|
Na festiwal Glastonbury (główna tegoroczna gwiazda to emerytowane U2, a do tego - o zgrozo - Beyonce, jako największa gwiazda ze Stanów) jeżdżą sentymentaliści lubiący powspominać Woodstock, choć tak naprawdę nie wiedzą, o co tam w ogóle chodziło. W tym roku sześćdziesięcioletniego bliskiego doradcę Camerona znaleziono w Glastonbury martwego w zielonym festiwalowym toi-toiu, zanim także do niego dotarła fala uderzeniowa podsłuchowej afery Murdocha.
Ja (przy pewnym udziale syna) zamiast Glastonbury wybrałem metal. Pojechaliśmy na festiwal Sonisphere pod Londyn, na ostatni dzień, bo na dwa czterodniowe karnety nie było nas stać. Ale i tak wśród parudziesięciu kapel w samą tylko niedzielę grających na pięciu estradach mogliśmy usłyszeć dinozaury z Motorhead, muzycznych perfekcjonistów z grupy Mastodon, a także zaakceptowany przez metalowych braci postrapowy House of Pain (od dwudziestu lat na różne sposoby grają jeden kawałek - Jump around - a mimo to wciąż można ich słuchać). Wreszcie w wielkim finale pojawił się Slipknot.
Kiedy już przy pierwszym kawałku Slipknota zaczęło się pogowanie kilkudziesięciu tysięcy angielskich metalowców, przez moment zadrżałem o integralność moralną, a nawet cielesną „mojego dzieciaczka” (cyt. za żoną pewnego byłego kolegi, dziś wspierającego obóz „jagiellońskich imperialistów”). Pojawiło się we mnie przerażenie, że zabrałem trzynastolatka na koncert Slipkota, podczas gdy w Polsce mój rówieśnik Tekieli nie zabiera swoich dzieci nawet na Harry’ego Pottera. Uspokoił mnie dopiero obraz angielskich ośmiolatków pogujących pod opieką wytatuowanych tatusiów i mamuś w moim wieku.
Dwa dni później dość analogiczne doznanie miałem podczas seansu Zielonej latarni w multipleksie na przedmieściach Nottingham, kiedy w trakcie jakiejś ostrej kopaniny między „dobrymi” i „złymi” superbohaterami usłyszeliśmy „Kill’em all!”, Kill’em all!” wykrzykiwane zaskakująco gruby głosem przez jakiegoś rozentuzjazmowanego angielskiego dziewięciolatka z towarzyszeniem beztroskiego śmiechu jego również mocno wytatuowanego tatusia. „Kill’em all” będące nie tylko tytułem najlepszej może płyty Metalliki, ale zawierające echo słów, które Conrad włożył w usta Kurtza, bo wcześniej musiał je wielokrotnie słyszeć od swoich przyjaciół Angoli.
Imperializm brytyjski był konsekwencją angolskiej brutalności. Czasem sublimowanej w Kiplingu (wysiłek sublimacyjny niewielki), a czasem wybuchającej w zupełnie nieskrępowanych kolonialnych masakrach. Polacy zawsze lubili zachwycać się tą brutalnością, nie tylko „neokonserwatyści”, bo także Henryk Krzeczkowski, a wcześniej nawet Brzozowski był tego bliski w Głosach wśród nocy. Imperializm brytyjski uwielbia też Ryszard Legutko, choć nie widzę go przyłączającego się do pogowania angielskiego ludu na koncercie Slipknota. Słabi, zachwycaliśmy się i zachwycamy imperialną siłą Anglików, jak schorowany i neurotyczny Nietzsche lubił się zachwycać swoim muskularnym (w wymiarze zarówno duchowym, jak i fizycznym) Nadczłowiekiem. Tylko gdzie nasze polskie Z genealogii moralności? Może jeden Brzozowski.
Polacy nie uszli z życiem z upadku swojego imperium. Jak to się udało Anglikom? Rękę im urwało, nogę im urwało, poprzestawiało ząbki i popsuło harmonijne rysy wiktoriańskiej twarzyczki, ale przeżyli, jednak przeżyli. A my nie przeżyliśmy, choć heroicznie próbujemy wrócić do życia w naszej drobnomieszczańskiej krzątaninie po roku 1989, mimo gorących modłów o apokalipsę, która „ocali duchowość Polaków”, dobiegających z paru istotnych środowisk posmoleńskiej prawicy (a nawet od jednego czy drugiego lewicowca). Angole mimo utraty imperium okazały się tak silne, że potrafią nawet spojrzeć w lustro historii, żeby rozliczyć się z najmroczniejszymi konsekwencjami własnej siły. Z kolonialnymi masakrami i zbrodniami, bo nie tylko kaganek oświaty Kompania Wschodnioindyjska niosła na krańce Imperium.
