|
Chłopcy przez ostatnie sześć lat tak kompletnie spieprzyli polską politykę, że istotnie osłanianie się dziś przez Tuska Unią Europejską, czyli prezydencją, wydaje się najrozsądniejszym pi-arowym wyborem. Ale przed Polską nie ma ucieczki, bo Polska jest najważniejsza. Zatem kiedy Tusk postanowił użyć polskiej prezydencji do promocji własnej partii, PiS urządza za to polskiej prezydencji piekło. Kiedy Legutko atakuje ramię w ramię z Nigelem Farage, przychodzi na myśl słynna subtelna wątpliwość, którą polityczny przełożony Legutki, Jarosław Kaczyński, raczył kiedyś obdarzyć politycznego kolegę Legutki, Marka Jurka („agent czy wariat?”). Pomiędzy tymi skrajnościami mieści się jednak nieskończone bogactwo tożsamości i funkcji. Zazwyczaj niestety dla tego państwa tak samo szkodliwych. Tymczasem nad Wisłą inny polski patriota z funduszu spekulującego m.in. na słabych walutach narodowych (czyli także na złotym) – jeden z tych, co to zarabiają czy raczej rabują na Foreksie – występując jako ekspert na jednym z naszych czołowych finansowych portali, doradza Polsce wstrzymanie się z przyjęciem euro, a strefie euro doradza, żeby się rozpadła. Rabowanie na silnym euro byłoby bowiem dla jego funduszu nieporównanie trudniejsze niż rabowanie na słabej złotówce. Co za smętny, późnokapitalistyczny syf – to mówię ja, Kapitan Europa, znany przyjaciel kapitalizmu na pewnych bardzo określonych, bardzo wygórowanych warunkach, których kapitalizm nie chce niestety spełnić (już z nim parę razy rozmawiałem na temat jego braku odpowiedzialności, nawet się uniosłem, a on nic, jak widać jednostka – nawet tak wygadana, jak ja – niewiele może naprzeciw formacji społeczno-ekonomicznej wskórać, może gdybym wyposażył się w wielodzietną „rodzinę na swoim” to by mnie kapitalizm posłuchał?).
Grekom – jak donoszą zjednoczone światowe kapitalistyczne agencje informacyjne, zarówno te angielsko-, jak i polskojęzyczne – nie chce się „nie tylko pracować i zaciskać pasa” (cyt. za polskojęzycznymi), ale nawet „robić rewolucji” (cyt. za angielskojęzycznymi). W tym drugim wypadku brak determinacji jest chwalony, w pierwszym wypadku nie. Cytowałem już parę razy Brzozowskiego (i to, co o Brzozowskim pisano), pocytuję teraz Kuronia. „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. Nie palcie Europy, zakładajcie własną. Przygoda lewicy – Mitterrand, Blair, Schroeder – z władzą w największych europejskich „państwach narodowych” („jedynie władza jest ciekawa”, jedynie władza lewicy pokazuje, czym lewica jest dziś w stanie być) wiele nas uczy o tym, jakie komitety europejska lewica potrafi budować, kiedy nie próbuje ich palić.
To palenie zresztą raczej nie bardzo jest możliwe, bo Barcelona ’11 czy Ateny ’11 to jednak nawet przy Radomiu ’76, nie mówiąc już o Gdańsku, Gdyni i Szczecinie ’70, ciągle tylko zabawa – i to właściwie z obu stron. Naprawdę przepraszam za to moje straszliwe zrzędzenie w stylu starego kombatanta-gaullisty narzekającego na przesadne „antyfaszystowskie” ambicje studentów z Maja ’68 („jak nas, panie dziejaszku, prawdziwi faszyści dręczyli, to przez trzy dni w ustach kropelki Bordeaux nie miałem, a wy tylko z kawiarni na barykadę, z barykady do kawiarni, i tak w kółko, panie dziejaszku…”). Przepraszam zatem, ale ja takim właśnie gaullistowskim zrzędą jestem i już nikim innym nie będę. Przy czym podkreślam, że nie uważam tych wszystkich doświadczeń rządzenia Europą przez lewicę w ostatnich latach za najmroczniejszy okres w historii lewicy w ogóle, choć najbardziej optymistyczny też może nie, bo słuszny reformizm socjaldemokracji dotarł w tym wypadku nieomalże do granic niesłusznego oportunizmu. Oczywiście lewica może się zawsze tych doświadczeń wyprzeć, na zasadzie: my nigdy nie jesteśmy władzą, jeśli ktoś pod naszym sztandarem władzę zdobywa, przestaje być lewicą z definicji. Ale to po pierwsze nieprawda, a po drugie, skazuje to lewicę na los burzycieli maszyn albo socjalistów utopijnych, z których Marks – przepełniony przecież skądinąd bezgranicznym społecznym współczuciem (a może nie bezgranicznym?) – drwił bez ograniczeń.
