|
Chociaż nadal uważam Donalda Tuska za najmniejsze zło (spośród tych nieco większych) dzisiejszej polskiej polityki, z drugiej jednak strony pamiętam, że publicysta ma obowiązek od czasu do czasu oportunistycznie napisać coś dla władzy niewygodnego. Wobec tego w tym akurat felietonie pochwalę Bronisława Komorowskiego. Za jego politykę orderową, za ordery dla twórców. „Zasypcie ich Orłami Białymi, nie będziecie im musieli oddawać mediów publicznych”, powiedziałbym, gdybym był sarkastycznym piarowcem Platformy. Naprawdę nie rozumiem, czemu Kaczyński tego nie robił, już Marcinkiewicz zrobiłby to na pewno, tyle żeby go wtedy Lech z Jarosławem jeszcze szybciej ścięli. W dodatku nie mam żadnych wątpliwości, że Michnik, Holland, Szymborska… na Orły Białe i Krzyże Kawalerskie sobie zasłużyli. Swoimi biografiami, swoimi dziełami zasłużyli sobie nawet na więcej, ale Komorowski nic więcej do Orłów Białych do rozdania nie ma. Agnieszka Holland walczyła niedawno, bez powodzenia, o odebranie politykom mediów publicznych i oddanie ich „środowiskom twórczym”. Prezydent mógłby zatem nacisnąć na Lufta, aby dał jednak twórcom jakąś dużą, centralną antenę. Tyle że premier się na takie rozwiązanie nie zgodzi, bo on zajmuje się jednak rządzeniem tym krajem, a twórcy nie zapewnią mu większości w parlamencie, podczas gdy PSL, SLD, PjN… zapewniają albo zapewnić w razie czego mogą. Zatem czemu nie dawać Orła Białego ludziom, którzy naprawdę sobie na to zasłużyli? Nawet deficyt budżetowy od tego nie wzrośnie, zegar Balcerowicza nie przyspieszy, zresztą samemu Balcerowiczowi też należy się drugi Orzeł Biały (bo jednego już dostał, także całkiem słusznie). Ale załóżmy, że skoro tego pierwszego dostał za intelektualne wspomaganie samorządów robotniczych w 1981 roku, wówczas trzeba mu dać drugi za neoliberalizm w III RP. A jeśli pierwszego dostał za neoliberalizm w III RP, to jako teoretyk Sieci i samorządów robotniczych z czasów pierwszej „Solidarności” naprawdę zasługuje na drugi. Jeszcze jednym Orłem należałoby udekorować jego słynny zegar - to wydarte z piersi i pokazane ludowi bijące serce budżetu polskiego państwa.
Na tym polegała zresztą moja pierwsza wątpliwość wobec Jarosława Kaczyńskiego, kiedy krótko po zdobyciu władzy (części władzy, resztek władzy, przyczółków władzy… ale na tym właśnie polega w Polsce władza w ogóle i żadnej innej władzy niż „resztki”, „część” czy „przyczółki” nigdy tu zdobyć nie można) bardzo szybko zaczął uprawiać resentymentalne handryczenie się z „postkapepowskimi łże-elitami z postwykształciuchowskiego salonu” (suma wypowiedzi ówczesnych przywódców państwowych i publicystów towarzyszących). Oczywiście nie wiemy, czy elektorat by mu zasypanie orderami „postkapepowskich łże-elit” wybaczył. Może nawet resentymentalny Mariusz Kamiński ujawniłby w odpowiedzi Polakom „porażającą prawdę”, że Lech Kaczyński podarował Jarosławowi Kaczyńskiemu pamiątkowe wieczne pióro, co przeszłoby do polskiej historii jako „wieczna afera piórowa”. Albo też wyszłoby na jaw, że Lech sprzedał swemu bratu dorsza za osiem złotych, choć tę akurat aferę ujawniłaby dla odmiany Julia Pitera, wówczas jeszcze posłanka opozycji. Są w polityce rzeczy ważniejsze niż zaspokajanie resentymentów „pisowskiego ludu” (cyt. za Ludwik Dorn), wystarczyłoby zamiast tego umieć zapewnić temu ludowi trwałą reprezentację u władzy, wystarczyłoby go nie obrażać, nie wyzywać od „moherów” i „ciemnogrodu”, wystarczyłoby (wystarczyłoby? ha!) zapewnić mu nieco wyższe emerytury, nieco sprawniejszy system opieki zdrowotnej, nieco lepsze szkolnictwo… nawet płacąc za to cenę codziennego zasypywania „salonu” Orłami Białymi.
