|
Torysi z Liberalnymi Demokratami rządzą już od roku, niestety bez przełomu, bo i skąd miałby się ten przełom wziąć. No chyba, że za przełom uznamy dostrzeżony przez niezależny Brytyjski Instytut Studiów Podatkowych najwyższy od 30 lat roczny spadek dochodów na wyspach (3 procent w dół w roku podatkowym 2010 – 2011, z zapowiadanym przyspieszeniem tej tendencji w roku podatkowym 2011 – 2012). W poszukiwaniu winnych tej sytuacji, konserwatywny minister pracy i emerytur Ian Duncan Smith, jeden z najbardziej zdziczałych w tej ekipie (może właśnie dlatego posłano go do resortu pracy i emerytur) stwierdził, że przyczyną tego, iż „Wielka Brytania staje się coraz biedniejszym krajem, jest masowa imigracja”. Za którą oczywiście, zdaniem Smitha, odpowiada Partia Pracy, bo zachęcała imigrantów do przyjeżdżania na wyspy „przez ideologię”. Poziom oderwania od rzeczywistości tej wypowiedzi, albo też (co nawet bardziej prawdopodobne) poziom jej cynicznego populizmu, przypomina jedynie późnego Ziemkiewicza („spadkobiercy KPP pod rękę z Krytyką Polityczną mnie załatwili, a nie moje własne uwikłanie w wojnę dwóch prawic”). Przecież to nie lewicowa ideologia otwarła granice dla masowej imigracji „Arabów”, „czarnych” i „Pakis”, ale najbardziej nieregulowany, najbardziej dziki, najbardziej autentyczny, a zatem szukający najwyższego i najbardziej krótkoterminowego zysku globalny wolnorynkowy kapitalizm. To on potrzebuje taniej, prawie darmowej w porównaniu z uzwiązkowionymi robotnikami angielskimi, siły roboczej zza morza. Apogeum imigracji do wysokorozwiniętych krajów zachodnich przypada na przełom lat 60. i 70., kiedy większością tych krajów rządzi prawica (czyżby generał de Gaulle sprowadzał wówczas Arabów do Francji z fascynacji multikulturalizmem?). To przy pomocy tanich, wygłodzonych i przerażonych świeżych imigrantów wolnorynkowi konserwatyści złamali związki zawodowe na Wyspach Brytyjskich (i w paru innnych krajach). To sprowadzeni świadomie przez wielki biznes i obsługujące go rządy imigranci za pół darmo (choć w porównaniu z ówczesną „pensją minimalną” w Pakistanie, Indiach czy Bangladeszu było to dla nich bogactwo) budowali industrialną potęgę Zjednoczonego Królestwa.
Potem jednak kolejna fala wolnorynkowej globalizacji zlikwidowała przemysł na wysokorozwiniętym Zachodzie (postindustrialne społeczeństwo, postindustrialne społeczeństwo…). W konsekwencji tych zapomnianych przez Iana Duncana Smitha wydarzeń w takiej samej społeczno-ekonomicznej dupie znaleźli się na wyspach sprowadzeni tu wcześniej masowo imigranci i niesprowadzani przez nikogo „etnicznie czyści” Angole.
