|
Sympatycznie uśmiechnięte panie w średnim wieku pytane przez reporterkę TVN24 o to, jak im się podoba Chrystus Król w Świebodzinie, odpowiadają: „Piękny, a w dodatku będzie nas chronił”. Kiedy napiszę, że to nie jest religia, ale magia plemienna, dowiem się od całej polskiej prawicy, a także od części lewicy, tej „nawróconej” na Krakowskim Przedmieściu, że jestem dystynktywną, wyobcowaną elitą. Nie ma zgody. Bóg mi świadkiem, że nie nadaję się na obrońcę religii w tym kraju. Ani też nie powinno się mnie zatrudniać do ewangelizowania tutejszych pogan cynicznych lub magicznych, instrumentalnych lub szczerze wierzących, że Kolos ze Świebodzina da im płodność, bogactwo i obroni ich przed Niemcami. Ale rozwściecza mnie dyskursywna bezradność, każąca się nam wszystkim korzyć przed cynizmem ludzi, którzy każdą próbę myślenia religijnego w tym kraju, każdy religijny z ducha atak na magię, na idolatrię, na wielką kwitnącą w tym kraju w najlepsze sprzedaż odpustów (atak, który w paru miejscach świata został mniej lub bardziej skutecznie przeprowadzony parę tysięcy lat albo przynajmniej parę wieków temu) zaszantażują i zdławią powtarzając chórem, że „wyobcowane elity gardzą prostym ludem”. Oni wszyscy kłamią. Jedni świadomie i cynicznie, inni z nadmiaru poczciwości. „Prosty lud” naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. Przecież na nisko pochylonych karkach „moherów”, do pogańskich świątyń, gdzie dymią stoły uginające się pod ciężarem ofiarnego mięsa, wjeżdżają ludzie bynajmniej nie prości, nie milczący, nie upokorzeni. Wjeżdżają tam pyszni i głodni panowania „konserwatywi redaktorzy na progu eksterminacji” (cyt. za Piotr Skwieciński); wjeżdżają tam gwiazdy korporacyjnego biznesu z etycznymi ambicjami, umiejące jak nikt inny godzić perkaliki z mszą; wjeżdżają tam politycy, którzy swoją głośną obronę „prostego ludu” wykorzystują tak zarazem cycznie i bezrefleksyjnie, jakby nie tylko obrazoburczy i podejrzliwy dyskurs Karola Marksa, ale nawet obrazoburczy i podejrzliwy dyskurs Jezusa Chrystusa nigdy nie zapukały do ich głów, gabinetów czy wygodnych domostw. Bardzo jestem ciekaw, jak prawicowi obrońcy Kolosa ze Świebodzina nazwaliby Chrystusa, gdyby jeszcze raz (albo po raz pierwszy) przeczytali Ewangelię, gdyby trafili tam na osiem błogosławieństw albo na fragment opowiadający, jak Chrystus wypędza z przedsionka świątyni ludzi kupczących magią i odpustami? A właściwie wiem, jakby go nazwali. Uznaliby Chrystysa za „żydowskiego bolszewika” (cytat pochodzi od pewnego miejscowego reakcjonisty i jest niestety prawdziwy, tyle że ów miejscowy reakcjonista nigdy nie powtórzy tych słów na głos w trosce o publiczną moralność). Uznaliby Chrystusa za przedstawiciela „wyobcowanej elity” i próbowali poszczuć na niego świątynnych sprzedawców odpustów i totemów, sprzedawców cieszących się miłością i zaufaniem „prostego ludu”. Mieliby rację, ale co z tego. Magiczny kult plemiennych bóstw opiekuńczych to nie jest ani chrześcijaństwo, ani judaizm, ani islam, ani żadna dojrzała forma religii. „Kronos”, „Teologia Polityczna”, parę inteligentnych osób w „Rzeczpospolitej”… oni nawet nie udają, że są religijni. Oni są pogańscy, a krzyża chcą używać wyłącznie do zarządzania polskim tłumem z wysokości i na sposób hellenistycznych mędrców. A czy oportunistyczny i „cwany” Marek Cichocki będzie próbował to robić, podpinając się pod Jarosława Kaczyńskiego, kiedy to Kaczyński wydawał się gwarantować dostęp do dymiących ofiarnych