> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kradzież Arłukowicza Drukuj
Cezary Michalski   
12.05.2011
Kiedy lewica (lub choćby „nieprawica”, choćby i „postkomunistyczna”) była w III RP silna, zawsze przed wyborami sięgała po polityków bardziej prawicowych: Katarzynę Piekarską, Andrzeja Celińskiego. Dzisiaj, kiedy prawica jest silna, zawsze przed wyborami sięga do lewicowych spichlerzy i schowków. Jarosław Kaczyński sięga zwykle po Gierka (w 2005 roku po Adama Gierka, w 2010 już po Edwarda). Z kolei Donald Tusk, w „polityce historycznej” mniej niż Kaczyński biegły, a przede wszystkim mniej nią zainteresowany, zawsze przed wyborami sięga bezpośrednio po znanych przedstawicieli lewicy (lub choćby „nieprawicy”) współczesnej. Przed kampanią prezydencką dzięki poparciu PO Hausner znalazł się w Radzie Polityki Pieniężnej, a Belka został prezesem Narodowego Banku Polskiego. Tusk załatwił Komorowskiemu poparcie Kalisza, Cimoszewicza, nawet Kwaśniewskiego, wbrew linii SLD, które w pierwszej turze popierało Napieralskiego, a później nie popierało nikogo. Przed tymi wyborami Donald Tusk okradł SLD z Arłukowicza, a ponieważ lubi dodatkowo upokarzać swoich własnych ludzi (każdy z nich, nieupokorzony, mógłby przecież stać się jego konkurentem, jeśli oczywiście akceptujemy teorię o nieskończonym istnieniu wszechświata i nieskończonym istnieniu Platformy Obywatelskiej), zatem do pozytywnego komentowania lewicowych zdobyczy PO został przez Tuska wyznaczony Jarosław Gowin, nawet jeśli w konsekwencji przestaną go do siebie zapraszać państwo Sonikowie, a „Rzepa” poświęci mu jeden nieprzychylny artykuł, niezbyt zresztą obszerny.

Jako rytualny już zwolennik modernizacji peryferiów – czyli w Polsce rytualny już zwolennik okcydentalizacji, w Niemczech Bismarcka, socjaldemokracji i związków zawodowych, a w Japonii zwolennik ojców założycieli epoki Meiji z ich koncepcją „transcendowania parlamentaryzmu” przez promodernizacyjną władzę wykonawczą (poszczególni ministrowie dworu cesarskiego zakładali w uzgodnieniu ze sobą rozmaite partie) – przyznaję modernizacji i okcydentalizacji pierwszeństwo nawet przed demokracją wielopartyjną. Nie budziłby zatem mego oburzenia polski rząd, w którym zasiedliby ramię w ramię prawicowcy i lewicowcy, produkując wspólnie pewną nadwyżkę politycznej energii (dzisiaj zużywanej przez PiS i PO do celów absolutnie jałowych), konieczną do prowadzenia przez nasze słabe peryferyjne państwo skutecznej polityki zagranicznej, do tworzenia i realizowania projektu modernizacyjnego, pozwalającą też na myślenie o państwie i ludziach to państwo zamieszkujących w perspektywie choćby pokolenia, a nie najbliższego PR-owego tygodnia.

Wolałbym zatem, żeby Donald Tusk umiał znajdować do modernizacji Polski społecznych partnerów, budować polityczne koalicje (choćby z SLD), a nie wyłącznie dokonywał drobnych aktów personalnej kradzieży z włamaniem. Dzisiaj mamy jednak partię władzy mówiącą językiem Radziszewskiej i Gowina („przecież jesteśmy prawicą, może nawet bardziej neokońską niż PiS, może nas Jan Pospieszalski i bracia Karnowscy kiedyś w końcu pokochają”), a jednocześnie kradnącą lewicy Belkę i Arłukowicza, którzy indywidualnie przytroczeni do rydwanu takiej partii będą musieli pozostać niemi (o ile oczywiście kiedykolwiek mieli coś do powiedzenia). Wczoraj, kiedy Platforma wydawała się wszechmocna, żadni partnerzy społeczni Tuska nie interesowali, interesował go tylko PR i spindoktorzy. Dzisiaj, kiedy Platforma jest słaba, a elektoraty PiS i SLD w sumie większe i bardziej „wkurwione” (czyli zmobilizowane) niż elektorat PO, kradzież ludzi jest zabiegiem wyraźnie defensywnym. Jeśli nawet Platforma po Belce i Arłukowiczu zdoła porwać jeszcze Borowskiego czy Cimoszewicza, i tak nie zmieni to polskiego pejzażu politycznego, który po Smoleńsku i OFE Platformie nie sprzyja.