Teraz, kiedy mleko się rozlało, wolnorynkowi neokoni rządzący dziś Zjednoczonym Królestwem proponują jeszcze więcej egoizmu, deregulacji, niepłacenia podatków. Słowem, demontaż mechanizmów, które trochę przynajmniej łagodzą napięcia społeczne wywołane przez wolnorynkową globalizację. Ja jednak sądzę, że drogą deregulacji i uegoistycznienia dojdziemy co najwyżej do Europy z Doomsday (Dzień Zagłady, film SF klasy, powiedzmy, B, którego streszczenie przepisuję z zajawki na Sky tivi: „po epidemii śmiertelnego wirusa, w ruinach czegoś, co kiedyś było Szkocją, doborowa jednostka świetnie wyszkolonych komandosów walczy z grupami kanibali”). Porośnięty futrem Bronisław Wildstein jako charyzmatyczny przywódca grupy kanibali z Polski, łysiejący Duncan jako charyzmatyczny przywódca grupy kanibali z londyńskiego City – to oczywiście mogę sobie wyobrazić. Nadal jednak nie widzę tu ani „Polski – Wielkiego Projektu” (cyt. za Legutko/Krasnodębski z ostatniej konferencji w Warszawie), ani nawet „Anglii – Wielkiego Projektu”, a już szczególnie „Anglii – Wielkiego Społeczeństwa” (hasło wyborcze Camerona). Swoją drogą, jak można sobie wycierać gębę Wielkim Społeczeństwem, skoro nie wierzy się już w istnienie społeczeństwa w ogóle? Przecież „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny” (cyt. za Margaret Thatcher, intelektualną mistrzynią Camerona, która była przynajmniej od swego późnego wnuka bez porównania bardziej szczera). Trudno się zatem dziwić, że Cameron tak odważnie obiecał swoim wyborcom uczynić wielkim coś, co w jego własnym przekonaniu w ogóle nie istnieje. Zero można mnożyć przez dowolną liczbę (głosów, kadencji…), a w wyniku takiej operacji i tak zawsze otrzymamy zero. Na tle UK pod rządami Torysów z 5-procentową inflacją i znów skorygowaną ostro w dół prognozą wzrostu gospodarczego na rok 2011 (tym razem 1,5 proc. PKB, a jeszcze przed paroma miesiącami obiecywano 2,2 proc.) – lśni jak gwiazda „północnoeuropejskiej, bismarckowskiej, socjaldemokracjo-chadecji” nasz zachodni sąsiad, czyli Niemcy (wzrost PKB 5,2 proc. rok do roku, przy niższej niż w Wielkiej Brytanii inflacji, bezrobociu i deficycie budżetowym). Sądzę nawet, że ta sytuacja nie ulegnie zmianie, jeśli przestraszeni Fukushimą obywatele niemieccy przekażą władzę nad sobą w ręce SPD i Zielonych. Są bowiem w życiu narodów i społeczeństw „hegemonie” zakorzenione głębiej niż doraźne polityczne wybory. Taką głęboką hegemonią jest w pewnych miejscach naszego globu właśnie hegemonia „północnoeuropejskiej socjaldemokracji” (cyt. oczywiście za Michał Sutowski, jak zwykle z moją osobistą niewielką bismarckowską korektą). Skąd jednak mój niesłabnący entuzjazm dla naszego odwiecznego wroga (owszem, ja także pamiętam, że Niemców ogarnia od czasu do czasu wildsteinowsko-krasnodębski „małpi rozum” i wtedy są naprawdę groźni, w przeciwieństwie do Wildsteina i Krasnodębskiego, którzy są wówczas tylko groteskowo zabawni)? Poczytajcie klasyków. Nie miałem co prawda dziadka w Wehrmachcie, ale jako mieszkaniec Torunia miałem tam przymusowo wcielonych dwóch stryjów, którzy zresztą skończyli wojnę u generała Maczka (ukryta opcja Angielska?). Ale dwóch stryjów w Wehrmachcie i tak czyni mnie w oczach Fedyszak-Radziejowskiej (patrz wywiad z nią braci Karnowskich piszących inaczej) człowiekiem bez właściwości (sam tę pałę im kiedyś do ręki dałem, sam ten rytuał dla nich wymyśliłem, więc czemu się dziwię). Dlaczego jednak to ja się tłumaczę przed Fedyszak-Radziejowską, kiedy to ona powinna się tłumaczyć przede mną? Choćby z tego, że kiedy już znalazła swoją partię i swojego wodza, to wobec Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u