|
Wróciliśmy właśnie z Tesco Express, gdzie ABR kupowała bagietkę na dzisiejszą kolację i ciastka na jutrzejsze śniadanie. W tym samym czasie ja przed sklepem pilnowałem naszych rowerów. Kiedy tak stałem, na parking Tesco jeden za drugim podjeżdżały samochody, a z każdego z nich, kiedy już otwarły się drzwiczki, dolatywał ten sam kawałek Lady Gaga Judas puszczany tutaj przez każdą stację i bijący wszelkie możliwe rekordy sprzedaży, słuchalności, cytowalności… W MTV wykonawczyni Judasa nakręcona sukcesem swojej nowej płyty (płyta niestety gorsza od poprzedniej, ale sukces większy) opowiada po raz kolejny, że jej intelektualnym, estetycznym „i w ogóle” mistrzem jest Andy Warhol. Lady Gaga ma absolutne prawo powoływać się na człowieka, który jest zarazem twórcą i centralną ikoną pop-artu. Andy Warhol to prawdziwy męczennik późnej nowoczesności, w kwiecie wieku i w apogeum kariery twórczej postrzelony przez feministkę, którą zatrudnił w swojej The Factory, ale której nie płacił pensji, a czasami – jako katolicki gej z pewną skłonnością do mizoginii – lubił ją nawet upokarzać publicznie.
Warhol może nie wymyślił późnej nowoczesności, ale na pewno stworzył jej najlepszy portret. Są nim jego dzienniki (The Andy Warhol Diaries, Andy Warhol i Pat Hackett, 1989 – w Polsce niestety ciągle jeszcze niewydane), prowadzone od 1976 do 1987 roku, kiedy to Warhol umiera w nowojorskim szpitalu. Ponieważ sam Warhol lubił porównywać swój mózg do „magnetofonu posiadającego tylko jeden przycisk, przycisk kasowania”, także jako autor dzienników potrzebował dyscyplinujących podpórek. Całe szczęście był jednak artystą, który wybrał podatkowy status samozatrudnionego (polubiłby Leszka Millera, gdyby go zdążył poznać). Jako samozatrudniony, Warhol zmuszony był do zbierania wszystkich paragonów i faktur, żeby je następnie móc „wrzucić w koszta”. Te faktury i paragony przekazywał swojej asystentce, a jednocześnie najbliższej przyjaciółce Pat Hackett, z którą następnie, nieomal każdego ranka, odbywał długą telefoniczną rozmowę, żeby swoje faktury i paragony „opisać”. Przy okazji opowiadał jej, jaki film obejrzał, na jakim był koncercie, co kupił, w jakim sklepie czy knajpie z kim się spotkał na ploty (przede wszystkim z celebrytami: Milesem Davisem, Lou Reedem, Liz Taylor, Trumanem Capote, Johnem Lennonem, Jackie Onassis, Donaldem Trumpem…). Pat nagrywała to wszystko (za wiedzą i zgodą…), a potem przepisywała i redagowała. Diaries Warhola to dziennik materialnej i symbolicznej konsumpcji. Ludzie (na czele z autorem) zostali tu całkowicie zredukowani do logo zdobiących konsumowane przez siebie towary, do metek noszonych przez siebie ubrań, do nazw uczęszczanych przez siebie klubów i restauracji, do potraw i alkoholi, które tam zamawiają. To w hołdzie dla autora/bohatera Diaries Bret Easton Ellis stworzył swojego Patryka Batemana (American Psycho ukazał się dwa lata po dziennikach Warhola i bardzo wiele im zawdzięcza). To w heroicznej i chyba nieskutecznej polemice z Diaries Naomi Klein napisała wiele lat później swoje No Logo. Gdyby Osama Bin Laden przeczytał dzienniki Warhola (może Biały Dom jeszcze ujawni, że oprócz pornografii i scenariusza Supermena III, w umocnionej willi Osamy pod Islamabadem Komando Foki znalazło też zaczytany na śmierć egzemplarz Diaries Warhola w wersji kieszonkowej?), mielibyśmy wyjaśnienie, dlaczego akurat nowojorczyków postanowił „ukarać” za ich konsumpcyjny styl życia. Warhol jako pierwszy przedstawił ich (i siebie) jako święte ikony, a zarazem karykatury konsumpcji.
