> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Królik Emily Fusselman i religijny darwinizm |
|
|
Cezary Michalski
|
|
16.02.2011 |
|
Chłopcy z „Rzepy” (i z tygodnika „Uważam Rze”, pisane niestety tak samo jak zwykle) znowu walczą z multikulturalizmem. Najnowsze komentarze Piotra Semki i mniej od niego utalentowanych towarzyszy podróży da się sprowadzić do jednego: muzułmanie weszli na nasz teren, który obsługujemy maryją i jezuskiem, a nie mahometem i jego zięciem alim (z mojżeszem jest pewien problem, bo do niego z pozoru przyznają się wzyscy, nawet jeśli nikt nie rozumie, dlaczego z Egiptu postanowił wyjść; chłopcy z „Rzepy” wydawaliby swoje pismo dla Faraona, jeśli tylko Faraon walczyłby z multikulturalizmem, a Faraon akurat zawsze z nim walczył). To że parę ważnych imion w poprzednim zdaniu napisałem z małej litery nie jest symptomem jakiegoś mojego obsesyjnego antyreligijnego obrazoburstwa, wręcz przeciwnie, pragnąłem w ten sposób jedynie zaznaczyć różnicę pomiędzy prawdziwymi imionami najważniejszych postaci trzech monoteizmów a napisami wieszanymi przez wyznawców religijnego darwinizmu na metalowych ogrodzeniach, czasem pod napięciem, oddzielających od siebie zajmowane przez nich terytoria.
Czy Piotr Semka rozumie różnicę pomiędzy chrześcijaństwem, a religijnym darwinizmem? Moim zdaniem gdzieś w głębi duszy musi rozumieć, nawet jeśli nic w jego komentarzach antymultikulti na to nie wskazuje. Paweł Lisicki? On rozumie różnicę, ale nie mówi o niej swojemu ludowi, woli swoim ludem zarządzać na zimno, jak jakiś kompletnie odczarowany Cthulhu przebrany w teatralną zbroję medialnego krzyżowca. Ziemkiewicz? Nie rozumie różnicy. Widstein? Niestety, mimo znanego epizodu intelektualnej niewoli w szeregach masonerii, też jej nie rozumie. Karnowscy? Raczej nie. Krasnodębski? Rozumiał, ale zrobił wszystko, żeby zapomnieć. Legutko? Był kiedyś monstrualnie wprost inteligentny (może nawet odrobinę inteligentniejszy od Cthulhu), ale tej akurat różnicy nie dostrzegał, ona po prostu nigdy go nie obchodziła.
Rozumiem przerażenie tym, że jedność Europy może się rozsypać jak mułłowie usuną ze szkół na przedmieściach Panią Bovary Flauberta, bo uczy „demoralizacji” i relatywnego choćby wyzwolenia kobiet (anegdota niestety prawdziwa, rzecz miała miejsce na przedmieściach Paryża i trafiła już do żelaznego repertuaru argumentów francuskich zwolenników świeckiej republiki). Chociaż akurat Lisicki, Zdort, Karłowicz i Wencel również by Panią Bovary z bibliotek na przedmieściach usunęli (Wencel branzlowałby się przy jej lekturze prywatnie, czasami tylko spowiadając się z tego publicznie, ale jako rasowy eliotysta ludowi by jej do czytania nie dał, uważa bowiem, że rozkosz powinna być dozowana na sposób elitarny, najwięcej dostają klasycyści). A jak się uda Cameronowi, Sarkozy’emu i Merkel świecką republikę w całej UE ustanowić (czego do pewnego stopnia im życzę, ale tylko do pewnego), to Piotr Semka może trafić pod obserwację republikańskich służb ścigających nadmiernie żarliwe religijne namiętności razem z tak przez niego nielubianymi islamskimi fundamentalistami. Także religijny darwinizm jest oczywiście na swój sposób racjonalny, tak jak darwinizm społeczny. Ale to nie jest racjonalność chrześcijaństwa, bo chrześcijaństwo miało przynajmniej nadzieję na uniwersalizm, a religijny darwinizm nawet nadzieję utracił. Żeby lepiej zrozumieć różnicę pomiędzy chrześcijaństwem a religijnym darwinizmem, przywołam tutaj przypowieść Philipa Dicka o króliku Emily Fusselman pochodzącą z powieści Płyńcie me łzy, powiedział policjant, którą to powieść staram się czytać po angielsku („Flow my tears…”, Dick cytuje za Johnem Dowlandem), bo żaden inny sposób doskonalenia tego języka już mi w moim wieku do głowy nie wchodzi, a muszę przecież umieć zamawiać stouty i ale w najstarszym pubie świata Ye Olde Trip to Jerusalem w Nottingham, kiedy tam pojadę do ABR na trzy tygodnie (uwaga! to NIE JEST emigracja z powodu podnoszących się notowań PiS-u) w marcu. Otóż Emily Fusselman kupiła dzieciom królika. Wiadomo że króliki są wyjątkowo głupie, ten jednak królik zaczął zachowywać się dziwnie. Lubił bawić się z kotami, zaczął się upodabniać do kotów, a kiedy koty Emily Fusselman go zaakceptowały (zaakceptowały królika!), zaczął się zaprzyjaźniać z ludźmi. Niestety, Emily Fusselman sprawiła sobie w międzyczasie psa, królik spróbował zaprzyjaźnić się z psem, ten go ugryzł, królika to zmieniło, stał się mizantropem, zaczął się kryć za kanapą, mniej chętnie bawił się już z kotami i z ludźmi, nie utracił jednak swojej dziwnej inteligencji, medytował przez resztę swego króliczego życia za tą kanapą, jakby usiłował zrozumieć, co mu się właściwie przydarzyło i po co w ogóle to wszystko.
