizm, chrześcijaństwo, islam, świecki humanizm… zaproponowały wyjście ze stanu natury, czasem dramatyczne. Konserwatyści, liberałowie, lewicowcy od wielu lat proponują (i w części świata wprowadzają) regulacje mające całkowicie oddzielić władzę od seksu. Tak, też czytałem Foucaulta, wiem, że ostatecznie to niemożliwe, a jednak władza pomieszana z seksem zupełnie swobodnie – co dla części naszych prawicowców jest albo „normalną” praktyką, albo przynajmniej fantazją – wydaje mi się czymś wyjątkowo obrzydliwym. To jest właśnie bezrefleksyjna akceptacja przemocy będącej ceną za brak społecznej zmiany. Wildstein jest dzikusem autentycznym, a Skwieciński postanowił go naśladować, bo to człowiek inteligentny (jakieś dwanaście do czternastu razy inteligentniejszy od swojego mistrza) i zauważył, że na dzisiejszej polskiej prawicy zdziczenie popłaca. Jestem pewien, że Paweł Lisicki, który lubi władzę mieszać zarówno z seksem, jak też z wiarą, również był z tekstu Skwiecińskiego więcej niż zadowolony.
Ale są rozważania o przemocy prowadzone z pozycji postępowych, co do których także mam wątpliwości. Saddam gazował swoich poddanych, rozstrzeliwał, eksterminował, czyścił etnicznie. Żeby uwolnić od niego Irakijczyków (i oczywiście iracką ropę), Amerykanie poczęstowali mieszkańców Iraku inteligentnymi bombami (żeby minimalizować straty) i skutecznie zniszczyli pokój społeczny tyranii. Kaddafi mordował swoich poddanych, kiedy mu fikali. Żeby ich od niego uwolnić (i oczywiście, żeby uwolnić od niego libijską ropę), zachodnie mocarstwa (tak, wiem, że „mandat ONZ-u” to zwyczajny humbug), skutecznie zniszczyły pokój społeczny tyranii. Ale, tak na marginesie, myślę sobie czasem, że lepiej kiedy, aby zdobyć ropę, wykańcza się tyrana, niż kiedy, żeby ją mieć, tyrana się sponsoruje. A to przecież także robili Amerykanie, Anglicy, Francuzi, Rosjanie (np. radzieccy), Chińczycy (komunistyczno-kapitalistyczni)… Robili tak praktycznie wszyscy, którzy mieli siłę. Więc obalanie tyrana po to, żeby uwolnić jego ropę, nie wydaje mi się tym, co najgorsze z historii naszego gatunku.
Oczywiście pozostaje ponure liczenie – zawsze jestem za używaniem wielkiego purytańskiego liczydła, nawet jeśli ostatecznie nie daje nam ono żadnej pewnej odpowiedzi – czy pozostawienie tyrana kosztowałoby więcej (trupów, torturowanych, fizycznie i psychicznie okaleczonych przez życie w niewoli), niż wyzwolenie. Szczególnie łatwe, kiedy – tak jak w Iraku, Libii czy Afganistanie – w oczywisty sposób wyzwolenie przychodzi z zewnątrz („My, za pomocą amerykańskich bagnetów, nauczymy was żyć racjonalnie, bez alienacji” – raz wam się to podoba, koteczki, a kiedy indziej znów nie?). W dodatku jest to matematyka czystej fantazji, bo nie wiemy, co by zrobił Saddam w 2011 roku, tak samo jak – mam nadzieję – nie będziemy wiedzieli, co by zrobił Kaddafi w 2012, a Assad w 2014.
Ale znamy ludzi, których przemoc Amerykanów tak dalece mierzi, że tę matematykę zawsze obracają na korzyść Saddama albo Kaddafiego (niewykluczone, że mają rację, choć wolałbym, żeby jej nie mieli) i postanawiają na przemoc Amerykanów odpowiedzieć własną przemocą. A ponieważ Amerykanów nie mogą dosięgnąć, wysadzają w powietrze meczety z własnymi pobratymcami i współwyznawcami, których uważają za „naród kolaborantów” (cyt. za Breivik/Rymkiewicz).
To trochę tak, jak pobicie gołodupca skina faszysty przez gołodupców redskinów pod Sochaczewem, albo jak pobicie gołodupca redskina przez gołodupców skinów faszystów na pierwszym lepszym polskim osiedlu, bo to często się zdarza. Albo jak zabicie PiS-owca przez byłego PO-wiaka w Łodzi, albo jak wykończenie Blidy dla celów piarowych przez PiS. Przemoc peryferiów ma krótkie rączęta, nie dysponuje dronami, satelitami. Na jednego amerykańskiego trupa zabitego w bliźniaczych wieżach przez Al-Kaidę w zemście za Palestynę przypada tysiąc albo i więcej trupów muzułmanów zabitych przez Al-Kaidę w prowincjonalnych meczetach Iraku czy Pakistanu. Dlatego spośród wszystkich rodzajów przemocy, przemoc peryferyjna wydaje mi się wyjątkowo ohydna, bo jest bezskuteczna. Jest ceną płaconą zawsze za społeczny regres, a nigdy za postęp społeczny.
No chyba, że mówimy wyłącznie o literackich fantazjach na temat przemocy. One potrafią być tak samo piękne na peryferiach, jak w centrum. A w dodatku one zawsze pozostają bezpłodne, naprawdę nic złego nigdy z nich nie wynika. Nawet żaden Breivik, bo on przecież był tylko wariatem.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...