Pomiędzy Warholem i Osamą są zresztą nie tylko różnice, ale i podobieństwa. Przesadny „nihilizm” dzienników Warhola, pełne poczucia winy obsesyjne przedstawianie samego siebie jako snobistycznej maszyny do konsumowania i zaliczania wciąż nowych celebrytów, bierze się stąd, że Warhol był w Nowym Jorku obcym, egzotycznym przybyszem. Nie tylko z prowincjonalnego Pittsburga, ale z jeszcze bardziej odległych krain. Był słowackim katolikiem (wciąż na swój dziwny sposób wierzącym i praktykującym, tak jak wierzące i praktykujące są Lady Gaga czy Manuela Gretkowska – jeszcze jedna absolutnie prawomocna spadkobierczyni Andy’ego, jeszcze jeden imponujący „The Fame Monster”), wychowała go matka pierwszopokoleniowa emigrantka, słowacka chłopka ze skłonnościami do pobożności bardzo już dewocyjnej. Dopiero taka niezwykła perspektywa sprawia, że Warhol staje się „malarzem nowoczesnego życia” naprawdę niezrównanym, przeżywającym nie tylko cały urok wolnorynkowej nowoczesności, ale czującym także jej ciężar.
Dzienniki – a zarazem życie – Andy’ego Warhola kończą się w nowojorskim szpitalu, w pokoju, gdzie nad łóżkiem tego niezwykłego pacjenta wisi telewizor podłączony już do nowojorskiej kablówki z mnóstwem programów i zaperem przy wezgłowiu umierającego. W tych ostatnich dniach i godzinach stale jednak nastawiony na MTV. I nie wiemy już tylko, czy ostatnim obrazem, jaki Andy Warhol widział na Ziemi, Tej Ziemi, był teledysk do Golden Brown Stranglersów, Gold Spandau Ballet, czy też może Andy umierał przy jakimś przeboju Depeszów (sugestia Tomasza Stawiszyńskiego).
O kapitalizmie krytycznie albo groteskowo pisali Marks, Baudrillard, Marshall Berman, Warhol i Ellis. Na kolanach, modląc się do niego jako do ostoi tradycyjnych wartości podważanych jedynie przez bolszewików, lewaków, socjalliberałów i Krytykę Polityczną, piszą z kolei o kapitalizmie Wildstein, Ziemkiewicz i późny Legutko. Tak się jednak dziwnie i paradoksalnie składa, że właśnie kiedy czytamy Rękopisy… Marksa (tradycyjnie już polecam bardzo warholowski fragment o pieniądzu), Manifest komunistyczny, Amerykę Baudrillarda, Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu Bermana, wreszcie Diaries i Moją filozofię od A do B i z powrotem Warhola, czy nawet American Psycho Ellisa – kapitalizm musi się nam wydawać czymś potężnym, energetycznym, fasycynującym, tak dalece, że aż samemu się chce ulegać uprzedmiotowieniu i padać ofiarą fetyszyzmu towarowego. Natomiast kiedy bierzemy do ręki pisma Wildsteina, Ziemkiewicza czy późnego Legutki zrzędzących w obronie wolnego rynku i jego tradycyjnych wartości, trudno zrozumieć, dlaczego kapitalizm w ogóle jeszcze nie upadł, skoro rzeczywiście miałby być aż tak potwornie nudny, ponury i skrępowany, jak to przedstawiają jego polscy kapłani w swoich zrzędliwych modlitwac