Jeśli jednak ryzykujemy władzę (a Kaczyński, Dorn, a nawet Legutko, Krasnodębski, Wildstein czy Ziemkiewicz po 2005 roku pewien wpływ na władzę przez chwilę zdobyli) dla zaspokojenia własnego resentymentu, jeśli mając władzę, zamiast dawać twórcom Orły Białe, dotacje na filmy i literackie kwartalniki (to naprawdę są miniaturowe pieniądze, nasi twórcy to nie są bracia Ridley i Tony Scottowie, ich filmy, przedstawienia teatralne, literackie pisma… naprawdę prawie nic nie kosztują), wyzywamy ich od „wykształciuchów”, „łże-elit” czy „postkapepowskiego salonu”, wówczas jesteśmy pacanami, a nie przywódcami. Właśnie w tym wymiarze, zachowanie w latach 2005-2007 Kaczyńskiego, Dorna, a nawet Wildsteina, Krasnodębskiego, Legutki czy Ziemkiewicza… było dla mnie najlepszym dowodem na to, że nie przyszli po to, by rządzić, ale by leczyć własny resentyment.
Kiedy Bronisław Komorowski prowadzi pragmatyczną i zupełnie sensowną politykę orderową, Donald Tusk (będący, wciąż przypominam, najmniejszym możliwym dzisiaj złem polskiej polityki, złem mniejszym nawet od Bronisława Komorowskiego) niestety coraz bardziej mechanicznie i tępo używa piaru. Czarę mej goryczy przelało posiedzenie sztabu kryzysowego mającego przywrócić prawidłowe funkcjonowanie kolei na terenie Polski, wyznaczone przez premiera na Dworcu Centralnym. Każdy z nas pamięta odwiedziny śmierdzącego kibla w podziemiach DC, gdzie nawet zasięgu komórkowego nie ma. Ja naprawdę wolałbym, żeby sztab kryzysowy zbierał się w Kancelarii Premiera, nawet był tam częstowany kawą albo żeby się zbierał w gabinetach prezesów kolejowych spółek, które może i są wypasione, ale znajdują się tam telefony, łącza, Internet… tam można pracować. Podczas gdy zebranie w okolicach kibli na Dworcu Centralnym zimą jest widowiskiem upadlającym - zarówno aktorów, jak też widzów, czyli także mnie.
Spędzenie prezesów spółek kolejowych, a także ministra Grabarczyka z jego „lookiem” w stylu Armani Boys, na Dworzec Centralny, to trochę jak bicie po mordzie polskich podchorążych na Placu Saskim przez Wielkiego Księcia Konstantego. Zachowanie niepotrzebne i niepolityczne. I tylko jakieś narodowe nieszczęście - w rodzaju Powstania Listopadowego - może z tego wyniknąć. Wyobrażacie sobie, co będzie, jak urażeni prezesi spółek skarbu państwa z nadania PO: PKP-nasypy S.A., PKP-łopaty S.A., PKP Trakcja S.A., InterCity S.A…. podpalą browar na Solcu, a potem ruszą na Belweder i Kancelarię Premiera? Polska państwowość w konsekwencji znów zostanie osłabiona, a może nawet zlikwidowana, tak jak to się stało w 1830, kiedy podobny tumult wszczęli urażeni podchorążowie.
P.S. Także w opozycji wydarzyło się jednak coś estetycznie fascynującego. Jarosław Kaczyński, korzystając tym razem z doświadczeń Grincha (cyt. za Dr. Seuss „Jak Grinch ukradł Boże Narodzenia” plus niezapomniana kreacja Jima Carry’ego w filmie „Grinch, Świąt nie będzie”), wpadł na pomysł, aby od tej pory zamiast składać świąteczne życzenia, co roku rzucać Klątwę Wigilijną. Pierwsza Klątwa Wigilijna przybrała formę „Listu do rodzin ofiar katastrofy”, wraz z Kaczyńskim rzucili ją Macierewicz, Błaszczak i Kuchciński, dzięki czemu Klątwa nabrała nieco większej mocy. W tym samym czasie Donald Tusk zachowywał się poprawnie, jak powinien się zachowywać burmistrz Ktosiowa, miasta zamieszkanego przez zadowolonych z życia Ktosiów czekających na Święta i związaną z nimi małą orgię konsumpcji. W ten sposób polska polityka uprościła się jeszcze bardziej. Przybrała formułę: jesteś zadowolony? To głosuj na PO. Jesteś niezadowolony (wkurzony, naprawdę wściekły)? Głosuj na PiS, czyli na partię Grincha. Przyczyny zadowolenia lub niezadowolenia mogą być rozmaite, zarówno materialne jak też symboliczne. Najważniejsze jest jednak to, czy czekasz na Święta, czy Apokalipsę.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...