|
Kilka lat temu w wywiadzie z Janem Krzysztofem Bieleckim usiłowałem od niego uzyskać listę priorytetów dla nowego polskiego rządu (wtedy też był to rząd premiera Donalda Tuska). Włączenie KRUS-u w powszechny system ubezpieczeń społecznych? A może uporządkowanie emerytur mundurowych? Zniwelowanie ruin szkoły publicznej, uniwersytetu i „powszechnej bezpłatnej służby zdrowia” w tym kraju, a może odbudowanie czegoś z tych ruin? Cały byłem rozgorączkowany, jak to dziennikarz rozmawiający z szarą eminencją władzy. Bielecki mi odpowiedział – a była to odpowiedź autoryzowana – że to wszystko dziennikarskie mity i mrzonki, bo w każdym z tych miejsc jest ukryte tak naprawdę niewiele pieniędzy, a ruiny same powoli napełnią się życiem.
„Powoli” było tu słowem kluczowym, gdyż w tej wizji jedynym rzeczywistym czynnikiem rozwojowym w Polsce był czas. I wypełniające ten czas bogacenie się społeczeństwa a także dostosowanie instytucjonalne wynikające z integracji z UE. Rząd powinien tylko pilnować, żeby nie doszło do gwałtowniejszych wstrząsów. To było intelektualne zaplecze dla anestezjologicznej koncepcji rządzenia Polską wyznawanej przez obóz władzy do dzisiaj. Przy innej okazji (też stworzonej mi wówczas przez Wujka Axla) rozmawiałem z absolutnie lojalnym wobec Donalda Tuska Januszem Lewandowskim, który jednak z pewnym smutkiem przyznał, że czasami, kiedy walczy o budżet albo o jakieś decyzje instytucjonalne Brukseli, brak mu trochę „feedbacku” z Warszawy, jakichś bardziej precyzyjnych oczekiwań – poza ilościowymi, dotyczącymi wielkości strumienia środków transferowanych do Polski.
No i trzecie świadectwo, Janusza Palikota, nie plotki personalne z jego kampanijnej książki, ale zasłyszana od Donalda Tuska „filozofia władzy”. Palikot mówił o „outsorcingu”, o pogodzeniu się z faktem, że cała administracja państwowa, rozmaite ministerstwa, Generalne Dyrekcje Dróg Krajowych i Autostrad… to instytucje martwe, których nie można zmienić, trzeba je obejść, „outsorsować” ich zadania do „realnych”, „lżejszych”, nawet jeśli nieformalnych ośrodków, gdzie będzie można budować partnerstwo publiczno-prywatne, zatrudniać ludzi o wysokich kwalifikacjach, dobrze opłacanych, zdolnych podejmować decyzje.
Wielu „dziennikarzy” uważa Palikota za polityka jakoś nadzwyczajnie brutalnego w swoich wypowiedziach. Komentując skład nowego rządu, powiedział, że ten rząd nie będzie służył do rządzenia państwem, ale do zarządzania Platformą. Wszyscy kiwali głowami nad ostrością tej wypowiedzi, podejrzewali, że u jej źródeł leży niechęć Palikota do Gowina, Muchy albo do Nowaka. Jednak to człowiek, który ten rząd stworzył, o własnych ministrach powiedział, że są „zderzakami”. Wiemy, co myślał Lech Wałęsa, kiedy nazywał „zderzakami” niektórych premierów. Myślał mianowicie, że nie powinni oni mieć żadnej podmiotowości, żadnej siły, gdyż całą podmiotowość i siłę powinien mieć on. Wiemy też, jakie były konsekwencje wcześniejszego użycia Bogdana Klicha jako „zderzaka” na stanowisku Ministra Obrony Narodowej. Silny resort słabego ministra-zderzaka obszedł, negocjował bezpośrednio z premierem, głośno używając do tego celu mediów, a po cichu biurokratycznej obstrukcji. Po Smoleńsku skończyło się to źle zarówno dla resortu, jak też dla premiera, a najbardziej dla Klicha.
