> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Naziole i Weimar 2 |
|
|
Cezary Michalski
|
|
20.09.2010 |
Porównanie części polskiej prawicy do nazioli (chociaż dupowatych), a innej części do Weimaru (tu żadne epitety wzmacniające lub osłabiające nie są potrzebne, gdyż Weimaru osłabić się bardziej nie da, a w każdym razie osłabiać go nie należy), jednych rozbawiło, drugich oburzyło. Moim celem była jednak diagnoza, a nie entertainment. Zatem dlaczego naziole i czemu dupowaci? Argument kolejny. Posłanka Prawa i Sprawiedliwości Anna Sikora występując w programie Babilon, rzuciła od niechcenia: „Żadne z mojego licznego potomstwa nie jest zainteresowane lekcjami etyki. Powiem więcej, żadne z licznego potomstwa wszystkich moich znajomych na etykę uczęszczeć też nie chce, jak z tego wynika etyka jest w polskich szkołach zupełnie niepotrzebna, nikt nie jest nią zainteresowany, jest wprowadzana wyłącznie dlatego, że Unia nam to narzuca…”. Wywód ciągnął się dalej, a niebywały poziom przekonania posłanki Sikory sprawił, że nawet elokwentna zazwyczaj Magdalena Środa zamilkła na ładnych parę minut. Gdyby podobny dowód sformułował Paweł Kowal, wiedziałbym, że to w jego ustach tylko sprytny sofizmat spowodowany koniecznością dopasowania się do jakiejś kolejnej wolty politycznej Prezesa. Paweł Kowal wie bowiem, że na świecie istnieją ludzie inni niż on sam, nawet jeśli tę wiedzę przed niektórymi kolegami partyjnymi nauczył się głęboko ukrywać. Joanna Kluzik-Rostkowska takiego dowodu nigdy by nie przedstawiła, zna różnych ludzi i wie, że są różni. Co do Bronisława Wildsteina przypuszczam (choć to tylko hipoteza robocza, taka z poziomu środkowego, umiarkowanego Macierewicza), że jego w podobnym do Sikory tonie utrzymane felietony w Rzepie, w których konieczność stworzenia warunków do nauczania etyki w polskich szkołach także łączy z niebezpiecznym unijnym dyktatem, wynikają z jego konsekwentnej gry w amerykańskiej „orkiestrze” (cyt. za Władimir Wołkow). Część (całe szczęście nie wszyscy) amerykańskich polityków i urzędników rozmaitych instytucji władzy uważa, że Unia Europejska może się stać konkurentem Ameryki w walce o przewodzenie „wolnemu światu”, więc poczciwych Sarmatów trzeba przeciw Unii szczuć, robić z nich antyunijną piątą kolumnę, używając wszelkich możliwych do wyobrażenia argumentów, nawet takich, które pod piórem niedawnego jeszcze liberała są po prostu kompromitujące. Jednak Anna Sikora naprawdę ogłosiła swój dowód na nieprzydatność lekcji etyki w polskich szkołach z przekonaniem osoby, która przez całe swoje życie nigdy nie poznała człowieka odrobinę choćby innego niż ona sama. A jeśli nawet poznała, to i tak nie poznała, gdyż żadnej różnicy w stosunku do siebie samej nie dostrzegła. Przekonanie, że wszyscy inni myślą tak jak ja, mają tak jak ja ułożone życie, potrzebują takiej jak ja wiary, szkoły, instytucji… – to jest właśnie naziolstwo.
A dupowatość? To w tym wypadku po prostu nieskuteczność w walce o zdobycie władzy. Smoleńska bateryjka już się wyczerpuje, a innej Wunderwaffe chwilowo nie widać. Jednych „posmoleńskich prawicowców” określenie „dupowaci naziole” denerwuje dlatego, że występuje w nim rzeczownik „naziole”, innych bez porównania bardziej drażni przymiotnik „dupowaci”. A dlaczego ja sam tak uparcie mówię o „prawicy posmoleńskiej”? I czemu ją obrażam? Ano dlatego, że wciąż wierzę, iż w Polsce może istnieć prawica inna niż posmoleńska, że może istnieć prawica rozumiejąca konieczność „konserwatywnej modernizacji”, czyli modernizowania państwa przy jednoczesnym minimalizowaniu nieuniknionego społecznego dyskonfortu jaki musi towarzyszyć stosunkowo gwałtownemu przechodzeniu Polski od feudalizmu do liberalizmu. Tymczasem „prawica posmoleńska” modernizować państwa nie umie, a z antymodernizacyjnej paranoi uczyniła swoją przepustkę do władzy albo przynajmniej narzędzie przetrwania.
