|
Kościół to prawdopodobnie najbardziej zsekularyzowana instytucja dzisiejszego zachodniego świata, emitująca wokół siebie najsilniejszy impuls sekularyzacyjny.
To nie tylko Schmitt (Wielki Inkwizytor), to po prostu prawda. Przekonałem się o tym przy okazji wyjazdu do Wrocławia na poczciwy festiwal europejskiej kultury. „Przy okazji” przyszło mi tam rozmawiać z młodymi ludźmi niewierzącymi, niepraktykującymi, refleksyjnie dyskursywnymi, którzy wspierają Kościół właśnie jako pierwszą być może instytucję Zachodu w pełni zsekularyzowaną – bronią jej po liniach de maistre’owskich, schmittiańskich, po liniach perwersyjnie zradykalizowanego straussizmu i voegelinizmu.
Wracając z Wrocławia niewyspany, na kacu, uświadomiłem sobie, że w moich rozmowach i podróżach po Polsce nie spotykam już w ogóle młodych inteligentnych ludzi wierzących, którzy broniliby Kościoła (Wencel jest jednak misiem o zbyt małym rozumku, żeby w ogóle interesowało go to, czy pisząc słowo „Bóg” wierzy, czy nie wierzy w cokolwiek). Wszyscy dzisiejsi inteligentni młodzi obrońcy Kościoła (dobrzy retorycznie, świetnie oczytani, właśnie dlatego po publikacje KP sięgający chętniej niż po „Nasz Dziennik”, a w dyskusjach organizowanych przez KP uczestniczący liczniej niż w pielgrzymkach do Częstochowy), których czasem próbuję, bez efektów, przekonać do tolerowania choćby resztek wiary u innych – są niewierzący, niewierzący konsekwentnie, bez porównania bardziej od Manueli Gretkowskiej, od Agaty Bielik-Robson, od Tomasza Piątka a nawet ode mnie, który w konsekwencji własnej przygody z Kościołem (ja także wybrałem kiedyś tę instytucję wyłącznie z powodów kulturowych, politycznych, instrumentalnych) stałem się jeszcze mniej wierzący niż przedtem, a jednak ciągle się waham przed orzeczeniem u siebie całkowitej utraty wiary (choćby dzięki temu, że równolegle do czysto instrumentalnego zainteresowania Kościołem ślady wiary pielęgnowałem na zajęciach Andrzeja Wiercińskiego, antropologa-kabalisty).
Nie spotkałem osoby bardziej zsekularyzowanej, bardziej świeckiej niż Marek Jurek. Nawet Paweł Milcarek z pisma „Christianitas”, który jest trochę jego uczniem, trochę zdystansowanym, trochę jeszcze wierzy w Chrystusa, dlatego w dyskusjach jest bardziej miękki od Marka Jurka, nie potrafi całkowicie odrzucić, mimo całego swego konserwatywnego pesymizmu, optymizmu chrześcijaństwa, straszliwego, ponad potencjał ludzkiego gatunku optymizmu inwestycji w człowieka, jaką było Wcielenie. Gruntownie niewierzący jest Jan Rokita i właśnie dlatego może być tak malowniczym „operowym” konserwatystą i katolikiem. Choć w końcu też nieskutecznym, gdyż ukochana przez niego opera jest jednak gatunkiem włoskim, a nie polskim i Rokicie zaufałby, potrafiłby nim pracować, biskup Rzymu Borgia, a nie biskup Gdańska Sławoj Leszek Głódź (to swoją drogą perwersja Kościoła, że na stolicę biskupią do Wolnego Miasta Gdańska wysłał takiego arcysłowianina i arcysarmatę).
Jurek całkowicie w to wszystko nie wierzy. Wie, że jedyny jego obowiązek na Ziemi to absolutnie świecki obowiązek powściągania ludziej (arcyludzkiej) bestii (w innych i w nim samym) przed popadnięciem w błąd, chaos i zbrodnię (grzech pierworodny jest tu doskonałą świecką figurą dyscyplinowania i samodyscyplinowania). Z Jackiem Bartyzelem nigdy na poważnie nie rozmawiałem, jak z Jurkiem, ale z jego wszystkich tekstów, książek, całej pesymistycznej historiografii wynika dokładnie to samo, z dokładnie taką samą intensywnością, jak u Marka Jurka. Lisicki jest taki sam, dlatego zarządza swymi owieczkami z taką skutecznością. Pod jego zimnym dotknięciem i przyzwoleniem nawet Piotr Zaremba, osoba niegdyś ostrożna, dostaje amoku. Ale Lisickiego to nie porusza, co normalne u poruszyciela, zimnego w środku, kompletnie wyjałowionego z wszelkiej wiary. Nie poruszają go paroksyzmy zaangażowania, które wywołuje u innych.
To wszystko są jednak ludzie wcześniejszego pokolenia, którzy swoją utratę wiary, kompletne „odczarowanie” nauczyli się ukrywać przed swoimi uczniami, a czasem nawet przed sobą. Teraz jednak nadeszło nowe pokolenie prawicy – z którego przedstawicielem rozmawiałem we Wrocławiu. Jego Biblią jest Schmitt, a także Sloterdijk czytany czysto instrumentalnie i antynowocześnie (Kryształowego pałacu wydanego właśnie przez KP nie trzeba nawet tak „czytać”, ta książka została już tak napisana). Najważniejszym symptomem tej nowej formacji jest bowiem to, że do własnego braku wiary religijnej – jako głównej motywacji przystąpienia do Kościoła i instrumentalnego użycia Kościoła do walki politycznej przeciwko nowoczesności jako „postępowi” – otwarcie się ona przyznaje i potrafi tę motywację precyzyjnie wyartykułować.