Kooptowanie (a nawet kupowanie czy kradzież) ludzi o innych poglądach może być skuteczne, kiedy potrzebujemy tych ludzi do przekroczenia „naturalnego” podziału na partię pięknych i partię ohydnych. Kiedy potrzebujemy ich do realizacji modernizacyjnego projektu, choćby i autorytarnego (choć lepiej z lekka hegemonicznego, niż zamordystycznego totalnie). Bo kiedy potrzebujemy ich wyłącznie do tego, żeby urwać dwa głosy SLD w Szczecinie, wówczas taka gra nie ma sensu, a Tusk znowu okazuje się zaledwie Tuskiem, a nie choćby 30-procentowym Bismarckiem, 15-procentowym Witte (nieśmiało reformatorski minister i premier z czasów Mikołaja II), czy 7-procentowym Hirobumi Ito (najwybitniejszy reformator epoki Meiji).

Tymczasem nawet po tym, jak Tusk ukradł Napieralskiemu Arłukowicza, żeby go zrobić „ministrem od wykluczonych”, nadal mamy w Polsce wyłącznie partię zadowolonych (z rządzenia, z bycia rządzonymi) kontra partię niezadowolonych (z powodu odsunięcia od władzy lub z powodu bycia rządzonymi przez tych, których się nie lubi). Nadal mamy wyłącznie partię pięknych i sympatycznych, a czasem także bogatych, kontra partię brzydkich i wrednych, a czasem także biednych (choć nie zawsze, jak dowodzi przypadek paru publicystów i polityków piszących inaczej, którzy z absolutną hipokryzją zagrywają na śmierć swoją rzekomą społeczną wrażliwość na losy uciśnionego „Polactwa” – cyt. za Ziemkiewiczem, kiedy jeszcze był szczery). Nadal mamy wyłącznie partię tych, którym się powiodło, kontra partię nieudaczników (albo ludzi niebywale może utalentowanych, tyle że wciąż zagrożonych „eksterminacją”). Podsumowując wszystkie powyższe „polityczne” i „ideowe” podziały i tożsamości – nadal mamy wyłącznię partię systemu i partię antysystemową.

Należy też wątpić w doraźną piarowo-partyjną skuteczność porywania brzydkiemu i wrednemu Sojuszowi jego ostatnich pięknych i sympatycznych gwiazdorów. Belka w NBP i Hausner w Radzie Polityki Pieniężnej, Cimoszewicz popierający Komorowskiego jeszcze w pierwszej turze, wszyscy oni nie przełożyli się w zauważalny sposób na głosy. Elektorat pozostał przy Napieralskim, nawet Arłukowicz i Kalisz pozostali wówczas przy Napieralskim, uważając – nie bez racji – że jako członkowie silnej partii koalicyjnej dostaną od PO więcej i będą przez Tuska traktowani poważniej, niż jako ludzie pojedynczo kupieni. 

Oczywiście nie tylko Tusk i Arłukowicz są „winni” temu, co się stało. Napieralski przesuwający się w stronę niewiadomą, coraz bardziej skupiający się na wojnie z PO, używający do tego celu mojego kujawsko-pomorskiego ziomka, wicemarszałka Wenderlicha w nieodwracalny sposób ukształtowanego estetycznie przez o. Rydzyka, nie tylko rozgrywa żelazną ręką wewnętrzne spory personalne w partii (nie byłby to wyłącznie zarzut, to samo robił Miller i udało mu się stworzyć najsilniejszą „nieprawicową” formację władzy w dziejach III RP), ale przede wszystkim nie gwarantuje, że społeczny resentyment wobec partii ludzi sukcesu (resentyment jego własny i części jego elektoratu) nie skłoni go po wyborach do zaakceptowania propozycji Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej, że obojętnie, jaka ona będzie, zawsze przelicytuje propozycję Tuska, gdyż Tusk walczy o utrzymanie władzy, podczas gdy Kaczyński walczy o odsunięcie od władzy Tuska, więc może dać więcej. Wiedząc zresztą, że jak Tuska obali, to w dzisiejszej (a być może także jutrzejszej) prawicowej Polsce Napieralski nie będzie dla niego żadnym konkurentem, a część elektoratu i aparatu SLD – czasami estetycznie i obyczajowo konserwatywniejsza nawet od PO – może mu posłużyć za „przystawkę” tak samo, jak kiedyś część elektoratu i aparatu „Samoobrony”.