Wychodzi na to, że Ziemkiewicz, Wildstein, Legutko nie przerobili lekcji Daniela Bella z Kulturowych sprzeczności kapitalizmu. Jeden z najlepszych amerykańskich socjologów, będący – jak każdy dobry socjolog od czasów Webera – trochę także ekonomistą, politologiem, historykiem sztuki, tłumaczy tam, dlaczego rynek z taką pasją zniszczył purytańskie wartości, które go zrodziły. Dlaczego zamiast oszczędzania, wstrzemięźliwości, powstrzymywania się od nadmiernej konsumpcji, uznawania zakazów, globalny rynek wybrał kredyt (ze szczególnym upodobaniem do baniek), nieskrępowaną konsumpcję, transgresję, trwonienie wszelkich rezerw i w ogóle – jeden wielki globalny potlacz i miażdżenie tradycji, ze szczególnym uwzględnieniem tradycji lokalnych. To nie było ze strony rynku nic osobistego. Purytańskie wartości i ograniczenia były po prostu ostatnią barierą dla wolnorynkowej ekspansji, zatem kapitalizm poradził sobie z nimi jak wiosenne wody radzą sobie z tamą zbudowaną przez dzieci z patyczków. Tyle przypomnienia z Bella. Legutko (późny), Wildstein, Ziemkiewicz wciąż jednak opowiadają o kapitalizmie tak, jak gdyby żyli w połowie XIX wieku i pracowali w kantorku Scrooge’a, bohatera Opowieści wigilijnej Dickensa. Tyle tylko, że z upływem czasu w kantorku Scrooge’a zalęgły się myszy, pojawili się psuje: lewacy, socjalliberałowie, Andy Warhol i Lady Gaga. Z nimi Ziemkiewicz, Wildstein i Legutko dzielnie zatem walczą, próbując przegonić psujów, te uciążliwe myszy paskudzące w zacisznym kapitalistycznym kantorku, wielką groźną miotłą swojej retoryki.
Ale myszy, jak to myszy, nie boją się miotły, a kapitalizm za kłamstwo na swój własny temat skazuje Wildsteina, Ziemkiewicza i (późnego) Legutkę na męki chyba dla nich najpotworniejsze. Wynosi na swoje wolnorynkowe ołtarze (rekordy sprzedaży i dochodów, pierwsze miejsce na liście najbardziej wpływowych postaci popkultury miesięcznika Forbes) Lady Gagę śpiewającą w kawałku Judas, jako wolnorynkowa Maria Magdalena: „jestem sławną suką, prostytutką, wyrzygałam swój mózg”. Natomiast Wildsteina, Ziemkiewicza, Legutkę kapitalizm wypluwa i zostawia przy drodze – zrzędzących i trędowatych.
A gdzie zwyczajowy Final Thought (w końcu sam próbuję być Lady Gagą polskiego felietonu, a konstrukcji moich tekstów nauczyłem się z Jerry Springer Show)? Gdyby Legutko, Ziemkiewicz, Wildstein zamiast ideologicznego zaklinania węży spróbowali choćby przez chwilę zająć się uczciwej diagnozą współczesnego kapitalizmu (Legutko kiedyś wydawał się do tego zdolny, jednak nadmierna bliskość Jarosława Kaczyńskiego z Syrakuz nie dodaje dziś subtelności jego analizom), może przekonaliby się, że w swoim przerażeniu kulturowymi sprzecznościami naszej epoki, których od kapitalizmu tak zupełnie oderwać się nie da, nie są aż tak odlegli od niepokojów trapiących Tomasza Piątka czy Kingę Dunin, których zupełnie niepotrzebnie od czasu do czasu częstują polemiczną fangą. Tylko ja poszedłbym inną drogą, z Andym Warholem, Lady Gagą, Manuelą Gretkowską, Charlesem Baudelaire’m (i całym tłumem podobnie jak on absolutnie zafascynowanych nowoczesnością les antimodernes). Oczywiście jestem mniej utalentowany od nich (żeby nie było, że mi całkiem odbiło), ale szukałbym miejsca w tym samym cyrkowym korowodzie dzieci późnej nowoczesności, pozbawionych powagi i recepty, którym dziwnie jakoś odpowiada ten świat, gdzie „wszystko co stałe wyparowuje, a wszystko co święte (są to niestety zazwyczaj świętości fałszywe) ulega profanacji”.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...