Kiedy czytam felieton za felietonem Michała Sutowskiego, jest dla mnie oczywiste, że w europarlamencie byłby lepszym reprezentantem ludzi żyjących w Polsce niż Legutko z Cymańskim, Ziobro z Jackiem Kurskim. Słusznie wyszło mu z liczenia słupków, że bez unii fiskalnej strefa euro nie przetrwa. Teraz trzeba tylko zapytać, czy Unia potrafi dzisiaj wygenerować (naprawdę gigantyczną) polityczną nadwyżkę, żeby ten oczywisty sylogizm zrealizować? Czy państwa narodowe (nie tylko Polska mocno już wycieńczona trwającą od sześciu lat zabawą w dobrego Tuska i złego Kaczora, ale także Wielka Brytania, Holandia, Francja…) potrafią dziś wygenerować polityczną nadwyżkę w swojej partyjnej polityce wewnętrznej, żeby na tak heroiczny krok się zdecydować? Niemcom trochę łatwiej, od kiedy wpadły na pomysł, że jak się Unię Europejską czy strefę euro przedstawi w umysłach obywateli niemieckich niczym trochę ponowoczesny Kryształowy Pałac, a trochę Festung Europa, jak się tę Unię trochę muzycznie ozdobi Odą do radości z podkładem Beethovena, a trochę Deutschland, Deutschland… do muzyki Haydna, to obywatele niemieccy zaczną budować Europę z takim samym zapałem, jak za Bismarcka budowali Rzeszę – i właściwie dokładnie tak się zachowują. Ale nie w każdym kraju da się przeprowadzić podobnie łatwe podstawienie Imperium Europa pod tradycyjne imperium narodowe. W wielu innych krajach (szczególnie w tych nieudanych, pogubionych gdzieś w przeszłości imperiach, jak np. imperium Jarosława Marka Rymkiewicza) przed swojskim narodowym piekłem trzeba do Europy zwyczajnie uciekać.
Co robi w tej sprawie, co ma do zaproponowania zarówno lewica polityczna, „lewica zmęczenia” (parafraza za „liberalizmem zmęczenia”, Kapitan Europa), jak też młoda i dziarska lewica metapolityczna w całej Europie? Zaznaczam, że nie jest odpowiedzią na to pytanie okrzyk przed telewizorem: „ach, jak fajnie ten piękny młody Grek walnął w okno ministerstwa finansów koktajlem Mołotowa”, „ach, jak fajnie w Barcelonie chodzą z namiotami po placu” – w ten sposób lewica metapolityczna może co najwyżej mieć swoją własną europejską Ligę Mistrzów, podczas gdy tymczasem Unię Europejską będą montować (i demontować na zmianę) centroprawica i prawicowi populiści. Nawet bowiem „ulica” musi być politycznie sfunkcjonalizowana, zastosowana, zaprzęgnięta – inaczej pozostaje „burzycielami maszyn”, „utopijnymi socjalistami” (itd. ulubieni chłopcy do bicia Karola Marksa).
Zatem proszę o więcej lewicowej polityki europejskiej (przepraszam za moją roszczeniowość, ale ja naprawdę jestem tylko felietonistą o nie do końca sprecyzowanej ideowej tożsamości, mnie jest prosić nieporównanie łatwiej, niż wam moją prośbę spełnić). Proszę o więcej lewicowej polityki europejskiej nie tylko ekonomicznej, ale także społecznej. Więcej silnej europejskiej politycznej lewicy. Na razie rozkwita w Europie wyłącznie prawicowy polityczny populizm, który już umiał się politycznie zorganizować, już umiał wpłynąć na praktykę liberalnej władzy nawet tam, gdzie sam wciąż jeszcze samodzielnie władzy nie sprawuje – patrz Holandia, Dania, Francja, Finlandia… długo by wymieniać. Z braku innych „silnych emocji” część lewicy jest już gotowa nawet się populizmem zachwycać. Ale to trochę tak, jakby weimarski lewicowiec fascynował się marszami SA z pochodniami wołając: „ach jakie wspaniałe emocje przy tym «haken» krzyżu, to są przecież społecznie wykluczeni, tyle że w mundurach i pod kierownictwem wodza-nihilisty, a w dodatku jak autentycznie wyrażają społeczny gniew, który jest przecież solą polityki, nie mogę przecież nimi jak byle liberalny mieszczanin pogardzać!”. Kto od ciebie chce – baranie – żebyś nimi pogardzał? Ty musisz z nimi politycznie walczyć. W dodatku skutecznie. A poza tym to już jest tylko „modlitwa karpia o szybszą wigilię” (cyt. za Leszek Miller). Niektórzy niemieccy komuniści z poczucia własnej politycznej słabości faktycznie zaczęli się modlić o nadejście populistycznej wigilii, która zmiażdży Weimar. A kiedy wigilia nadeszła, podzielili los karpia.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...