Przypowieść Dicka o króliku Emily Fusselman zawiera wszystkie składniki, jakie powinien posiadać religijny moralitet w naszych trudnych, odczarowanych czasach. Próba przekroczenia samego siebie (i to w stronę dobra, bo w stronę zła przekroczyć siebie jest łatwiej), cierpienie jakie zawsze towarzyszy próbie stania się czymś lepszym, niż się jest na mocy dyktatu stworzenia. Nieuchronne zderzenie z darwinowską zasadą rzeczywistości, trauma jaka z tego wynika, „kiedy jakiś pies cię ugryzie” dając ci w ten sposób do zrozumienia, że dobro (a może zaledwie pragnienie, by stać się czymś odrobinę lepszym od samego siebie) nie jest z tego - biologicznego i podzielonego na gatunki i terytoria - świata. Królik Emily Fusselman staje się mizatropem, przez resztę swego ziemskiego czasu chowa się za kanapą (ja w tej chwili też chowam się za kanapą z laptopem, za pomocą którego jestem co prawda podłączony do świata królików, kotów i psów, ale wyłącznie na własnych warunkach), może nawet sprawdziłby się jako zgorzkniały felietonista na jakimś portalu. Ja na miejscu Sławomira Sierakowskiego zaprosiłbym królika Emily Fusselman do Krytyki Politycznej, stanowilibyśmy piękną parę: królik Emily Fusselman i ja. On mógłby publikować we wtorki i piątki, albo jeśli by chciał, to ja odstąpiłbym mu własne terminy i publikował zawsze dzień po nim, bo w stosunku do mnie królik Emily Fusselman zdecydowanie zasługuje na pierwszeństwo wyboru.
Królik Emily Fusselman chciał być lepszy od siebie, chciał być podobny do kotów, a może nawet do ludzi (oczywiście pozostaje tematem do zupełnie innej dyskusji, czy „bardziej ludzki od królika” rzeczywiście oznacza „od królika lepszy”, ale królik Emily Fusselman nie miał tu, jak się wydaje, żadnych wątpliwości). Chłopcy z „Rzepy” nie chcą być od siebie samych lepsi, zatem z chrześcijaństwem nie ma to nic wspólnego. Chcą być królikami i niczym więcej, tym bardziej, że w głębi duszy są przekonani, iż są raczej kotami, a może nawet psami Emily Fusselman i niejednemu królikowi potrafiliby jeszcze przegryźć kark. Tymczasem są tylko królikami i pewne psy na mieście już szykują się do przegryzienia im karków, a dokładniej, pewni politycy rozmawiają już z pewnymi dziennikarzami na temat nowego obsadzenia „Rzepy”, gdyby następca Montgomery’ego z funduszu Mecom okazał się mniej niż Montgomery przywiązany do idei wydawania na peryferiach aż tak wyraziście antymultikulturalistycznej gazety (niech żyje kapitalizm, a w mediach szczególnie).
Uświadamiając sobie własną naturę królików, mogliby chociaż próbować być lepsi od królików, tak jak to się zdarzyło królikowi Emily Fusselman w jego najlepszym okresie. Kiedy chciał być kotem, psem, a może nawet człowiekiem. Tymczasem oni, postanawiając pozostać tym, czym ich stworzono (czym ich Archont stworzył?), głosząc darwinizm zarówno społeczny jak i religijny, są brzydcy i pozbawieni wartości dla świata zarówno, kiedy wygrywają, jak i kiedy przegrywają.
Zatem Piotr Semka walczy z multikulturalizmem. A do jakiej kultury on sam właściwie należy? Ja pamiętam go orgiastycznie tańczącego z przyjaciółkami i przyjaciółmi „z głębszego podziemia” do najlepszych kawałków Pet Shop Boys, Frankie goes to Hollywood i Soft Cell (Tainted love, zawsze to kochaliśmy, my, dzieci ejtisów, rówieśnicy Ellisa), w małym mieszkanku niedaleko Placu Zawiszy na warszawskiej Ochocie, w czasie jednej z naprawdę fajnych i multikulturalistycznych imprez naszego przedłużonego w nieskończoność dzieciństwa, gdzie nawet jakieś „pedały” się między nami kręciły (i to nieukrywające swojej orientacji, jak im to się dzisiaj doradza w Rzeczpospolitej). Piotr Semka należał zatem kiedyś do nieco innej, moim zdaniem nieco lepszej kultury, niż kultura dzisiejszej „Rzepy” walczącej z multikulturalizmem. Był wtedy lepszy od siebie, bardziej podobny do królika Emily Fusselman niż do jej psa. Dzisiaj jako w pełni już ukształtowany religijny darwinista jest od siebie gorszy, bardziej podobny do psa niż do królika. Ale przynajmniej Paweł Lisicki może go układać do woli. A akurat Paweł Lisicki nigdy nie chciał być od siebie lepszy, gdyż zawsze uważał się za wystarczająco doskonałego, lepszego nawet od psa. Byłby świetnym rekinem Emily Fusselman, gdyby miała w swoim mieszkaniu wystarczająco duże akwarium. P.S. Tym wszystkim banalistom, którzy zarzucają mi, że prowadzę wojny prywatne, odpowiem – znów lecąc odrobinę Zbigniewem Herbertem z „potęgi niesmaku” minimalnie zaprawionym Fryderykiem Nietzsche – że tylko w wojnach prywatnych „są włókna duszy i cząstki sumienia”. A jeśli ktoś w duszę czy sumienie nie wierzy, to znajdzie tam przynajmniej włókna i cząstki.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...