|
Po wykładzie inauguracyjnym ABR, przedstawiającym definicję „filozofii żydowskiej”, czyli przedmiotu, którego będzie próbowała uczyć na Uniwersytecie w Nottingham, zaprosiła nas na kolację „radykalna ortodoksja” – John Milbank, jego żona i jego uczniowie. Zaprosili nas do bardzo dobrej francuskiej restauracji, podobno najlepszej i raczej nie taniej. Zamawialiśmy potrawy z pewną nieśmiałością, z uwagi na ceny, ale na końcu okazało się, że nie będziemy partycypować w rachunku, chyba żebyśmy się chcieli o to bić z naszymi współbiesiadnikami (nie chcieliśmy), bo to jest zaproszenie, przyjęcie, rozpoznanie knajpą, próba głębszego poznania. Jako kompani biesiadni „radykalni ortodoksi” są czarujący, szczególnie na tle nieco purytańskiej Anglii, także tej akademickiej (patrz, Homo Historicus Malcolma Bradbury’ego). Państwo Milbankowie to najprawdziwsza brytyjska bohemiczna para. Na pierwszy rzut oka robią wrażenie uciekinierów z dawnego Bloomsbury, artystycznego kręgu, którego sama nazwa przez cały wiek przerażała wszystkich tutejszych liberałów i zdroworozsądkowców. Niezależnie bowiem od transgresji estetycznych i etycznych, chłopcy i dziewczęta z Bloomsbury potrafili jeszcze komunizować, faszyzować… zabijać liberalną nudę Imperium na wszelkie możliwe sposoby. „Radykalni ortodoksi” są przy stole zabawni, błyskotliwi i inteligentni. Oferują bogaty zestaw fascynującej konwersacji biesiadnej (w której uczestniczę z pewnym trudem, z moim 70-proc. francuskim/30 proc. angielskim). Od anegdot akademickich po ankietę o duchach: kto ducha widział, kto się z duchem spotkał i w jakich okolicznościach. Spośród wszystkich przy stole, tylko ja jeden ducha nie widziałem, a w każdym razie ja jeden to przyznaję, psując trochę zabawę. Wśród młodych adeptów Milbanka najfajniejszy jest Connor, chłopak z Belfastu. Zapytany, czy nigdy nie zaangażował się, nie uwikłał w irlandzką politykę, odpowiada, że on nie, ale cała jego rodzina była uwikłana. Do tego stopnia, że czasami ich zabijano. Kto zabijał? – pytam. Obie strony – odpowiada Connor – jednych protestanci, drugich katolicy. Po czym wyraźnie poruszony kończy temat słowami: „Dlatego nie interesuję się polityką – ani irlandzką, ani angielską, ani w ogóle żadną”. I dodaje: „Kiedy mnie pytają, skąd jestem (akcent Connora zdradza, że nie jest angielskim arystokratą), odpowiadam, że jestem z Australii”.
Prywatnie są fajni, ale przeszkadza mi ich oficjalność, ideologiczność. Milbank używa słowa „nowoczesny” jako epitetu, którego znaczenie sięga od „płytki”, „tępy”, „nieuk”… po „nihilistyczny”. Legutko mógłby być taki, gdyby był nieco dowcipniejszy przy stole (kto wie, może kiedyś był). Milbank nauczył tego piętnującego zastosowania słowa „nowoczesny” wszystkich swoich uczniów, wymusił też na nich równie skodyfikowane użycie słowa „ponowoczesny”. „Postmodernizm” w ich slangu oznacza „bełkot”, „rozgadanie”. Oczywiście lekiem na to wszystko ma być święty Tomasz. Nie ten prawdziwy, ale taki, który wobec „nowoczesności” pełni funkcję kata z porewolucyjnych pism Josepha de Maistre. Topór świętego Tomasza, spuszczany przez Johna Milbanka na karki kolegów teologów i filozofów dyscyplinuje, ucina wątpliwości, dekapituje zarówno „postmodernistyczną gadaninę”, jak też „sekularny nihilizm”.
W pewnym momencie zrozumiałem, kogo mi przypomina John Milbank. Funkcjonalnie i charakterologicznie. Przypomina Żiżka, którego też miałem okazję – oczywiście dzięki pracy w globalnej korporacji Springera – poznać, przynajmniej na poziomie kolacji. Milbank zapytany o Żiżka ma zresztą wiele do powiedzenia. W pewnym momencie poznali się i polubili, zafascynowali sobą wzajemnie. Potem się znienawidzili. W końcu konkurują o tę samą niszę, o niszę kontestacji naszego bezalternatywnego świata. Żiżek zagospodarował lewe skrzydło, Milbank prawe. Ziżka zaprasza Chavez, żeby mu poopowiadał o nihilizmie i nieuchronnym upadku zachodniego świata. Milbanka zapraszają tradycjonaliści z okolic patriarchatu Moskwy (właśnie się tam wybiera), wspierający Putina, żeby im poopowiadał… o nihilizmie i nieuchronnym upadku zachodniego świata.Obaj są tak samo „operowi” (cyt. za Rafał Matyja, pod nieco innym, choć analogicznym adresem) w swoim stosunku do nowoczesności. „Operowi”, bo to ostatecznie jednak sztuka, a nie polityka. Podobnie jak Robert Zydel, nieco zblazowany „etnograf i badacz rynku” z korporacji Saatchi&Saatchi, przepytany na portalu KP przez Jasia Kapelę i okazujący symptomatyczną fascynację mrocznymi rytuałami kibolskiej przemocy. Osobiście wolę Michała Sutowskiego. W jego wydaniu nawet „nieunikniony konflikt polityczny w Hiszpanii” ma służyć emancypacji czegoś ważniejszego niż przemoc, której naprawdę nie trzeba pomagać w emancypacji. Ona wyemancypuje się sama.
