|
Jak wszyscy świetnie pamiętamy, spiskowcy od Stauffenberga, wiedząc już, że Wódz przeżył, gdyż bomba wybuchła pod stołem, przez jakiś czas utrzymywali oficerów i żołnierzy garnizonu berlińskiego w przekonaniu, że dobry Hitler został usunięty przez złego Himmlera i trzeba teraz aresztować kierownictwo SS, aby ukarać sprawców tej straszliwej zbrodni. W wyobraźni przeciętnego szeregowego nazisty wystąpienie przeciw Wodzowi było zamachem na najwyższe sacrum, czynem niemożliwym nawet do pomyślenia, nie mówiąc już o wykonaniu. Spiskowcy od Stauffenberga znali dobrze swoich współczesnych, nawet jeśli sami nieco się od nich różnili, więc zupełnie świadomie kłamali, że Fuehrer nie żyje, aby ludzi poddanych wieloletniemu praniu mózgów do obalenia Wodza wykorzystać.
W strategii Migalskiego, Kluzik-Rostkowskiej, Jakubiak, Poncyliusza czy Ołdakowskiego dobry, choć już słabowity i starczo zdziecinniały Hitler to oczywiście Jarosław Kaczyński, a demoniczny Himmler to Ziobro. Wydarzenia ostatnich dni spiskowcy rozgrywali zatem pod hasłem: „Zgrzybiały Kaczyński abdykował albo wręcz został odsunięty, władzę przejął Ziobro, a zatem możemy, a nawet musimy się przeciwko Ziobrze (i Kurskiemu, i Kurskiemu) zbuntować”. W czasach Stauffenberga nie nadawały jednak przez całą dobę TVN24, TVP Info ani Polsat News, więc piarowej sztuczki autorów operacji Walkiria starczyło na kilkanaście godzin, zanim Wódz nie wystąpił osobiście w ogólnoniemieckim radiu i spiskowców wycięto (ostatni usiłowali jeszcze tłumaczyć swoim zmanipulowanym podwładnym, że to jakiś aktor, może nawet „żydowski”, z polecenia Himmlera głos Fuehrera udaje). Dziś jednak Jarosław Kaczyński mógł zareagować natychmiast i w dodatku na wizji, co szybko przechyliło szale wewnątrzpisowskiej rozgrywki na jego korzyść. Oczywiście Hitler nie miał brata bliźniaka, który w dodatku zginąłby wcześniej w katastrofie lotniczej, a że Jarosław Kaczyński takiego brata posiada, Jakubiak, Ołdakowski, Cichocki… wycofali się na pozycje, z których dźgają Wodza smutnymi uwagami w rodzaju: „Lech nie byłby zadowolony z tego, co robi Jarosław” (cyt. za Ołdakowski) albo „Leszek byłby dumny z tego, że przeciwstawiłam się Ziobrze” (cyt. za Elżbieta Jakubiak). Joanna Kluzik-Rostkowska cieniem Lecha się nie zasłania, bo jest z niej jednak twarda babka.
Analogia z operacją Walkiria jest tak oczywista i łatwa, bo prawicowy elektorat cofnął się po Smoleńsku w rozwoju o jakieś 70 lat. Czysto personalna charyzma, personalny „mit”, „wierność bratowej i bratu” - szczególnie jeśli podawane w estetyce tabloidowej - ważniejsze są dla niego niż „abstrakcyjne” prawa, reguły, instytucje, a nawet wartości. Intelektualni przewodnicy tej części elektoratu to już dzisiaj nawet nie Krasnodębski czy Legutko, ale Warzecha i Pospieszalski.