A jednak po wyborach ministrowie nadal nie są ludźmi (a ministerstwa miejscami), którym premier chce powierzyć jakąkolwiek władzę. Tusk wyssał z wszelkiej podmiotowości najpierw własną partię (nie był tutaj pierwszy, przed nim zrobili to Miller, a później Kaczyński), potem jednak wyssał z władzy parlament, co nikomu wcześniej na tę skalę się nie udawało. Tomczykiewicz był najdziwaczniejszym szefem klubu rządzącej partii w dziejach III RP, a Schetyna pierwszym marszałkiem Sejmu, który został na tę funkcję zesłany, bo premier uznał, że jest tam już wystarczająco mało władzy, żeby obalony delfin mógł mu zrobić krzywdę. W międzyczasie Tusk doszedł jednak do wniosku, że skoro i w rządzie może wyrosnąć delfin zbyt niecierpliwie przestępujący z nogi na nogę, zatem nowy gabinet powinien być zbudowany z kompletnych symulakrów, których sam premier nazwał „zderzakami”, i to na samym początku, kiedy jeszcze żadnego wagonu przed nimi nie widać.
Jerzy Hausner, analizując w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” strukturę nowego rządu ujawnia, że premier po cichu buduje w swojej kancelarii małe „zespoły zadaniowe”, podległe bezpośrednio jemu, które będą dublować strukturę ministerstw traktowanych jako absolutne symulakra. Czy można jednak traktować całe państwo jak PZPN? Obchodząc je z daleka, a władzę próbując sprawować we własnym gabinecie? Skoro ministrowie to tylko zderzaki, symulakra, to rządzić w założeniu ma sam Donald Tusk. To by nawet było logiczne, tyle że jedna osoba rządzić współczesnym państwem po prostu nie może, nawet z Tomaszem Arabskim u boku. Zatem rządzić będzie urzędnicza biurokracja średniego i niższego szczebla, olewając słabych ministrów-zderzaki, blokując decyzje (o ile jakiekolwiek zostaną podjęte, a nie jedynie ogłoszone w pełnym determinacji exposé), generując kryzysy, przed którymi ministrowie-zderzaki będą premiera osłaniać, nawet jeśli każdy minister-zderzak zaledwie przez chwilę.
Czy można w ten sposób rządzić państwem? Nawet „w czasach globalizacji”? Nawet wówczas, kiedy „Unia i strefa Euro integrują się głębiej”? UE i strefa Euro wymuszając delegowanie pewnych (dla jednych za dużych, dla drugich za małych, dla trzecich akurat, jak na umiarkowany potencjał naszego państwa narodowego) obszarów suwerenności, jednocześnie wymusza rządzenie tymi obszarami, których delegować się nie da. Bo ani UE, ani strefa Euro nie chcą, ani nie mogą na razie zarządzać naszymi emeryturami, naszą służbą zdrowia, siecią naszych kolei i dróg. Czy partia wydmuszka, wydmuchany parlament, a teraz jeszcze wydmuchany rząd potrafią suwerennie zarządzać pozostawionymi nam, wciąż ogromnymi – nawet jeśli nie tak malowniczymi jak mityczna Złotówka Kaczyńskiego – obszarami suwerenności? Nie sądzę. Dotychczasową logikę sprawowania władzy Tusk musiałby zmienić. Podmiotowo zarządzać podmiotowymi ludźmi. Zabrać się za instytucje, a nie je szerokim łukiem „omijać” i „dublować”.
Można uznać służbę zdrowia za PZPN i obchodzić ją szerokim łukiem, Arłukowicz może się zachować jak Mucha, Gowin jak Arłukowicz, a Nowak szerokim łukiem może zacząć omijać GDDKiA oraz PKP. Właściwie każdy z ministrów może powtórzyć manewr premiera. Wygłosić pełne zdecydowania exposé i obejść swój resort z daleka albo stworzyć dla niego jakiś mały, równoległy „zespół zadaniowy”. Ale ja bym tego nie chciał. Tym bardziej, że opozycji wciąż nie ma. Kaczyński walczy z Ziobrą, Palikot z Millerem. Zanim ktoś tej walki nie wygra (a siły, wbrew pozorom są wyrównane, nawet słabsi mają aktywa pozwalające im uczynić te wojny wojnami na wyniszczenie). Zatem przez najbliższe lata od Tuska (i oczywiście od dalszych losów UE) będzie zależała jakość rządzenia i jakość życia w tym kraju. Mógłbym oczywiście to wszystko napisać w innej retoryce, bardziej jak „oburzony”. Ale i tak napisałbym z grubsza to samo.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...