|
Rafał Ziemkiewicz na portalu Kultury Liberalnej pisze o lękach polskiej prawicy. Mniej więcej tak samo niecelnie, jak parę tygodni wcześniej Bronisław Wildstein pisał tam o lękach polskiej lewicy. Zdaniem Ziemkiewicza „lewica w Polsce boi się ciemnego ludu, a prawica boi się wykorzenionych elit”. Wychodzi w takim razie na to, że prawica powinna się bać Ziemkiewicza, Wildsteina, Legutki, Krasnodębskiego, Cejrowskiego… wszystkich potwornie elitarnych (u Legutki jest to elitaryzm jawny, u pozostałych powleczony cienką politurą populistycznej hipokryzji) nadwiślańskich imitatorów amerykańskiego neokonserwatyzmu, Rusha Limbaugh i Tea Party Movement, którzy w polskiej kulturze zakorzenili się wyjątkowo płytko. Wystarczy po raz kolejny spytać, co Ziemkiewicz wie na temat Brzozowskiego, albo poczytać, jak beznadziejne banały wypisuje Zdzisław Krasnodębski na temat polskiego romantycznego mesjanizmu, podczas gdy o Weberze i szkole frankfurckiej można było kiedyś usłyszeć od niego naprawdę ciekawe rzeczy. Legutko przynajmniej nie udaje zainteresowania polską „narodową kulturą”. Jest w tym uczciwszy od tamtych, nikogo nie wprowadza w błąd, nie każe marnować czasu poszukiwaczom lokalnej tożsamości, którzy przypadkiem zagłębiliby się w lekturę jego felietonów i tekstów ciut dłuższych. W tym samym czasie Sławomir Sierakowski (Czyja Solidarność?, „Wprost”, cyt. za portalem KP) daje z siebie wszystko, aby udowodnić, że tradycję polskiego socjalizmu ma w jednym palcu, cytując Adama Próchnika płynniej niż Ziemkiewicz Zajdla. Więc gadaninę Rzepmenów o wykorzenieniu lewicy i swojskości ich neoliberalizmu (skropionego neokońską święconą wodą) odłóżmy na półkę. Co nie zmienia postaci, że lewica pozostaje w Polsce politycznie słaba. Władzę ma zupełnie kto inny. Na wotywnej sukience Matki Boskiej Jasnogórskiej pojawił się właśnie kawałek blachy z kadłuba tupolewa. Kiedy znalazłem tę informację – we wszystkich telewizjach, na portalach i w radiach – próbowałem właśnie napisać felieton adresowany do polskiej prawicy, który miał się nazywać „Zapomnijcie Smoleńsk!”. Tylko zapomnienie o Smoleńsku (o nadziei, że „smoleński mit” da im władzę nad Polską, zastąpi polityczną wizję i społeczny program, którego nie mają) może sprawić, że jakiś sensowny konserwatyzm, chadecja, centroprawica… kiedyś się tu odrodzą, a nawet znajdą elektorat nie uzależniony narkotycznie od „mitów”. Budowanie mitu personalnego Lecha Kaczyńskiego na jego kiepskiej prezydenturze i nagłej śmierci… Budowanie mitu smoleńskiego męczeństwa na wypadku lotniczym, który jest co najwyżej symbolem słabości polskiego państwa i martyrologicznej obsesji niektórych polskich przywódców państwowych… Wszystko to ogłupia polską prawicę, cofa ją w rozwoju… Już się tak rozpędzałem, kiedy zobaczyłem najnowszy klejnot jasnogórskiej wotywnej sukienki. I zrozumiałem, że nie warto przeciw ościeniowi wierzgać. Skoro smoleńskim mitem zaopiekował się Kościół, nie ma już po co do polskiej prawicy adresować apeli o zdrowy rozsądek. Trzeba będzie przeczekać jeszcze rok, dwa, może dziesięć koniecznej degeneracji, karmienia się truchłem, w dodatku wyjątkowo upokarzającym Polaków truchłem smoleńskiej tragedii.
W tym samym momencie trafił mi w ręce świeży numer „Niedzieli”. O micie smoleńskim pisze tam na wyścigi cała galeria przegranych polityków przysposabianych sobie przez Kościół. Od prowincjonalnych PiS-owców, poprzez liderów NSZZ „Solidarność” prowadzących przeciwko sobie kampanię przed wyborami na przewodniczącego związku, aż po „posmoleńskiego” Sellina i Jurka. Żeby Platforma nie stała się zbyt silna, żeby jej nie skusiła idea świeckiej emancypacji, Kościół postanowił przeciwko niej uzbroić wszystkie polityczne odpadki. Nie mówię o jakości tych ludzi, Marek Jurek na wizji panuje nad nerwami dziesięć razy lepiej niż Niesiołowski. Mówię o ich politycznej pozycji. Im są słabsi, tym chętniej Kościół używa ich jako narzędzi.