Żiżek wydaje mi się oczywiście bliższy niż Milbank. Kontestuje wyłącznie jedną ze ścieżek nowoczesności – tę która wygrała, a nie nowoczesność całą. Zawieszenie historycznej pamięci, historycznej odpowiedzialności, następuje u niego gdzie indziej. Czasami udaje, że nie wie, co się wydarzyło mniej więcej od lat trzydziestych XX wieku, podczas gdy Milbank udaje, że nie wie, co się wydarzyło mniej więcej od średniowiecza. Wtedy nabrał tempa dialog międzyreligijny, ekumenizm, zaczęły narastać te wszystkie „niepotrzebne” wątpliwości wobec dogmatycznej wykładni Słowa. Jak powtarza z satysfakcją Milbank: „nie można w TO wątpić, bo jeśli raz wkroczymy na równię pochyłą”… Dla Żiżka z kolei tym błędem założycielskim jest być może referat Chruszczowa, a może upadek Muru. Oczywiście on też doskonale wie, co to jest „opera” i zaczepiony wprost ucieknie przed zbyt prostacką, przesadnie „operową” wykładnią swego stanowiska.
Parę dni później towarzyszę ABR podczas innej proszonej kolacji, u Jona (nie Johna, bo Jon to skrót od starotestamentowego Jonasza z brzucha wieloryba), specjalisty od XI-wiecznej teologii islamskiej. Podejmuje nas razem z żoną i dziećmi w skromnym szeregowym domku z czerwonej cegły tuż przy uniwersytecie. Jon jest mennonitą, urodził się w jednej z małych mennonickich wspólnot w Pensylwanii. Wyjechał do Europy, zajął się islamem, mieszkał i uczył w Kairze, a potem w Bejrucie, ale nie porzucił swego dziwnego wyznania. Modli się przed posiłkiem, nie pije alkoholu, słyszał o mennonitach w Polsce, choć nie wiedział, że próbowali robić Holandię na Żuławach, tyle że w sarmackiej Polsce nie zdołali się ostatecznie odnaleźć. Co im po Złotej Wolności, skoro nie chcieli być ani dumnymi szlachcicami, ani pańszczyźnianymi niewolnikami. Ostatecznie to Ameryka ze swoją zasadą permanentnej rewolucji społecznej okazała się dla mennonitów miejscem najciekawszym.
Jon-mennonita mówi nieomalże dokładnie to, co zawsze chciałem usłyszeć od ludzi wierzących w Polsce, od chrześcijan nad Wisłą, że świeckie prawo na Wyspach Brytyjskich jest „nasycone duchem chrześcijańskim” (poważnie tak powiedział, nie wkładam mu w usta moich własnych słów). I czuje się tu „lepiej nawet niż w USA, gdzie teraz o Bogu wszyscy dużo mówią”. Choć jednocześnie rozmyślając o fundamentalistach chrześcijańskich i muzułmańskich „rozumie, że w sekularnej nowoczesności muszą czuć pewną opresję”. I on osobiście, poza XI-wieczną teologią islamską, chciałby się zajmować tym, jak takie poczucie opresji człowieka wierzącego w sekularnej nowoczesności minimalizować.
Dziwne zestawienie. „Radykalni ortodoksi” o świeckiej nowoczesności mówią, że upadła, ale przed posiłkiem w dobrej francuskiej knajpie nie modlą się, a piją – owszem – sporo i nawet wesoło. Nasz akademicki mennonita modli się, zanim weźmie sztućce do ręki, a do ust nie bierze nie tylko wina, ale nawet herbaty i kawy (to w końcu też są używki). O świeckiej nowoczesności wyraża się jednak z wielką sympatią. Oczywiście bliżej mi do niego, niekoniecznie z racji jego purytańskiego stosunku do wszystkiego co ludzkie, ale ze wszystkich innych powodów. Tym bardziej, że Jon-mennonita mieszka niemal dokładnie w miejscu, gdzie przed kilku laty stała siłownia przy tutejszym meczecie. W niej pewien młody muzułmanin przyjeżdżający tu regularnie z pobliskiego Leeds – ze strony świeckiej nowoczesności czujący bez wątpienia opresję – przygotowywał innych młodych ludzi do zamachów w londyńskim metrze. To wszystko działo się w Beeston, mieszanej rasowo dzielnicy przylegającej bezpośrednio do Uniwersytetu w Nottingham. Po zamachach lokalne władze siłownię zburzyły. Miejscowe „centrum dialogu i społecznej absorpcji” doinwestowano. Ale nieco zbyt poważny mennonita, pragnący świeckiej nowoczesności, która byłaby miejscem wiary, zwątpienia, rozmowy, wciąż wydaje mi się tutaj bardziej na miejscu, niż nieco operowy przedstawiciel „radykalnej ortodoksji”, dla którego każde poddanie w wątpliwość prawdy własnej wiary jest wkroczeniem na „równię pochyłą”, na slippery slope.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...