Dla mnie ci ludzie są jak Marsjanie, przejmują mnie lękiem (uwaga, znów pojadę teraz Karmazinowem z Biesów, figurą starego, miękkiego liberalnego pisarza przerażonego instrumentalnym rozumem „młodych”), jak Lovecrafta przejmował lękiem Cthulhu (pradawna istota przybyła z gwiazd i wyprzedzająca nas o całe tysiąclecia w procesie „odczarowania”) i jego nieludzkie, czyli także absolutnie bezbożne budowle. Boję się ich, bo oni są gwardią Cthulhu (parafraza za J.K. Rowling, „gwardia Dumbledora”). Oni są awangardą doskonałej, konsekwentnej sekularyzacji prowadzonej (czy raczej przetaczającej się przez nich, bo podmiotu przecież już nie ma, od czasu jak Heidegger „przeczytał” dla nich Kartezjusza) w imię Kościoła i Boga. Chciałbym się przed nimi schować w zaciszne, naiwnie religijne, heretyckie, ale przede wszystkim ludzkie ramiona Manueli Gretkowskiej (wyznającej prawie katolicyzm), Agaty Bielik-Robson (prawie judaizm), Tomasza Piątka (prawie protestantyzm). Przed tymi potworami, które mogą już całkowicie suwerennie i nowocześnie posługiwać się Bogiem, instrumentalizować go, bo w Niego nie wierzą.
Wojna o ideowe oblicze nowoczesności toczy się już na całkowicie zsekularyzowanym i odczarowanym gruncie. Nawet w Polsce. Postsekularyzm? – oj, bo pęknę ze śmiechu. No chyba że u Habermasa (radzę czytać Filozoficzny dyskurs nowoczesności jak ostatnie być może w historii naszego gatunku echo Ewangelii). On, kiedy ogłaszał postsekularny zwrot, był jeszcze jakoś resztkowo, szczątkowo wierzący. Szczególnie na tle Benedykta XVI i jego żelaznych, całkowicie odczarowanych i zsekularyzowanych do rdzenia zastępów.
A czemu mnie pojawienie się „gwardii Cthulhu” na polskich uniwersytetach, na polskiej prawicy, aż tak bardzo przeraża? Bo od dawna już (a może od zawsze) żałośnie pitolę na rzecz modernizacji, znając przecież jej dialektykę, próbując ukryć (czasem także przed sobą) fakt, że najbardziej radykalna modernizacja dokonywała się w Gułagu, Auschwitz i w globalnych korporacjach (cyt. za Bauman i Littell), gdzie nad biurkiem prezesa powinien wisieć portret Alberta Speera. Przecież wiem, że Marek Jurek po utracie młodzieńczej wiary (kiedy tak samo jak ja słuchał The Doors); Krasnodębski po utracie wszystkiego, nawet intelektu; Lisicki (ten niczego przynajmniej duchowo nie stracił, bo nigdy niczego duchowo nie miał) – to także modernizacja, być może jej najtwardszy rdzeń, jak Carl Schmitt czy późny Sloterdijk. Rdzeń modernizacji bez porównania twardszy i bardziej odczarowany niż ja.
Jednak modernizacja bez „mesjanicznej iskry” (cyt. za AB-R) jest Cthulhu, jest tylko Auschwitzem, jest tylko trupią czaszką z najbardziej odpornego metalowego stopu wykutą w najnowocześniejszych intelektualnych kuźniach Mordoru (uff, coś mnie zaczyna ponosić, nawet jak na Karmazinowa). To proces odczarowania bez żadnej nadziei. Carl Schmitt wierzył, że ta czaszka to twarz modernizacji jedyna, że zatem on – paradygmatyczny antimoderne – jest jedynym modernizatorem bez złudzeń.
Ja jednak, zamiast fascynować się czaszką Carla Schmitta wytopioną z nicości w hucie Kruppów, wierzę (chciałbym wierzyć, „lepszy Chrystus niż prawda”) w miękką twarz Habermasa, z jego źle zeszytą króliczą wargą, z jego faflunieniem pozostawiającym bezradnymi tłumaczy symultanicznych na konferencjach, gdzie Habermasa widziałem. Człowieczeństwo jednak – jako niekonsekwencja, szrama i niewyraźność. Sekularyzacja jednak – jako ostatnia droga, często wypaczona, którą podąża zainwestowana kiedyś w człowieka iskra mesjanicznej wiary. Nawet Bóg Hegla był ludzki, nawet Bóg Kanta. Ich ludzki Bóg okazał się jednak Bogiem (jak na razie) ostatnim. Albo zdołamy go obronić przed zastępami Cthulhu, albo pozostanie nam po Nim wyłącznie nieludzka bezbożność. Bo jak się okazuje, ludzkiej bezbożności, sekularyzacji, która emancypuje zamiast alienować nas skrajnie i do poziomu „gwardii Cthulhu”, jeszcze się nie dorobiliśmy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...