> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pasmo zwycięstw Drukuj
Cezary Michalski   
21.02.2011

Moskwa boi się Macierewicza. Generał Błasik nie pił, a może nawet nie było go w kokpicie (wcześniej wszystkie zalecenia po katastrofie CASY zrealizował, a Lech Kaczyński go nie krył – choć to był „jego” generał, a nie generał Klicha i Tuska). O taką wersję rzeczywistości walczymy. Wersję rzeczywistości, w której Powstanie Warszawskie było jednym z najinteligentniejszych militarnie i politycznie posunięć w dziejach świata, słusznie zasługującym na stanie się fundamentem współczesnej tożsamości Polaków (cyt. za Jarosław Marek Rymkiewicz), już wywalczyliśmy. Aby się o tym przekonać, wystarczy pójść do wiadomego muzeum, tak jak do niego poszedł Jaś Kapela i też się przekonał. I tak idąc od sukcesu do sukcesu, trafimy ponownie do nowych czasów saskich, kiedy przekonanymi o swojej mocarstwowości Sarmatami (Grunwald, Wiedeń, obrona Częstochowy, bitwa pod Warną… i inne militarne oraz polityczne, a w każdym razie na pewno mityczne, zwycięstwa) znów będą rządzić ambasady. Tym razem amerykańska, rosyjska, niemiecka i watykańska (nie mówię tu o religijnym, a wyłącznie o politycznym wymiarze funkcjonowania Kościoła nad Wisłą, bo nie wykluczam, że jakiś jego szczątkowy wymiar religijny ciągle jeszcze istnieje). Będą rządzić Polską tak, jak się w globalizacji rządzi Kongiem (patrz Pieśń misji Johna Le Carré, jedna z najciekawszych politycznych powieści o Polsce – jak na czasy, w których ciekawe polityczne powieści o Polsce nie powstają), Nigerią czy Bahrajnem, ale przynajmniej tej obrzydliwej Unii Europejskiej już wtedy nad Wisłą nie będzie, bo ją Sarmaci (podpuszczani przez dyrygentów paru globalnych i regionalnych „orkiestr”) przepędzą i „zderegulują”. Być może w dalszym ciągu (rok 2036, na parę miesięcy przed kolejnym przybyciem w pobliże Ziemi – i Polski – planetoidy Apopis) w obiegu będzie złotówka, na której J.P. Morgan będzie zarabiać krocie, spuszczając ją w piątek wieczorem do poziomu 2,80 za dolara, a w poniedziałek rano pompując do 3,01. Choć bowiem jako narzędzie narodowej polityki gospodarczej złotówka sprawdza się wyłącznie w głowie Kaczyńskiego, to jako podrzędnej rangi papier spekulacyjny jest przydatna wielu grubszym, a nawet i drobniejszym graczom (OFE też się używią).


Unia Europejska jest być może ostatnim wysiłkiem oświecenia (Bum! Bum! Bum! – walę w tym miejscu w bęben, ten sam, na którym Tomasz Kot w reklamie taniego Internetu Netii wybija swoje „Bez VAT! Bez VAT! Bez VAT!”, bo przecież patetyczne słowo na „o” budzi już tylko politowanie w naszym kraju, gdzie znaczna część elit medialnych i politycznych co prawda nigdy nie uczestniczyła w nowoczesności, ale z przednowoczesności w ponowoczesność wskoczyła bez trudu). Oczywiście pisząc „Unia”, mam na myśli projekt heroicznie pogłębianej integracji gospodarczej, społecznej, kulturowej i militarnej, który mógłby zmienić na lepsze oblicze naszego samowyniszczającego się cyklicznie kontynentu. Nie mam natomiast na myśli mitycznej maszynki do produkowania pieniędzy, która podobno wyrzuca z siebie całe sterty euro, jak na nią Sarmata natupie i nakrzyczy. A za te pieniądze wyplute przez skrzynkę… O ho ho, to już można zbudować mocarstwo, oczywiście jak się nie jest POpaprańcami z PO, którzy mocarstwa – przynajmniej regionalnego – zbudować tutaj nie potrafią, choć to takie proste.


Kryzys oświecenia oznaczał kryzys Unii, koniec oświecenia będzie końcem Unii. Z dwóch dróg oświecenia – kapitalizmu regulowanego i kapitalizmu obalonego – przetrwała tylko ta pierwsza (ja aż tak z tego powodu nie cierpię, bo przy wszystkich kosztach kapitalizmu, których nie neguję, sądzę, że jego wersja regulowana jest jednak dla człowieka mniej kosztowna, niż jego wersja obalona – leninowsko-stalinowski komunizm realny). Tak czy inaczej, Unia to kapitalizm regulowany. Koniec oświecenia (i koniec Unii) będzie oznaczał kapitalizm zderegulowany, radośnie nurkujący w coraz głębsze cykliczne kryzysy, połączony z wciąż nowymi peryferyjnymi próbami obalenia go, owocującymi coraz to nowymi godnościowymi masakrami (Rymkiewicz z taką samą werwą jak godnościową masakrę Powstania Warszawskiego opiewałby godnościową masakrę Kanału Białomorskiego – ooops, przepraszam, zapomniałem, że on we właściwym czasie masakrę Kanału Białomorskiego faktycznie opiewał; lustrujmy lustratorów, dekomunizujmy dekomunizatorów, a potem to samo zróbmy ze sobą i na koniec sami się powieśmy). Tea Party, Ziemkiewicz i Wildstein to koniec oświecenia (może jednak masoni w Polsce nie sprawdzają się w swojej funkcji pedagogicznej tak samo, jak tutejsze państwo nie daje sobie rady z zarządzaniem kolejami państwowymi, a tutejsi oligarchowie z budową autostrad?).


