|
Saper myli się ponoć tylko raz, Bronisław Wildstein myli się nieustannie. Mylić się regularnie i przeżyć, to luksus znany tylko publicystom. Już po raz kolejny Bronisław Wildstein myli się na temat „Krytyki Politycznej”. Jeszcze dwa miesiące temu KP miała być jego zdaniem wyobcowana z polskości, dlatego, że posmoleńską żałobę przeżywała inaczej niż on. Wkrótce okazało się jednak, że większość głosujących Polaków przeżywa Smoleńsk inaczej niż Wildstein i inaczej niż Wildstein w konsekwencji głosuje. Dziś Wildstein przedstawia z kolei KP jako gromadę zblazowanych „kontrkulturowców”, których nie obchodzi nic poza radykalną obyczajówką i która gardzi ludem (miłość Wildsteina do ludu to zresztą zjawisko, którego fundamenty są niepewne i dość tajemnicze). O ile relatywny brak zainteresowania kwestiami społecznymi, rozwarstwieniem, wykluczeniem, redystrybucją… kiedykolwiek był udziałem Krytyki Politycznej, to taki przechył skończył się ładnych parę lat temu. Ale Bronisław Wildstein, zawsze kiedy pisze o lewicy, rozmawia z samym sobą i z samym sobą koresponduje. Dzisiaj na portalu KP chyba ja jestem najbardziej „kontrkulturowy” i popkulturowy – i z tego powodu przez koleżanki i kolegów czasami w polemikach karcony. Poza moimi felietonami przeważa na portalu KP poważny język i poważne tematy: prawa pracownicze, podatki, wykluczenie ekonomiczne i symboliczne… Krytyka Polityczna jest od dawna łomotana za „populizm” – socjalny, redystrybucyjny - przez wszystkie ważniejsze liberalne media, od neoliberalnego skrzydła „Gazety Wyborczej” po macierzystą gazetę Bronisława Wildsteina, „Rzeczpospolitą”. W ostatniej kampanii wyborczej, właśnie z powodu silnej lewicowości społecznej, znaczna część środowiska KP zachowała się inaczej niż klasyczny liberalny salon warszawski (a nawet inaczej niż ja), wygłaszając neutralne komentarze pod adresem kandydata PiS-u i bardzo niechętne pod adresem kandydata PO. Ale te wszystkie wydarzenia Bronisława Wildsteina ominęły, on już tradycyjnie żyje gdzieś między Potomakiem i Luizjaną, a tam informacje na temat polskiej lewicy (w tym także aktualnej linii KP) docierają po latach, a w dodatku mocno zniekształcone przez wichry kosmiczne. Dlatego też z pełną powagą Wildstein może dzisiaj pisać: „Lewica była od swoich początków buntem wymierzonym w cywilizację [moim zdaniem buntem wymierzonym w cywilizację jest raczej późna publicystyka Bronisława Wildsteina, przyp. CM] (…) Także nowa polska lewica coraz silniej poszukuje swojej tożsamości w wymiarze kontrkulturowym. Czy obecne SLD, a nawet sama ‘Krytyka Polityczna’, kwestionują status quo? W bardzo niewielkim stopniu. Kwestionuje go z całą pewnością PiS, na co Sławomir Sierakowski odpowiedziałby od razu, że jest to działanie populistyczne. Dlaczego odwoływanie się do tradycji oraz uznania, że Polacy mają prawo do swojej tożsamości narodowej i tego, by podmiotowo funkcjonować w Europie, jest postrzegane jako populizm, a nawoływanie do małżeństw homoseksualnych już nie? Odpowiedź jest jedna. Polska lewica cierpi na tę samą chorobę, co każde inne myślenie lewicowe – bardzo silny elitaryzm, który w polskiej rzeczywistości nabiera wręcz śladów mentalności postkolonialnej. To poczucie wyższości w stosunku do własnego narodu, połączone z kompleksem niższości wobec mitycznej Europy. Dlatego, choć polska lewica mówi prawdę, powtarzając, że kocha lud, nie dodaje jednego: że kocha wyłącznie ten lud, który sama wymyśliła.”