Teraz, po zaspokojeniu głodu sztuki dla sztuki (wielkie i niespełnione marzenie o stworzeniu współczesnego „Nienasycenia” czy „Janulki, córki Fizdejki”, choćby pod postacią cyklu felietonów) przystąpię jednak do wypełniania poważnych, pozytywnych obowiązków wobec mojej wspólnoty. Otóż szczerze życzę Joannie Kluzik-Rostkowskiej politycznego sukcesu. W pierwszych dniach swojej samotnej walki zachowuje się ona nieomalże perfekcyjnie, suwerennie, inteligentnie, z determinacją. Unika zarówno prowokacji ze strony PiS-owskich „eunuchów” (cyt. za Ludwik Dorn), jak też nie daje się sprowokować zbyt prosto myślącym „salonowym” przeciwnikom PiS-u, którzy tak dalece o polityce nie mają pojęcia, że bardziej zależy im na tym, by Kluzik-Rostkowska jak najszybciej na „Kaczora” coś naszczekała, wymyśliła jakąś nową „watahę”, niż żeby podjęła z Jarosławem Kaczyńskim poważną polityczną walkę o prawicowy elektorat PiS-u. A ona jest wystarczająco inteligentna, obdarzona wystarczającą charyzmą i determinacją, aby taką walkę podjąć. Zamiast więc wygłaszać po mediach coraz boleśniejsze metafory na temat Kaczyńskiego (które i tak trafią wyłącznie do już przekonanych, a wyznawców Kaczyńskiego jedynie rozjuszą), czeka na wynik wyborów samorządowych, żeby zarówno ludzi, których Kaczyński już na pewno nie umieści na listach PiS do parlamentu, jak też samorządowców, kiedy już zostaną wybrani (gdyby dziś Kluzik-Rostkowska wyciągała ich z partii, to Kaczyński by ich zniszczył choćby w ostatnich godzinach kampanii, nawet gdyby miejsca po nich miała zająć Platforma) do swojej inicjatywy przyciągnąć, a moim zdaniem pójdzie do niej wystarczająco wielu, aby politycznie przetrwała.
W przeciwieństwie do Waldemara Kuczyńskiego zapomniałbym jej bez problemu to, że w wyniku perfekcyjnie przez nią poprowadzonej „sympatycznej” połówki kampanii prezydenckiej (połówkę „niesympatyczną” prowadziły Ruch 10 Kwietnia, Jarosław Marek Rymkiewicz, „Gazeta Polska”, „Nasz Dziennik”, Zdzisław Krasnodębski, „Rzeczpospolita”, „Teologia Polityczna”, kontrolowana przez PiS część mediów publicznych…) wyprowadziła Jarosława Kaczyńskiego z głębokiego wizerunkowego doła i doprowadziła go do miejsca znajdującego się o parę milimetrów od prezydentury. Dziś jednak Joanna Kluzik-Rostkowska jest pierwszym potencjalnym liderem polskiej prawicy, który nie byłby gorszy od Jarosława Kaczyńskiego - nie tylko posmoleńskiego, ale też przedsmoleńskiego albo nawet tego z mitycznego już okresu „żoliborskiego konserwatyzmu”. Kluzik-Rostkowska w zasadzie jest „żoliborskim konserwatyzmem”, który Jarosław Kaczyński na swojej autostradzie do piekła (uwaga, mówimy tylko o polityce, nie o wiecznym zbawieniu) porzucił. Joanna Kluzik-Rostkowska zabierze oczywiście ze sobą z PiS-u ludzi nieporównanie mniej ciekawych od niej, ale ma wystarczająco dużo własnej energii (przede wszystkim to ona będzie najważniejszą twarzą nowej partii), by z pozycji muzealniczych w stronę „żoliborskiego konserwatyzmu” przesunąć nieco Ołdakowskiego, z pozycji neoliberalnych Poncyliusza, a z pozycji spin-doktorskich Bielana i Kamińskiego. Nie byłaby to żadna lewica ani nawet centrum, ale społeczną prawicę wolę od prawicy antyspołecznej, a właśnie społeczną prawicę Kluzik-Rostkowska potrafi stworzyć lub choćby pomyśleć.