Unia jako późny owoc oświeceniowego projektu jest oczywiście nieco dekadencka (patrz złośliwe zwierciadełko Sloterdijka: „kryształowy pałac vel szklarnia”). Po dwustu latach od swego aktu założycielskiego chrześcijaństwo było nieco żwawsze, właściwie dopiero się rozkręcało. Zatem każdy zastrzyk witalności, idei, społecznej energii, politycznej legitymizacji bardzo by się Unii przydał. Róża Thun mogłaby być symbolem czegoś dla projektu integracji europejskiej intelektualnie poważniejszego od faraonicznych parad Schumana i śpiewania Jaka róża taki cierń z repertuaru Edyty Geppert w krakowskim teatrze Groteska (czy raczej w wielkim ogólnopolskim teatrze Groteska) przy okazji tegorocznej szopki polityków (będzie jej towarzyszyła na scenie  Beata Kempa śpiewająca Dziesięć przykazań z repertuaru grupy Bajm). 
Mamy w Unii Różę Thun, która przynajmniej nie szkodzi, zatem nawet brak powagi można jej wybaczyć. Ale czy mamy w Unii jakąś Curie-Skłodowską integracji europejskiej, jakiegoś jej Chopina czy choćby Kubicę? Wysłaliśmy raczej ostatnio do Brukseli sporo Sienkiewiczów. I to niestety nie z okresu pozytywizmu warszawskiego (tacy Sienkiewiczowie bardzo by się Polsce w Unii, a zresztą także Polsce w Polsce przydali), ale z okresu pisania powieści ku pokrzepienu serc i starczej fascynacji dziewczynkami na progu wieku konsensualnego (Lolita w Polsce dopiero jest do napisania).


I zamiast pointy, zmiana tematu. Na wariackich papierach powtarzane na AXN-Crime (pędźcie tam jak najszybciej dzieci ejtisów!), gdzie Bruce Willis miał być niepoprawnym politycznie Erykiem Cartmanem, dzięki czemu stał się automatycznie najpopularniejszą postacią serialu (zobaczycie, jak to będzie w polskiej polityce z Jarosławem Kaczyńskim), a później jednym z najpopularniejszych aktorów Hollywoodu w ogóle. „Dokąd zmierza nasz związek? Nasz związek ogranicza się do sypialni” (kwestia Maddie Hayes granej przez Cybill Shepherd). „Jak przywiozę do ciebie szczoteczkę do zębów, ręcznik i maszynkę do golenia, nasz związek rozszerzy się na łazienkę” (kwestia uroczego brutala). W Polsce „uroczy brutale” w obozie patriotycznym szybciej odsłaniają swoją mroczną stronę („Czy nasz związek rozszerzy się kiedyś na twoją zdolność do pracy za kasę albo do umycia nóg przed położeniem się ze mną do łóżka?” – pyta polska wersja Cybill Shepherd, zgorzkniałej i zsuczałej przez zadawanie się z „uroczymi brutalami” w wersji po upadku poprzedniego powstania). I już nikomu nie jest do śmiechu, nawet w serialu Plebania nie da się tego pokazać, co najwyżej w Kiepskich. Dlatego to jedyny polski serial o poziomie zbliżonym do hollywoodzkiej szczerości – czyli też tylko symulakra, ale nieco lepszej jakości.


„Gazeta Wyborcza” nie zauważa różnicy między Romanem Graczykiem a Bronisławem Wildsteinem. To tłumaczy, dlaczego ludzie z mojego pokolenia długo jeszcze będą na przekór „Wyborczej” czytać „Rzeczpospolitą” i że żadnej sensownej dyskusji o przeszłości nigdy tutaj nie będzie. Ja akurat „Rzeczpospolitej” na złość „Wyborczej” czytać już nigdy nie będę (do „Wyborczej” też zaglądam raczej po artykuły o polityce europejskiej, niż żeby tam czytać polemiki z Graczykiem w kwestiach lustracyjnych). Świetnie także obyłbym się bez kolejnej rytualnej dyskusji o przeszłości z cyklu „Jhhhaaanek Wiśnieski pat” (cyt. za Kazik Staszewski grający rolę męczennika za esbeckim biurkiem w klipie reklamującym Czarny czwartek, na który chcąc nie chcąc ciągle się w warszawskich kinach trafia, nawet jeśli idzie się tam z synem na jakąś niewinną tłuczkę SF). To jedna z najmniej przekonujących ról naszego postpunkowego estradowca, którego Mars napada jest np. w każdym calu nie tylko estradowym, ale także socjologiczno-politologicznym arcydziełem w sposób alegoryczny przedstawiającym – tak jak wszystkie dzieła artystów mojego pokolenia – pacyfikację pierwszej „Solidarności” w latach 80.


