|
Napieralski nie był wystarczająco charyzmatyczny (modne słowo w sarmackiej polityce), a większość seniorów jego partii (łącznie z niejednym juniorem) nie przykładała się specjalnie do wioseł. Właściwie ze starszych tylko Leszek Miller wiosłował, że aż mu pewnie bąble na rękach powychodziły. Ale było warto, bo Napieralski zebrał prawie 14 procent głosów. W tym sporą część stanowili wyborcy Donalda Tuska z lat 2005 i 2007. Jak z tego wynika, jedna partia może mieć w Polsce prezydenta i premiera, a nawet KRRiTV, prezesa banku centralnego, rzecznika praw obywatelskich… udowodniły to rządy PiS i jest to w zasięgu PO. Ja nawet wolę, żeby miała, bo wówczas nie słyszę od jej liderów jęków, że nie mogą być rozliczani z rządzenia, bo przecież nie mają w swoim ręku wszystkich narzędzi władzy wykonawczej i około wykonawczej. Jednak jedna partia nie może już w Polsce walczyć o wszystkie elektoraty.
Jeśli PO walczy z PIS-em wyłącznie o elektorat PRL-owsko-kościelnej „peryferyjnej ujutności”, to pozostaje spora grupa niereprezentowanych, którzy swojej reprezentacji szukają gdzie indziej. 14 procent Napieralskiego nie jest już 14 procentami melancholików za PRL-em, nie jest głosami „związku zawodowego pracowników dawnego aparatu władzy”, jak kiedyś – nie bez racji – nazywano SLD. To elektorat lewicowo-liberalny, trochę podobny do czytelników portalu Krytyki Politycznej, którzy nagle, w apogeum żałoby narodowe, nie mogąc znaleźć „swojego” języka ani w skręcającym się z bólu TVP S.A., ani w rozszlochanym TVN-ie, przepalili skromny lewicowy serwer tłocząc się w kolejce do lektury Olgi Tokarczuk czy Manueli Gretkowskiej.
Okazuje się, że w konserwatywnym i zachowawczym społeczeństwie jest spora grupa ludzi (wedle grubych parametrów sondażowych badań nie różniąca się zresztą od „profilu” wyborców PO: raczej większe miasta niż mniejsze, raczej wyższe wykształcenie niż niższe, raczej młodsi niż starsi), którzy mając do wyboru dwóch kandydatów ścigających się o poparcie elektoratu najbardziej zachowawczego, nie czują się reprezentowani. I zagłosują na kogoś, kto się od nich różni, nawet jeśli jego „charyzma” jest „miękka”, obojętnie, czy jego intelektualni mistrzowie przed trzydziestu laty stali tam gdzie „ZOMO” czy tam gdzie „stoczniowcy”. Tak samo jak ludzie wchodzący na portal KP, żeby czytać obrazoburcze – zdaniem publicystów Rzepy, bo w istocie zupełnie zwyczajne, czasem analityczne, czasem ironiczne, czasem satyryczne – teksty i wypowiedzi pary polskich pisarek i pisarzy, intelektualistów czy intelektualistek (poprawność kontra ekonomia języka), raczej liberalnych niż jakoś szczególnie „radykalnych”. Istnieją w Polsce niereprezentowani. W liberalnej demokracji – o ile w Polsce jest taka - są to ludzie, którzy szukają swojej reprezentacji, udaje się im ją stworzyć, i mając już swoją silną reprezentację przesuwają mainstream, skutecznie zgłaszają swoje roszczenia pod adresem rządzących, a wreszcie – uczestniczą we władzy.
Polscy niereprezentowani mogą się rozejść po SLD i lewym skrzydle PO, mogą głosować w drugiej turze na Komorowskiego (nie stając się przez to „pożytecznymi idiotami” Tuska, nawet jeśli pozwoli to wygrać kandydatowi PO), albo mogą nie iść na wybory (nie stając się przez to „pożytecznymi idiotami” Jarosława Kaczyńskiego, nawet jeśli pozwoli mu to zdobyć prezydenturę). Ci ludzie testują po prostu na własnej skórze granice polskiej liberalnej demokracji. Modernizacja, „zapadnictwo”, niechęć do PRL-owsko-kościelnej „ujutności” wymuszającej wystawienie konserwatywnego kandydata przez partię konserwatywną i konserwatywnego kandydata przez partię liberalną – to są cechy wyróżniające polskich niereprezentowanych, do których ja także w jakimś stopniu należę.
Czy powstanie skuteczna partia liberalnej modernizacji (pakiet światopoglądowy liberalnej modernizacji jest mocno na lewo nie tylko od obecnej propozycji PiS czy PO, ale nawet od niektórych zachowań SLD), czy też niereprezentowani będą próbowali zdobyć jak największy wpływ na ofertę partii już istniejących? Czy będą nadal próbowali używać – jak w obecnych jeszcze wyborach, z gorszym lub lepszym skutkiem - PO i SLD jako narzędzi do popularyzowania w Polsce zasady świeckiego państwa i prawa, do wymuszania polityki zagranicznej nastawionej na głębszą integrację Polski z UE i na wzmocnienie Unii, do liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, do regulowania in vitro poprzez ustawę uchwalaną przez posłów nie kierowanych lękiem przed tym, że biskupi odbiorą im prawo do przyjmowania sakramentów… Ja chcę realizować pakiet liberalnej modernizacji za pośrednictwem PO (i oczywiście mam z tym poważny problem), ktoś inny z użyciem SLD, a jeszcze ktoś inny może i powinien myśleć o stworzeniu partii, w której pakietu liberalnej modernizacji w ogóle nie trzeba będzie negocjować z PRL-owsko-kościelną „ujutnością”. To moim zdaniem ciekawsze wybory, niż przezywanie się od „pożytecznych idiotów” Kaczora czy Komora.
Czytelników spragnionych atramentowej krwi przepraszam, że w mojej polemice z Kingą Dunin (bo elementy takiej polemiki jednak się w tym tekście znalazły), nie wzniosłem się na wyżyny agresji, z jaką „prowadzimy dialog”, „ubogacamy się wzajemnie” z Rafałem Ziemkiewiczem czy Januszem Andermanem. Ale nawet ja bywam czasem zmęczony walką w okrążeniu.
Czytaj inne głosy „niereprezentowanych”: Lepiej, poezja ludowa Kinga Dunin, Komorowski - ostatnia nadzieja liberała? Tomasz Piątek, Wiedźmińskie głosowaNIE Sławomir Sierakowski, Skreślę wszystkich Monika Strzępka, Głosujemy na lepszy garnitur, a nie na programy Katarzyna Bratkowska, Przestańmy marnować głosy i wybierać mniejsze zło Grzegorz Laszuk, Policzmy tych, którzy nie mają na kogo głosować Kazimiera Szczuka: Wygra myśliwy. Niestety Wkrótce m.in. Wilhelm Sasnal.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...