|
O ile sympatia dla socjaldemokracji nigdy mnie z Tomaszem Piątkiem nie poróżni, to jego przekonanie o liberalizmie gierkowszczyzny jest dla mnie tak samo trudne do przyjęcia, jak przekonanie Jarosława Kaczyńskiego o jej mocarstwowości. Powstaje bowiem pytanie, z jakiej pozycji na jakiś ustrój społeczny patrzymy, czy z pozycji konstytucji stalinowskiej, czy z perspektywy przeciętnego zeka, albo – zachowując wszelkie słuszne proporcje – z perspektywy liberalnego antynarkotykowego ustawodawstwa, za pomocą którego Edward Gierek spieszył się kochać, leczyć i wspomagać ludzi sięgających w PRL-u po narkotyki, czy z perspektywy codziennego traktowania ludzi, którzy mieli coś wspólnego z narkotykami w prowincjonalnym PRL-owskim mieście wojewódzkim średniej wielkości. Ja o kontestację otarłem się w Toruniu, między końcem lat 70. i połową lat 80. Razem z kontestacją pojawiły się narkotyki, mało subtelne, od samosiejki (suszonej, podpiekanej, zaparzanej, kiszonej, zawijanej w papier z „Gazety Toruńskiej”, „Nowości” i „Trybuny Ludu”… ) po kompot. O ile pamiętam, sposób penetrowania toruńskiej kontestacji przez milicję i esbecję nie miał nic wspólnego z liberalnym ustawodawstwem, ale może prawników mieliśmy kiepskich. Z braku wystarczającej świadomości prawnej u toruńskich hipisów i punktów pozostawało bicie, szantażowanie, werbowanie agentów, wsadzanie dzieciaków, którzy nie chcieli się dać zwerbować do obserwacji innych dzieciaków, do więzień razem z kryminalnymi, skąd po paru latach wracali zeszmaceni, zanim jeszcze w połowie lat 80. zaczęli stamtąd wracać zarażeni. Powiedziałbym nawet, że ludzie, którzy otarli się o narkotyki byli w takim prowincjonalnym mieście wojewódzkim średniej wielkości traktowani gorzej niż demokratyczni opozycjoniści. Trudno sobie wyobrazić reportaż w Radiu Wolna Europa poświęcony niegrzecznemu potraktowaniu faceta, którego doprowadzono na komendę ze słoikiem kompotu. Ani londyński emigrant by się taką martyrologią nie wzruszył, ani krajowy antykomunistyczny inteligent. W dodatku, zanim zostanę wyśmiany za kolejną dawkę „martyrologii” własnej, muszę powiedzieć, że ja sam byłem na tle moich kolegów traktowany jak pączek w maśle. Bo mój ojciec – zresztą naprawdę porządny człowiek, nic osobistego nigdy nas nie podzieliło – był na drugim, pozaakademickim etacie, wykładowcą Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu, popularnego WUML-u, na którym w PRL-u dyplomy zdobywali także miejscowi oficerowie milicji i SB. To zapewniało mi naprawdę arystokratyczne traktowanie, kiedy już trafiałem na komendę, a naprzeciwko mnie siedział akurat za swoim biurkiem student mego taty. Ale moi koledzy, ci banalnie długowłosi i ci z bardziej oryginalnymi fryzurami, którzy takiego taty nie mieli, po swoich wizytach na komendzie opowiadali - naiwnie, bez antykomunistycznego podtekstu, nie wiedząc, że za dwadzieścia lat ich opowieści staną się argumentem w wysublimowanym intelektualnym sporze o gierkowski liberalizm prowadzonym na portalu KP – o zwyczajnym biciu, upokarzaniu, wymuszaniu zeznań, szantażu, przekwalifikowywaniu „posiadania” na „dystrybucję”, a wreszcie opowiadali o pobytach w więzieniu z kryminalnymi. W kraju bez legalnej opozycji, nawet wyposażonym w niezwykle łagodne ustawodawstwo, milicja ma po prostu nieco większe możliwości gnojenia ludzi niż w liberalnej demokracji, nawet zarządzanej przez okropne PO. Nie wykluczam, że brzydkie rzeczy zdarzają się na komendach i w sądach także i teraz, ale jako wzorzec normatywny dla ich krytykowania i zwalczania wolałbym jednak Północną Europę niż epokę gierkowskich swobód.
A na zakończenie jeszcze raz moja ulubiona mantra. Na temat wysoce pożądanego w dzisiejszej Polsce buntu pokoleń. Dzieci PZPR-owców niech się zbuntują przeciwko kultowi gierkowszczyzny (nawet w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego), a dzieci katolików niech się zbuntują przeciwko papiestwu. Dzieci partyjnych rodziców buntujące się przeciwko papiestwu i dzieci katolików buntujące się przeciwko „postkomunizmowi” - to wszystko nadal pozostawia nas w tym samym naszym ujutnym bagienku. Gdzie uczestnicy Europride będą zawsze uważani za zboczeńców albo przynajmniej za dziwaków – tak jak za Gierka, a pole grunwaldzkiego tryumfu - tak jak za Gierka - będzie tonąć w ludzkich odchodach po każdych narodowych obchodach.
Co, „Gazetą Wyborczą” znowu zaleciałem? Przykro mi, ale my, „pampersi”, zanim jeszcze czujni wujowie od pilnowania polskiej demokracji nie uznali nas za faszystów, i zanim niektórzy z nas na przekór czujnym wujom rzeczywiście faszystami się nie stali, mieliśmy kompromitująco poczciwe konserwatywno-liberalne poglądy. Niespecjalnie odległe od, powiedzmy, prawego skrzydła PO. Ja już nie mam dzisiaj takich poglądów, myślę, że wędruję sobie gdzieś pomiędzy lewym skrzydłem PO a prawym skrzydłem, powiedzmy, „Ordynackiej” (o ile także „Ordynacka” nie zachwyca się akurat swoją młodością), ale gwoli uczciwości muszę znowu powtórzyć, że z młodą lewicą spotkam się w pół drogi wszędzie tam, gdzie młoda lewica będzie się zachwycała socjaldemokracją, natomiast zawsze potkniemy się o własne nogi tam, gdzie rozmowa zejdzie na mocarstwowe PRL z jego liberalnym ustawodawstwem.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...