Tymczasem nasi „jagiellońscy imperialiści” ciągle są za słabi, za tchórzliwi, żeby spojrzeć w lustro i powiedzieć: „tak, jako naród, do którego tak chętnie przecież się przyznajemy, byliśmy ofiarami, przeżyliśmy rzeczy potworne i czasami przeżyliśmy je pięknie, ale bywaliśmy także katami dla słabszych od nas, a tacy przecież w naszym imperium i na jego gruzach byli”. Mięczak Ziemkiewicz woli obsługiwać takich samych mięczaków jak on sam - hipokrytycznych, świętoszkowatych, zepsutych. W najnowszym felietonie na portalu Interia, zatytułowanym O wyższości PRL nad III RP (nostalgików gierkowskiej modernizacji muszę rozczarować - Ziemkiewiczowi z całego PRL podoba się jedynie moczarowska troska o idealne historyczne samopoczucie narodu polskiego) zieje nienawiścią do Komorowskiego za słowa wypowiedziane w Jedwabnem, insynuując mu wszelkie możliwe rodzaje odstępstwa i zdrady, aby przejść do morału wygłaszanego z wyżyn swej niedoścignionej kompetencji w kwestiach zarówno krajowych, jak i zagranicznych: „We Francji bezmiar okupacyjnej kolaboracji osnuto mgłą niepamięci, posuwając się nawet do zamknięcia przed historykami archiwów i masowego utajniania przeczących oficjalnemu obrazowi dokumentów. Podobnie postępowała Dania. Z całej swej okupacyjnej historii pozostawiła i roztrąbiła na świat cały jedynie historię uratowania kilkuset Żydów”.
Problem w tym, że to nie do końca prawda. Vichy zaczęło być we Francji rozliczane najpierw przez historyków, potem przez polityków, a wreszcie przez prokuratorów i sędziów (fakt, że czterdzieści lat później, ale od Jedwabnego minęło już ponad pół wieku). Francuscy prezydenci, od Mitteranda, przez Chiraca, z Sarkozym włącznie przepraszali za udział „dumnego narodu francuskiego” w eksterminacji Żydów (fakt, że udział istotniejszy niż Jedwabne i okolice, bo przez rząd Vichy „upaństwowiony”, podczas gdy w Polsce pozostał „ludowy”). Nawet z Niemcami francuscy politycy rozmawiają w konwencji „przebaczamy i prosimy o przebaczanie” (cyt. za polskimi biskupami, kiedy jeszcze bywali tu źródłem cywilizacji, a nie wyłącznie zdziczenia). A jednocześnie ci sami francuscy prezydenci walili i walą w patriotyczne bębny każdego 14 lipca, 11 listopada i 8 maja, bo jedno drugiemu - wbrew wzorowej intelektualnej prostocie Ziemkiewicza - wcale nie musi przeszkadzać. Młodsi duńscy historycy też dobrali się w końcu do swojej narodowej świętoszkowatości, wydając świetne monografie o udziale ochotników spośród „dumnego narodu duńskiego” w eksterminacji Żydów czy w hitlerowskich kampaniach na Wschodzie.
Oczywiście, tak jak w Polsce, również we Francji i Danii cena za to jest wysoka. Zranieni w swej narodowej dumie tamtejsi Ziemkiewczowie, których imię Legion, reagują wyciem oburzenia: „My denuncjowaliśmy i wywoziliśmy Żydów, po czym zajmowaliśmy ich paryskie czy lyońskie mieszkania? My torturowaliśmy w Algierii? - nigdy! Jesteśmy przecież dumnym francuskim narodem, nie damy pluć sobie w twarz”, i przechodzą na stronę Frontu Narodowego, tak jak Ziemkiewicz, Krasnodębski, Kaczyński przeszli w Polsce już bez żadnych skrupułów na stronę Rydzyka, który opowieść o Polsce jako wyłącznie bezsilnej ofierze uczynił werblem bojowym. W Danii przy tym samym werblu zbierają się populiści, którzy nie chcą ani „żydowskich rozliczeń”, ani strefy Schengen. W Izraelu pisarze i politycy mający wątpliwości co do nadużywania Holocaustu przeciwko Palestyńczykom, którzy nie mieli w Holocauście udziału, mobilizują przeciwko sobie „świętą prawicę”.
W tym boju nie ma Greka ani Żyda, są Ziemkiewiczowie z Warszawy, z Jerozolimy, z Frontu Narodowego, z Hamasu (ci krwawi chłopcy też lubią celebrować własną niewinną ofiarę i brutalność wyłącznie ze strony obcych, nawet jeśli oni sami podczas puczu w strefie Gazy mordowali „świeckich, skorumpowanych i miękkich wobec Żydów” palestyńskich braci z Al-Fatah). Ale w Izraelu, w świecie arabskim, we Francji, Danii i w Polsce są też ludzie, którzy próbują temu totemizmowi własnej narodowej świętości położyć kres. Wreszcie Europa - o ile przetrwa, a chciałbym, żeby przetrwała - jest budowana na nieco innych zasadach. Tu zagląda się w lustro, także w lustro przeszłości, bo inaczej Ziemkiewiczowie z Polski, Ukrainy, Niemiec, Litwy, Rosji, Francji czy Anglii znowu urządzą tu sobie piekło niewinnych i świętych narodowych ofiar. A nawet jeszcze gorzej, niż gdyby mieli urządzić piekło sobie: oni urządzą je nam.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...