stołów, czy też podłączy się dzisiaj pod Kluzik-Rostkowską i „zmarłego Lecha” - mało mnie obchodzi. Także Jarosław Kaczyński udaje religijność wyłącznie po to, aby zarządzać polskim pogańskim tłumem, bo ma w głowie świeckie polityczne cele i uważa, że sojusz z siłami plemiennej magii w tym kraju pomoże mu te świeckie polityczne cele zrealizować. Sam brałem wielokrotnie udział w rytualnych polskich lamentach, tak charakterystycznych dla przestawicieli „wyobcowanych, postkolonialnych elit”, nad tym, że nie przeszliśmy ani Reformacji, ani sekularyzacji. Ale jak mieliśmy przejść Reformację czy sekularyzację - będące przecież elementem, dialektyczną konsekwencją i kontynuacją etycznej pracy chrześcijaństwa - kiedy jeszcze chrześcijaństwa w naszym kraju nie ma? Na razie dominującym w Polsce kultem pozostaje kult świebodzińskiego Kolosa. Wszyscy to po cichu przyznają, a wielu stara się na tym kulcie zrobić interes albo zdobyć władzę dzięki poparciu jego wyznawców i kapłanów. Ostatni konserwatyści, liberałowie i lewicowcy w tym kraju muszą wspólnie zrozumieć, że temu krajowi potrzeba Chrystusa (Mojżesza, nawet Mahometa, ale tych prawdziwych, a nie z „zemsty Boga”). Potrzeba temu krajowi religii, bo dopiero z dojrzałej religii może wyrosnąć sekularyzacja nie rozumiana jako „nihilizm”, „hipermarkety”, „straszna Lady Gaga”, „okropny Big Brother”… ale jako kontynuacja etycznego dzieła wszystkich sensownych objawień, dla których pierwszym przeciwnikiem była poprzedzająca religię plemienna opiekuńcza magia. Gdyby Chrystus dotarł kiedyś przypadkiem do Polski (nie mówimy tu oczywiście o sensownym, ale czysto politycznym i cywilizacyjnym kontrakcie, jakim był nasz „chrzest”), to w pierwszym ataku swego mesjańskiego szału (te właśnie ataki nadają Ewangelii jej niepodrabialny charakter księgi objawionej) próbowałby zburzyć posąg świebodzińskiego Kolosa. (Tylko mi nie mówcie, że nie mogę sobie trochę porozmawiać z Chrystusem, poprzewidywać jego intencji i działań, skoro wokół mnie bez żadnego problemu rozmawiają ze „zmarłym Lechem” Cichocki, Ołdakowski, Jakubiak, a nawet brat zmarłego Jarosław Kaczyński, w dodatku ten ostatni w najdroższym czasie reklamowym kupionym z budżetowych dotacji dla partii politycznych). A jeśli owo „polityczne” zwycięstwo w Polsce by się Chrystusowi nie udało, a nie udałoby mu się na pewno, to właśnie za nieudaną próbę zburzenia gigantycznego posągu plemiennego bóstwa opiekuńczego, Chrystus zostałby w Polsce ukrzyżowany. Dlatego Lisicki, Ziemkiewicz, Wildstein, Cichocki, Karłowicz, Wawrzyniec Rymkiewicz, Krasnodębski, Legutko… - którzy doskonale wiedzą, o czym ja mówię - nigdy nie zaryzykują stanięcie po stronie Chrystusa przeciwko Kolosowi ze Świebodzina. Oznaczałoby to bowiem dla nich gwarantowaną utratę pasm w mediach publicznych i miejsc w europarlamencie, gwarantowaną „eksterminację” i wyrzucenie nie tylko z „Rzeczpospolitej”, ale też z „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, a może nawet utratę środków na wydawanie późnohellenistycznych formacyjnych kwartalników. Oni zawsze wybiorą modły do Kolosa ze Świebodzina, bo kult Kolosa ze Świebodzina gwarantuje przetrwanie. Tu na Ziemi, na Tej Ziemi, na arcyludzkich warunkach. PS: Z religią jednak nie ma żartów, chyba mnie poniosło. Jeszcze trochę, a zacznę ciskać kałamarzem w diabła buszującego po moim pokoju.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Hehe, dobry fragment. Ile się przez ...
Będę się powtarzał, ale nie z uporu, ...