W odpowiedzi Wildsteinowi można by napisać, że to on nie lubi lewicy, którą sam sobie na kolanie wymyśla. Nieważne jest jednak to, że Wildstein się myli, że nie czyta pism ani książek, o których rozprawia z taką swobodą. To nie byłoby wydarzenie godne felietonu. „Pies ugryzł człowieka” - to nawet nie jest news na czołówkę dobrego szanującego się tabloidu, gdyż, jak wiadomo, wszystkich zainteresowałby dopiero przypadek odwrotny. Dużo ważniejsze jest to, gdzie się Wildstein myli tym razem i na czyje zaproszenie. Otóż myli się niestety na portalu Kultury Liberalnej, myli się na zaproszenie środowiska, które bardzo lubię i w którym widziałem nie tylko rówieśników, ale i potencjalnych sojuszników Krytyki Politycznej w moim wymarzonym Froncie Ludowym na rzecz modernizacji Polski (jako znany strateg schowałem nawet do kieszeni słowo „liberalna”, żeby nie denerwować tych spośród lewicowców, dla których kolor sztandaru liczy się bardziej niż treść zmiany, którą trzeba w Polsce przeprowadzić). Do tego tanga trzeba jednak wielu partnerów, zarówno lewicowych, jak też liberalnych, a nawet paru konserwatystów. Dlatego blok poświęcony polskiej lewicy, jaki w dwóch odcinkach ukazał się ostatnio na portalu Kultury Liberalnej bardzo mnie zasmucił. Zero zrozumienia, powtarzane banały w rodzaju „lewica w Polsce pogrążona jest w bardzo szczególnym kryzysie, który tylko do pewnego stopnia odzwierciedlają sondaże. Kryzys polega nie na braku obecności w polskiej debacie czy sferze publicznej, ale na sposobie tej obecności. Retoryka lewicy związana jest dziś przede wszystkim z liberalną obyczajowością”. Banały wildsteinowskie. Albo nieprawdziwe nigdy, albo nieaktualne od lat, o czym można by się przekonać, gdyby autorzy bloku zajrzeli do kilku kolejnych wydań KP i naprawdę je przeczytali. Analizy lewicy w Polsce zamówione przez Kulturę Liberalną u profesora Szawiela, który ostatnio nie czyta nic na lewo od Ryszarda Legutki. Analiza polskiej lewicy zamówiona u Bronisława Wildsteina (może u niego tekst zamówili tylko dlatego, że wciąż słuchają Pawła Śpiewaka bardziej pokornie, niż Krytyka Polityczna kiedykolwiek słuchała mitycznego „salonu”?). Żeby była rozmowa trzeba partnera posłuchać. Blok o polskiej lewicy na portalu Kultury Liberalnej jest przeciwieństwem słuchania i do żadnego dialogu liberałów i lewicowców w Polsce nie przybliża.
Najbardziej jednak rozczarowało mnie to, co na temat KP powiedział dla Kultury Liberalnej Józef Pinior. Pinior był realnym bohaterem lat 80. Nie tylko podziemia, ale także tego, co z podziemia zostało. Nie popadł w późnosolidarnościową prawicowość i klerykalizm, nie stał się lekko zdziczałym neokonem, co spotkało Wildsteina, niezbyt prawicowego za czasów solidarnościowych. Pinior pozostał lewicowcem, pozostał nim stosunkowo długo. Dlatego jego ocena Krytyki Politycznej jako salonowych oportunistów wydaje mi się smutnym przestrzeleniem. Wyrazem goryczy polityka dryfującego na boczny tor. Kiedy po raz ostatni Józef Pinior odniósł polityczny sukces, kiedy dostał się do parlamentu europejskiego, startował wówczas z list SLD, bo to gwarantowało przejście progu, a w telewizyjnych klipach używał poparcia kardynała Gulbinowicza, bo to zapewniało mu głosy mieszkańców Wrocławia. Ale ta szczypta oportunizmu pozwoliła mu spędzić całą kadencję w europarlamencie, gdzie naprawdę uczestniczył w paru sensownych lewicowych inicjatywach. Tym bardziej jednak powinien pamiętać, że nie ma wroga na lewicy, a już szczególnie w KP. Jeśli bowiem nawet sytuacyjnego sojuszu czy choćby paktu o nieagresji Piniora z KP w tym kraju nie da się sklecić, to wybór pomiędzy zachowawczą prawicą populistyczną i zachowawczą prawicą mieszczańską, pomiędzy biskupami Kaczyńskiego i biskupami Komorowskiego, pozostanie dla Polaków na długie lata wyborem jedynym.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...