|
Zygmunt Krasiński w moim ulubionym eseju zatytułowanym O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów (niedokończonym, bo dał go do przeczytania ks. Zmartchychwstańcom, a kiedy ci powiedzieli, że pisze herezje, no to przestał pisać) zauważył trzeźwo, że „narodowość trwa TYLKO aż do dni ostatnich planety, gdyż jest JEDYNIE nutą, potrzebną do złożenia akordu harmonijnego ludzkości, i jako ludzkość cała, TYLKO przysposobieniem duchów pojedynczych do żywota wiecznego” (podkreślenia moje).
Ta wysoce – jak na zdolności polskich romantyków – dialektyczna formuła miała być odpowiedzią zarówno na fetyszyzację „Polski jako Chrystusa narodów”, jak też na pierwszą oświeceniową uniwersalizację (globalizację?) na skróty. W ślad za Herderem i Heglem (streszczanymi Krasińskiemu przez Cieszkowskiego) nasz najbardziej konserwatywny wieszcz przypominał, że naród nie jest celem, a JEDYNIE narzędziem etycznego doskonalenia jednostki, przydatnym TYLKO do końca historii.
Co jednak, jeśli historia dla Polaków jako narodu dawno się skończyła (patrz, korespondencja Marksa z Engelsem na temat tego, czy Polacy to ciągle jeszcze naród historyczny)? Wówczas polskość może pozostawać już jedynie chorobą, kalectwem ludzi (jednostek i wspólnoty) mieszkających w Polsce, a nie ich atutem, narzędziem pracy nad sobą, pracy duchowej, cywilizacyjnej. Jak długo jeszcze można taplać się w „żmucie” (cyt. za Jarosław Marek Rymkiewicz), będąc w istocie kimś całkowicie przeżartym przez resentyment i samopogardę peryferiów („serbołużyczanie”, cyt. za Zdzisław Krasnodębski)? Jak długo można siedzieć niczym niewolnik z platońskiej jaskini, który wie już, że za jego pochylonymi plecami jacyś realni bogowie noszą jakieś realne amfory w jasnym świetle jakiegoś realnego słońca. A wie to stąd, że na ścianie swojej jaskini, zamiast pląsających tam niegdyś niewyraźnych cieni, tenże niewolnik może dziś oglądać świat paryskich, brukselskich, berlińskich, londyńskich, nowojorskich (choć najczęściej hollywoodzkich) bożyszcz w zawieszonych mu tam przez nieznanych sprawców globalizacji wielkich plazmach, może nawet 3D.
Jeśli wahałem się, czy strategia wyjścia z polskiego status quo zaproponowana przez Sławomira Sierakowskiego w jego Liście otwartym do partii nie jest zbyt retorycznie dopięta, aby była prawdą, to przyznaję mu całkowitą słuszność, od kiedy dowiedziałem się, że Krzysztof Skowroński (Radio Wnet) zwyciężył Grzegorza Cydejkę (magazyn „Forbes”) stosunkiem głosów 68 – 52 i został kolejnym prezesem trupa noszącego nazwę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Nie sądzę, aby można było w tym przypadku choćby domniemywać śpiączkę farmakologiczną – SDP to trup, choć pod kierownictwem Skowrońskiego także ten trup może zacząć dokazywać na Krakowskim Przedmieściu. A poza tym, teraz zapewne Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich z hukiem się podzieli. Polska to jednak ewenement na skalę całego świata przyrody ożywionej i nieożywionej. Tu nawet trupy rozmnażają się poprzez efektowne podziały, co w innych częściach świata jest jednak przywilejem wyłącznie organizmów żywych, nawet jeśli najprostszych.
P.S. Aby jednak nie kończyć ostatniego przedwyborczego felietonu roszczeniowym zrzędzeniem, które ostatnio najgłośniej dobiega z łamów lewicowych portali i pism („wybili, nie dostarczyli, spóźnili…”), ja – liberalno-konserwatywny socjaldemokrata – chciałem dodać otuchy wam, lewicowcom, wyrazistym jak diabli. Choć sam będę głosował zgodnie ze swoimi poglądami, nieco bardziej ku centrum, to myślę, że także wy, wbrew temu, czego się dowiaduję, kiedy was słucham, macie na kogo głosować. Np. głos oddany na Agnieszkę Grzybek (feministka, Partia Zielonych, miejsce numer 6 na liście SLD w Warszawie), choćby ostatecznie przypadł Napieralskiemu, nie będzie stracony. Tak samo jak głos oddany na Wandę Nowicką (Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, miejsce nr. 2 na liście Ruchu Palikota), choćby ostatecznie przypadł Palikotowi. Myślę, że w każdym okręgu kogoś takiego znajdziecie. Policzcie się chociaż, skoro jeszcze nie macie własnego instrumentu politycznego działania, tylko już nie zrzędźcie. One obie nie są tak mydlane jak Napieralski, ani tak nieprzewidywalne jak Palikot. Ich pakiet kulturowy i pakiet społeczny są lewicowe. To chyba lepsza motywacja do głosowania, niż strach przed Jarosławem Kaczyńskim. Nie mówcie potem, że takiej – nieco lepszej – motywacji do udziału w wyborach nie mieliście, bo wam nie przyszła do głowy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...