Zatem do czego potrzebuje Tusk Arłukowicza (Belki, Kalisza, Borowskiego, Cimoszewicza…)? Do modernizacji Polski, czy wyłącznie do wyborczego PR? Jeśli to drugie (załóżmy bowiem, że nie jest to pytanie retoryczne), wówczas kradzież Arłukowicza się Tuskowi nie opłaci, tym bardziej, że każdy ukradziony Sojuszowi Arłukowicz nie przybliża powyborczej koalicji PO-SLD, ale czyni ją wręcz niemożliwą. To oczywiste, że Tusk wolałby rządzić sam (co najwyżej z PSL-em, partią niszową, wygodną i niedrogą, gdy chodzi o stawki „politycznej korupcji”), ale co zrobi, jeśli sam po wyborach nie będzie mógł rządzić, jeśli dwa głosy przyniesione do PO przez Arłukowicza, i jeszcze drugie dwa, które Napieralskiemu urwie np. Kalisz, nie dadzą „koalicji” PO-PSL możliwości rządzenia? Podział na pięknych i wstrętnych, zradykalizowany dodatkowo kradzieżą pięknego Arłukowicza wstrętnemu SLD, uczyni bardziej „naturalną” koalicję wstrętnego SLD ze wstrętnym PiS, podczas gdy koalicję wstrętnego SLD z piękną Platformą uczyni jeszcze bardziej „przeciwną naturze”. „Naturze”, która z dnia na dzień coraz bardziej zastępuje w Polsce politykę.
 
P.S. Kradzież Arłukowicza przez Tuska byłaby racjonalna tylko w jednym wypadku, gdyby Jarosław Kaczyński, mimo pozorów monstrualnej żywotności był już rzeczywiście tylko wydrążonym zombie (cyt. za Janusz Palikot), podobnie jak całe grono jego najbliższych współpracowników. I gdyby PiS, mimo swoich dzisiejszych sondażowych osiągnięć, miał się wkrótce rozsypać. Wtedy kluczowa polityczna walka przyszłości musiałaby się rozegrać między PO i SLD, a kradzież Arłukowicza Napieralskiemu byłaby wstępem do tej przyszłej walki. Nie ukrywam zresztą, że zarówno pejzaż, w którym o władzę nad Polską walczą PO i SLD, jak też pejzaż, w którym PO i SLD władzę nad Polską koalicyjnie sprawują, jest moim zdaniem dla Polski lepszy, niż pejzaż obecny, w którym o władzę nad Polską walczą PiS i PO, skutecznie przy tym Polskę osłabiając.

Komentarze
Dodaj nowy
Tomasz Wilk-Grzelak  - za długie   |12.05.2011 13:50:23
O jezu jakie to długie. Jakby tak skreślić z trzy czwarte, to człek mógłby
myśleć również o treści - niezbyt odkrywczej, niewartej takiego elaboratu - a
nie wyłącznie o tym, by to się już skończyło :)
adam  - Analiza polityczna…   |12.05.2011 14:47:35
…godna pochwały Panie Cezary! Chociaż końcówka mało realistyczna. PO niestety
próbuje przelicytować PiS w antykomunizmie. Tusk jako "styropianowiec"
ma go w genach. Mówie to już dzisiaj. Nie będzie koalicji PO-SLD! Tusk chce
rzadzić samodzielnie. Sondaże na razie nie dają mu na to szansy! 5 miesiecy
przed wyborami mało budująca perspektywa.
bebobas  - A może   |12.05.2011 17:50:40
A co jeśli to jednak nie była kradzież tylko bardziej ucieczka, a nawet
odbicie się od dna? Może warto rozważyć na przykład taki punkt widzenia i takie spojrzenie na polską lewicę.
bebobas  - Poprawka linka   |12.05.2011 18:24:35
Przepraszam za zepsuty link - poprawny to
http://lewydolny.pl/index.php/2011/05/sypie-sie-za -grzesiem/
smoothoperator  - Hipokryzja   |13.05.2011 04:11:24
Dla mnie ten transfer (i inne podobne) oznacza:
- kolejny przykład amoralności,
obłudy i hipokryzji w polityce,
- całkowitą ignorancję intencji wyborców,
-
potwierdzenie tego, że elita SLD praktycznie jest lewicą jedynie w
nazwie.
Wszelkie natomiast dywagacje na temat słuszności, bądź też
niesłuszności takich roszad, próba ich uzasadnienia meandrami "wielkiej
polityki" uważam za nadinterpretację faktów. Dzisiejsza polityka to nie spór
lewicy z prawicą; to pazerna walka o wpływy, o własną karierę, o pieniądze. To
gra znaczonymi kartami, gdzie rolę asów pełnią patriotyzm, naród,
sprawiedliwość, czy wolność. Pozostałe karty w talii mają wartość podłych dwójek
i to nimi przede wszystkim się rozgrywa. Asy służą natomiast jako kamuflaż.
Rylew   |13.05.2011 18:44:42
Ciekawe wywody, ale trochę chyba zbyt poważne potraktowanie incydentu.
Przejście
Arłukowicza do PO ma znaczenie chyba tyko dla niego samego, bo dostał synekurę
która była mu widocznie potrzebna (domyślam się że z bardziej prozaicznych
przyczyn niż się ogłasza w TV). Straci na swoim wizerunku, ale nic za darmo.
Tusk i PO w sumie na tym niewiele zyska, może nawet nieco stracić. SLD pewnie
straci, bo nie zdąży wypromować nowego w tak krótkim czasie.