stała się bardziej bezkrytyczna, niż Andrzej Szczypiorski był kiedykolwiek wobec Tadeusza Mazowieckiego i Unii Demokratycznej? Na pewno jest w tym ideowość. W przeciwieństwie do niej uważam bowiem, że i ona, i ja możemy mieć poglądy, które się różnią, podczas gdy ona uważa, że tylko jej poglądy są poglądami, a inne poglądy to nie poglądy, a tylko „salonowy oportunizm”. Jednak jej żołnierskie zdyscyplinowanie wobec Jarosława Kaczyńskiego bierze się nie tylko z tej ideowości, ale też z resentymentu „skrzywdzonej i poniżonej” (który pożera ją każdego dnia, kiedy idzie korytarzem IFiS PAN, a koledzy i koleżanki z pracy nie oddają jej hołdów wystarczająco czołobitnych, bo właściwie dlaczego by mieli). Po trzecie wreszcie bierze się ono także („także”, powtarzam, a nie „wyłącznie”) z oportunizmu, bo dostała przecież od Kaczyńskiego liczne udziały w jego dawnym politycznym zwycięstwie. Na przykład stanowisko w Radzie IPN (jako socjolog wsi, całkiem zresztą niezły, nie wydawała się naturalną kandydatką na to stanowisko). A że jest wykonawczynią rozkazów namiętną, w ostatnim impulsie (znacie dowcip o skorpionie i żabie?) obaliła jeszcze profesora Andrzeja Chojnowskiego jako przewodniczącego Rady IPN zbyt jej zdaniem „miękkiego”, żeby potem sama w imieniu Jarosława Kaczyńskiego i upiora Lecha (parafraza za William Szekspir, Hamlet, tragedia królewicza duńskiego) przez trzy minuty Radą IPN-u porządzić. Gdyby platformersi byli tym, za co ich uważa Fedyszak-Radziejowska, to w jej miejsce do Rady IPN mianowaliby Wiatra albo Pastusiaka. Ale że są czymś innym (nawet jeśli w sumie nie do końca wiadomo, czym) mianowali do nowej rady IPN krwawych komunistycznych siepaczy w rodzaju Antoniego Dudka, Andrzeja Paczkowskiego, Andrzeja Chojnowskiego (fakt, że obalonego wcześniej przez Fedyszak-Radziejowską) i Andrzeja Friszke (także Friszke nie jest moim zdaniem KPP-owcem i kawalerzystą Budionnego, choć tu oczywiście znacznie różnimy się w ocenie z Fedyszak-Radziejowską). Czy jednak Fedyszak-Radziejowskiej jest łyso z powodu swojego fanatyzmu, wiernopoddańczości, całkowitej zdrady klerkowskiego myślenia krytycznego na rzecz partyjnej dyscypliny rozumianej przez nią bez najmniejszej nawet subtelności? Nie, gościem, który się skompromitował, jestem dla niej ja, podczas gdy ona każdego wieczora, po ciężkim dniu zaangażowanej partyjnej harówki, przepiera swój harcerski mundurek, krochmali, suszy przez noc, po czym rankiem ubiera czyściutki, sztywny, zupełnie jak nowy. Witamy harcerkę na naszym obozie (harcerkę z ambicjami zostania choćby zastępową). A ja ciągle się przed nią tłumaczę (odgryzanie komuś głowy jest u mnie klasyczną formą tłumaczenia się przed nim, już to chyba wiecie). Ciągle trapi mnie poczucie winy. Ciągle staram się przyłożyć lewą ręką Tuskowi, mimo że prawa aż się wyrywa, żeby oddać na niego głos w nadchodzących wyborach. Podczas gdy Fedyszak-Radziejowska, Legutko, Krasodębski, Jacek Karnowski, niestety także Jadwiga Staniszkis… dyscyplina u nich wszystkich dzisiaj jak u pruskich kaprali, a sumienia czyściutkie jak u niemowlątek. Jak powszechnie wiadomo, nawet Bronisław Wildstein ewolucję poglądów zauważa wyłącznie u innych, gdyż sam od urodzenia był przedsoborowym katolikiem, patriotą z subtelnym odcieniem nacjonalistycznym i kontrolowaną tolerancją dla Radia Maryja, a także zawziętym wolnorynkowcem i – przede wszystkim – tradycyjnym, dogmatycznie monogamicznym ojcem rodziny na swoim. Był taki w swojej anarchizującej komunie krakowskiej w latach 70. i takim niezmiennie pozostał do dzisiaj.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...