Dlaczego Kościół w Polsce z taką wprawą do budowania własnej potęgi używa polityków słabych, przegranych, „odrzuconych kamieni”? To nie jest niestety trop Chrystusowy. Pochodzenie tej ściśle świeckiej, ściśle politycznej wiedzy polskiego Kościoła jest późniejsze i bliższe. W Polsce kontrreformacja ostatecznie i nieodwracalnie zwyciężyła w momencie, kiedy kończył się nasz Złoty Wiek, a rozpoczynał się kryzys polskiego państwa i polskiej wspólnoty politycznej. Kontrreformacyjny Kościół skorzystał z tego kryzysu. Im bardziej świecka Polska słabła, tym bardziej kontrreformacyjny polski Kościół stawał się silniejszy, pocieszając Polaków po klęskach, wchłaniając i przekształcając, odpolityczniając i „umaryjniając” postulaty polityczne, społeczne, świeckie… Od czasu zwycięstwa w Polsce kontrreformacji, pogłębiającego się równolegle do klęski naszego kraju we wszystkich jego świeckich wymiarach, polskie społeczeństwo jest pozbawione potencjału świeckiej polityczności: republikańskiej, demokratycznej, liberalnej… właściwie każdej z nich. Kontrreformacyjny Kościół jest przeciwieństwem republikanizmu, demokracji, liberalizmu… Nigdzie tam, gdzie był silny, takich brewerii nie było. Chyba że nagle się pojawiały, ale wtedy władza kontrreformacyjnego Kościoła była obalana, nieraz bardzo brutalnie. Polska to dzisiaj najwierniejsza w Europie córa kontrreformacji (inne „kontrreformacyjne mocarstwa”, takie jak Hiszpania, Włochy czy Austria… przeszły proces sekularyzacji, pod jego wpływem trwale się podzieliły. Wyodrębniły silną lewicę i nurty liberalne, nawet jeśli w krajach „postkatolickich” i „postkontrreformacyjnych” liberalizm i lewicowość bywają czasami głupio i zbyt radykalnie antyklerykalne. Radykalny antyklerykalizm, radykalna antyklerykalna sekularyzacja to jednak naturalna odpowiedź na długotrwałą dominację kontrreformacyjnego Kościoła, który w swojej istocie też jest instytucją skrajnie zeświecczoną, upolitycznioną, skupioną na władzy i coraz bardziej pozbawioną religijnego „słuchu”. Polska pozostaje jednak kontrreformacyjnym trupem. Niezdolnym do zachowań republikańskich, gdzie skrajnie kontrreformacyjny Kościół wychwytuje wszystkie słabości świeckiego społeczeństwa i buduje z nich swoją siłę. I rzadko robi to choćby na sposób Wojtyły czy – nieco inny – Popiełuszki. Zwykle robi to na sposób Sławoja Leszka Głódzia, o. Rydzyka, abp. Wielgusa czy abp. Paetza. Kontrreformacyjny Kościół skolonizował Polskę, jako prawdopodobnie ostatnią swoją tak silną twierdzę w Europie. Ma potencjał do tego, aby ukołysać każdą świecką klęskę Polaków. Ukołysał pierwszą „Solidarność”, wchłonął i ukołysał jej roszczenia społeczne, przełożył jej postulaty społeczne na postulaty „maryjne”.
A teraz pointa, może najśmieszniejsza. Taką wizję polskiej historii mieli kiedyś Janusz Lewandowski, Donald Tusk, Jan Krzysztof Bielecki… wczesne KLD. Czasami nawet niektórzy z nich wtedy o tym pisali, budząc powszechne rozbawienie, na przykład w nieporównanie bardziej konserwatywnej Unii Demokratycznej. Bo takich rzeczy przecież się w Polsce głośno nie mówi, jeśli chce się tutaj choćby na poważnie powalczyć o władzę. Potem KLD-owcy uwewnętrznili tę „mądrość”, wyuczoną ostrożność wszystkich polskich politycznych elit. I dziś są tym, czym są. Ale ich genealogia nie jest bynajmniej endecka (uff, wreszcie dojrzałem do delikatnej polemiki z Tomaszem Piątkiem). Endecki jest ich punkt dojścia. Tak jak dotychczas każdej władzy tutaj.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...