W ogóle to
przyszło mi do głowy, że partia jest jak żywe drzewo. Członkowie są jak jego
części składowe, kwiatki, liście, pędy, gałązki itp. Natomiast wszystko co od
drzewa odpada stanowi już tylko mało użyteczny odpad, obmarzłe kwiaty,
niewydarzone owoce, porażone
chorobą pędy, suche liście, obumarłe gałązki,
odpadł kora. To wszystko nie ma już większej wartości biologicznej, nadaje się
jeszcze na podpałkę i wywołać może jeszcze tylko krótkotrwały słomiany ogień.
Dlatego ostrożnie z kupowaniem spadów.

Nie demonizowałbym też roli
Kaczyńskiego. Został zmarginalizowany dzięki własnym staraniom w dużej mierze.
PISowi i Kaczyńskiemu już nawet i Ziemkiewicz nie pomoże.
W tej sytuacji chodzi
tylko o to kto będzie partnerem dla PO PSL czy SLD. W gruncie rzeczy nie ma
wielkiej różnicy choć wolałbym PSL, bo to partia, która nie miała jeszcze
afer.
A ogólnie to nie ma się czym podniecać. Prawica czy lewica, konserwtyści
czy moderniści to już nie ma znaczenia. Jest tylko jeden bezwolny, bezkształtny,
bezduszny quasipolityczny chłam, który dzisiaj niewiele może poza dbaniem o PR ,
o swój interes klasowy, apanaże itp.
ASC  - PO mysli o opozycji.   |15.05.2011 13:42:41
Tusk już ustawia PO jako przyszłą opozycję. dotychczasowe osiągnięcia rządu
(zabierania jedynie rożnym grupom praw nabytych ;- nazywanych przywilejami) oraz
swoimi ostatnimi posunięciami (OFE, kibice ;- młodzi powiedzą nie) praktycznie
nie będzie miał szans na zwycięstwo wyborcze lub takie zwycięstwo, które
zapewni możliwość utworzenia rządu. PSL za stanowiska będzie koalicjantem
każdego, a z matematyki wyników wyborczych może realnie powstać koalicja PIS SLD
PSL.
emes5756  - Trzecia noga…   |15.05.2011 14:48:21
Zdaje się, że w moich lekturach znalazłem niezbędną "trzecią nogę" bez
której żaden stolik stać i zachowywać równowagę nie będzie. Dotąd w rozkroku
pomiędzy "Tygodnikiem Powszechnym" a "Polityką" szukałem…i
znalazłem i oto jestem (niech Pan podziękuje p.Sienkiewiczowi, który w
"TP" zwrócił moja uwagę na pańską "Herezję
smoleńską"-nb.b.dobrą-i tak Pana, który zniknął mi wraz z "Europą"
znalazłem).O środowisku "Krytyki…" słyszałem niejedno (pozytywne)
teraz mam okazje poczytać. Pańska obecność tu jest dla mnie mimo wszystko
niespodzianką, ale,i tu przechodzę do casus Arłukowicz, in plus. Otóż gdy tylko
gruchneła wieść o tym transferze (brzydkie słowo przeniesione z dość brzydkiej
ostatnio sfery) pomyślałem sobie - może PO idzie po rozum do głowy i pozbywa sie
przekonania, że wszystkie rozumy pozjadała? A więc dobrze sie stało. Potem
słyszę o pp. Cimoszewiczu, Borowskim, Kluzik-Rostkowskiej itd.,itd. i myślę
sobie: dobrze by było gdyby dawne i zużyte hasło "proletariusze…itd
łączcie się" przekuć w Polsce na "Ludzie rozsądni wszystkich opcji
łączcie się", bo Polska jak nigdy, tego teraz potrzebuje. Mnie nie
interesuje szyld ani etykieta partyjna, bo ludzie ROZSĄDNI, MĄDRZY są wszędzie
(choć nie wszędzie widoczni), mnie interesuje kto dla Polski (a nie partii) chce
i może coś zrobić.I szyld partyjny jest w tym aspekcie zupełnie bez znaczenia.
Tą myśl odnajduję też w Pana tekście, choć nie mogę się oprzeć obawie, żeśmy w
tym obaj nieco naiwni. Zbyt długo żyję (w Polsce PARTYJNEJ przecież) aby mnie
taka refleksja nie naszła. Ale…niech Pan uprawia polityczna krytykę, dobrze
się Pana czyta nawet jeśli się nie zgadzam. Pozdrawiam, ja tu jeszcze wrócę….
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.95762 Seconds