Kibicuję Joannie Kluzik-Rostkowskiej, bo wbrew większości polskich komentatorów „prawicowych” (czyli skrajnie prawicowych), „centrowych” (czyli prawicowych) i „lewicowych” (czyli centrowych), uważam, że problemem polskiej prawicy nie jest dziś Jarosław Kaczyński, ale jej własna postępująca szybko degeneracja. Kaczyński kiedyś odejdzie, a prawica zostanie, i to jej jakość w naszym z natury prawicowym kraju będzie miała istotne konsekwencje dla jakości życia w tym kraju. Tymczasem dziś, zamiast zmierzenia się na poważnie z nowoczesnością mamy po prawej stronie peryferyjną imitację Tea Party zasilaną przez najniższy już polski romantyzm i najbardziej zdegenerowany narodowy mesjanizm ostatnio symbolizowany przez posąg Chrystusa w Świebodzinie (nawet Chrystus z Rio de Janeiro to „Chrystus Zbawiciel”, ma gołą głowę, kiedy błogosławi świat i może dlatego w Brazylii był do pomyślenia Lula-reformator, tymczasem Chrystus ze Świebodzina to „Chrystus Król”, ma na głowie metalową koronę ziemskiego monarchy, co najlepiej symbolizuje kompletnie pogańskie i idolatryczne ambicje sprawowania świeckiej władzy ożywiające dzisiaj najgorszą część polskiego Kościoła). Jarosław Kaczyński musiał się do dzisiejszego fatalnego stanu polskiej prawicy dostosować, żeby politycznie przeżyć i przez to zginął intelektualnie, a może nawet moralnie. Joanna Kluzik-Rostkowska jest fascynującą skamienieliną nieco bardziej skomplikowanej formacji pierwszej „Solidarności”. Ja sympatyzuję z nią tak jak skamienielina ze skamienieliną, nawet jeśli wiem, że tylko niewielka część dzisiejszej polskiej prawicy potrafi względną komplikację poglądów Joanny Kluzik- Rostkowskiej zrozumieć i zaakceptować. Większościowa dzisiaj na polskiej prawicy formacja jest o wiele prostsza od pierwszej „Solidarności”, czysto imitacyjna, postkolonialna, peryferyjna, Wildsteinowsko-Ziemkiewiczowsko-Terlikowska (pro life, pro gun, podatki to socjalizm, krzyż to poręczny symbol dominacji i władzy, a nawet narzędzie polityki międzynarodowej, bo przecież wiadomo, że „nasz Bóg jest silniejszy od ich Boga”). Ta część polskiej prawicy Joannę Kluzik-Rostkowską z ulgą teraz wypluje, a po Jarosławie Kaczyńskim znajdzie sobie jakiegoś bardziej patologicznego pana.
PS: Jako memento przelepiam wypowiedź anonimowego internauty komentującego na portalu Onet.pl wyrzucenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej z Prawa i Sprawiedliwości: „idź babo PO nagrodę do Rudego. Szczekasz jak najęta”. Ja wiem, że wypowiedzi anonimowych internautów niczego nie dowodzą, ale ta akurat została sformułowana w języku typowym dla dzisiejszych wewnątrzprawicowych sporów między PiS i PO. Jarosław Kaczyński gardzi takimi polskimi prawicowcami (mówił to często prywatnie, a czasem nawet dawał do zrozumienia publicznie) właśnie dlatego, że zna ich tak dobrze. Ale z tego również powodu wie, jak nimi zarządzać. Gdyby wyrzucił z partii razem z dwiema „babami” jakiegoś „faceta”, jego prawicowi fani zaczęliby mieć wątpliwości co do jego prawicowych poglądów, bo w korpusie współczesnych polskich prawicowych poglądów ważną pozycję zajmuje ostra mizoginia. Tak więc „baby” to dla dzisiejszych polskich prawicowców głównie „paprotki”, można je pielić bez konsekwencji. A „Faceci”? Oni muszą z PiS-u odchodzić sami, ale ilu ośmieli się odejść? Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...