Czemu jednak ten „Jhhhaaanek Wiśnieski pat” mnie akurat nie kręci? Bo słuchając go i oglądając po raz kolejny (tym razem przed naprawdę, jak się chwilę później miało okazać, beznadziejnym Skyline‘em) mam już niestety przed oczami obrazy z nieodległej przyszłości, kiedy w cieniu tego „Jhhhaaanka Wiśnieskiego pata” po najbliższych wyborach będą prowadzone rozmowy koalicyjne którejś z dwóch wielkich partii postsolidarnościowej prawicy z Napieralskim. Jeśli to akurat Jarosław Kaczyński będzie je z Napieralskim prowadził, to znów powie miłe słówko o Gierku i polityczną przeszłość dawnym członkom KC osobiście na wizji odpuści. Ale jak zostanie z nich wykluczony i będzie je prowadziła Platforma, to Kaczyński od razu przebierze się za „Jhhhaaanka Wiśnieskiego pata” i zaśpiewa o „krwawym Kociołku kacie Gdańska” i jego równie krwawych pomagierach z SLD i Platformy (na przykład o krwawym Niesiołowskim, który stoczniowca za stoczniowcem osobiście kładł na bruk, cały czas oczywiście zachowując się przy tym bardziej tchórzliwie niż małe dziewczynki na gestapo). Wyjdzie mu to śpiewanie mniej więcej tak samo, jak śpiewanie hymnu, ale zombies z mojego pokolenia i tak powędrują w jego kierunku z wyciągniętymi rękami i rozdziawionymi i zaślinionymi usty, bo oni (bo my?) nie są (nie jesteśmy?) estetami wychowanymi na Szostakowiczu i Brahmsie, ale mają (mamy?) stłumione doświadczenie pokoleniowe lat 80. na karku (patrz Marcin Meller z „Playboya”, jak mu się to stłumione doświadczenie pokoleniowe bez przerwy odbija). Platforma z kolei także o „Jhhhaaanku Wiśnieskim pacie” zapomni, kiedy sama do negocjacji z Napieralskim siądzie, ale gdyby on zechciał zasiąść do negocjacji z Kaczyńskim, to i platformersi za „stoczniowców Gdyni, stoczniowców Gdańska” z Grudnia ‘70 chętnie się przebiorą i łańcuchami skrwawionymi na Wiejskiej podzwaniać zaczną (jak zwykle szczególnie przekonująco wyjdzie to podzwanianie państwu Sonikom z Krakowa). Ja bym raczej zadedykował naszym pokątnym producentom i użytkownikom „polityki historycznej” inne słowa nieformalnego hymnu walczącego Wybrzeża: „Idźcie do domu, skończona walka”. Ale jakby Jarosław Kaczyński wrócił do domu i zaczął po własnej kuchni maszerować z pochodniami dziesiątego każdego miesiąca, to jeszcze by dom podpalił i sąsiadów usmażył, więc niech już chodzi z tymi pochodniami po Krakowskim Przedmieściu, tam jest otwarta przestrzeń, kamienne klasycyzujące budowle i trudniej jednak ogień zaprószyć. Swoją drogą ciekawe, czy konserwatyści u Kaczyńskiego też muszą nosić za nim pochodnie? I jak się z pochodniami prezentują Ujazdowski, Polaczek i Sellin, czy im z pochodniami do twarzy?

 

Komentarze
Dodaj nowy
chatte botte   |21.02.2011 05:40:43
Świetny felieton.

Ale za ten nawias:
(Lolita w Polsce dopiero jest do napisania) -
dałabym Panu od razu pracę przez co najmniej dwa semestry na jakimś
uniwersytecie w Polsce, żeby w podobnie tematycznej
konstelacji poprowadził Pan zajęcia z literatury. 

Pozdrowienia,

chatte
bars  - Ejże!   |22.02.2011 00:04:20
To to ładnie! o epoce saskiej piszą nie tylko teologowie polityczni i piowscy
dziennikarze ale i Cezare M!
Wolnego, bo za jakiś czas lud zmiecie liberalne
państwo bo mu wszyscy wbiją do głowy że jacyś Sasi nami rządzą…
kot   |22.02.2011 12:19:58
"O taką wersję rzeczywistości walczymy.
…..znaczna część elit medialnych i
politycznych co prawda nigdy nie uczestniczyła w nowoczesności, ale z
przednowoczesności w ponowoczesność wskoczyła bez trudu….
…Z dwóch dróg
oświecenia
boris_v   |28.02.2011 20:41:46
bardzo dobre
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03529 Seconds