Ale oczywiście skłamałbym (prawdopodobnie z czystego oportunizmu), twierdząc, że wszystkim polskim problemom winny jest Kaczyński. Problem jest szerszy i dotyczy całego naszego Weimaru. Marek Migalski, człowiek ostatnio niepopularny zarówno w PiS-ie, jak i w PO, w świeżo wydanej książce Nieudana rewolucja/nieudana restauracja (niestety, wydanej w oficynie Czerwone i Czarne, z którą sam współpracuję, więc z jednej strony kryptoreklama, ale z drugiej – dzięki miejscu wydania książkę Migalskiego w ogóle przeczytałem, bo ostatnio do polskiej literatury politycznej jakoś mnie nie ciągnie), przypomina fakt wszystkim znany, ale zapominany zbyt chętnie. Otóż w 2005 roku PO i PiS wspólnie przejęły pełnię władzy w Polsce (prezydentura, rząd, ponad 3/4 Sejmu i Senatu, a wkrótce potem także większość samorządów). Przejęły tę władzę od SLD (i innych „elit III RP”) pod hasłem wspólnej budowy Czwartej Rzeczypospolitej (różnie rozumianej, czasami nie rozumianej w ogóle), a także obiecując swoim wyborcom szeroką, centroprawicową koalicję bez nadmiernych populistycznych przekroczeń (piszę „bez nadmiernych”, gdyż obie te partie zawierały już wystarczającą domieszkę populizmu, żeby ją trzeba było jeszcze wzmacniać populizmem „Samoobrony” i LPR). Przez następne dwa lata PO zrobiło wszystko, żeby PiS skompromitowało się jako partia wepchnięta w realnie mniejszościowe rządy, choćby w konsekwencji cały platformerski program reformy państwa też poszedł do śmietnika, a w każdym razie został zawieszony na kołku na ładnych parę lat, ale przecież kilka zmarnowanych lat to dla Polski żadna strata. PiS zrobiło z kolei wszystko, żeby się skompromitować. Jarosław Kaczyński najpierw wszedł w koalicję z bardziej od siebie radykalnymi populistami, potem ich w populizmie przelicytował, uważając, że władza warta jest każdej mszy, nawet czarnej. W politycznym klinczu pomiędzy dwiema partiami państwo było przez dwa lata niszczone, zamiast być reformowane, wzmacniane, „odbudowywane”. Prywatnie uczciwy Adam Lipiński publicznie obiecywał Renacie Beger „uwolnienie od prokuratorskich zarzutów”. Zbigniew Ziobro zamiast być lepszy od swoich SLD-owskich poprzedników, był od nich gorszy, nieporównanie częściej od nich używał służb z towarzyszeniem telewizyjnych kamer. CBA podlegające bezpośrednio premierowi z PiS wsadziło Sawicką (posłankę PO) przed wyborami, a Lipca (ministra rządu PiS) po wyborach, mimo że powinno odwrotnie, gdyby oczywiście wiedziało, że „imperatyw moralny” to nie jest „wierność bratowej i bratu”. Polską rządzono przez tamte dwa lata gorzej, konsensus w polityce zagranicznej i międzynarodowy wizerunek Polski niszczono bardziej intensywnie (i to z udziałem zarówno PiS, PO, jak też różnych ważnych postaci i instytucji „społeczeństwa obywatelskiego”), niż za czasów Wałęsy, Kwaśniewskiego (łącznie z jego Charkowem), Buzka czy Millera. Po dwóch latach tej kompromitującej dla obu stron jatki, w wyborach parlamentarnych jesienią 2007 PiS zdobyło o 2 miliony głosów więcej niż w wyborach 2005, a PO o 4 miliony głosów więcej. Wszyscy, którzy odradzali obu partiom drugą wojnę na górze i zwracali uwagę na cenę, jaką płaci za nią polskie państwo, sami wyszli na durniów. Okazało się, że budowa państwa jest w dzisiejszej Polsce bez porównania mniej skutecznym sposobem zdobywania głosów niż jego niszczenie. Tak wygląda nasz polski, dupowaty Weimar. Ja będę go konsekwentnie bronił przed dupowatymi naziolami, będę to robił nawet u boku „salonu”, przyjmując na klatę (nie jest to niestety klata Pudziana) nie zawsze wyszukane dowcipy moich dawnych znajomych…, ale nie każcie mi się nadmiernie polskim Weimarem zachwycać. Po doświadczeniu IV RP, której budowniczowie zostali ewidentnie nagrodzeni przez obywateli za niedotrzymanie obietnic wyborczych, za wspólne niszczenie państwa, za sprowadzenie poziomu polskiej debaty publicznej do poziomu Salonu24, wyleczyłem się z „polskiego republikanizmu”, być może na zawsze.
Teraz nastąpiło we mnie wielkie uspokojenie (cyt. za Juliusz Słowacki), wypełnia mnie wielka cisza, czasem tylko martwa. Naprawdę się cieszę, kiedy nasza gospodarka wzrasta w ślad za gospodarką Niemiec będących dziś dla nas głównym i roztrzygającym o naszym losie partnerem handlowym, tak jak dla Meklemburgii, Saksonii-Anhalt czy Saary. Cieszę się, kiedy unijni komisarze przyjeżdżają korygować gazowe porozumienie Pawlaka (choć żałuję, że z podobnym zapałem nie korygowali niemiecko-rosyjskiej umowy w sprawie Nord Streamu). Cieszę się z naszej „korygowanej suwerenności” – i to wcale nie jako mniejszego zła, ale jako największego dobra dostępnego nam dzisiaj. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...