> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kieruj nami panie smoku Drukuj
Cezary Michalski   
14.03.2011

Każdego wchodzącego na terytorium City of London, największego obok nowojorskiego finansowego centrum światowych finansów, wita dumne motto tego miejsca: Domine Dirige Nos. Panie kieruj nami. Tylko kto jest Panem tych ludzi, chciałoby się zapytać, pamiętając, jak zachowuje się londyńskie City (ze swoją giełdą, bankami, funduszami i korporacjami) w czasach kryzysu. Odpowiedź znajdujemy nieco dalej, kiedy idąc Fleet Street, docieramy do Temple Bar, która parę wieków temu broniła City przed Westminsterem – pieniędzy przed polityką. Dzisiaj zamiast murów obronnych jest tu kamienny monument, na którego szczycie inny symbol londyńskiego City, smok. Wciąż strzeże City przed Westminsterem, coraz bardziej skutecznie. Z Westminsteru – szczególnie kiedy rządzi tam Cameron, konserwatysta współczujący City – żadne wojska do City nie wkroczą. Trudno się więc dziwić, że smok stoi wesoło i dumnie, w pozie asertywnej. Trzyma w łapach tarczę św. Jerzego, ale sam święty gdzieś się zapodział.


Dzień na Wyspach rozpoczyna się jak we śnie Leszka Balcerowicza – od „przeglądu” zasiłków socjalnych (podobno są tam ukryte miliardy funtów, choć nikt ich nie widział). Wieczorem Cameron ogłasza kolejny program cięć wydatków w sektorze publicznym. Tym razem alibi dostarcza mu szef ponadpartyjnego zespołu fachowców, który przygotował raport zachęcający do cięć. Szefem ponadpartyjnego zespołu fachowców jest sam lord John Hutton, niegdyś – a nawet dzisiaj – formalnie w Partii Pracy. Niegdyś – bo już nie dzisiaj – jeden z czołowych teoretyków i praktyków Trzeciej Drogi, w kolejnych rządach Labour pełniący funkcje ministra pracy, ministra ds. biznesu, ministra obrony, ministra odpowiedzialnego za „deregulację” sektora energetycznego… Dzisiaj pomaga zrozumieć obywatelom Zjednoczonego Królestwa, że naprawdę there is no alternative. Raport jego zespołu komentują ludzie z brytyjskiego odpowiednika naszej Konfederacji Pracodawców – wzbudza ich entuzjazm, jak rzadko który dokument firmowany przez polityka Labour. Wychwalają go zarówno w publicznej BBC, jak też na Sky TV Ruperta Murdocha (gdzie jest ta rządząca zachodnim światem lewica medialna, chyba tylko w głowach naszych neokonów z „Rzepy”). Sama Labour milczy jak zasznurowana, wciąż zamroczona ostatnią wyborczą masakrą. Związki zawodowe sektora publicznego zapowiadają strajk przeciwko projektowi lorda socjalisty Huttona, ale nikt w skuteczność tego strajku nie wierzy.


Jednocześnie z informacjami o ambitnych cięciach socjalu i sektora publicznego media informują o kolejnych rekordowych rocznych nagrodach dla szefów największych  banków od początku kryzysu solidnie dotowanych przez państwo. Bob Diamond z Barclays Bank dostał 6,5 miliona funtów rocznej nagrody, Stephen Hester z Royal Bank of Scotland przebił go, inkasując 7,7 miliona funtów. Tylko populiści mogą przeciwstawiać coś tak racjonalnego jak „wyznaczone przez rynek” premie dla dyrektorów banków finansowanych z budżetu balcerowiczowskim cięciom w sektorze publicznym.Tylko populiści, a jednak… Syf kompletny, chamówa na maksa, cynizm bijący pod niebiosa. Brak odpowiedzialności za świat, na którym żerują. Tym bardziej, że największe instytucje finansowe City, podobnie jak ich siostry z dystryktu finansowego NY wchłonęły kasę otrzymaną z budżetu, ale wolą jej używać na giełdzie niż pompować w gospodarkę, udzielać „ryzykownych kredytów”. Giełda, jak wiadomo, nie jest obciążona ryzykiem, szczególnie jeśli jest używana już wyłącznie do spekulacji i szczególnie, jeśli spekulacją zajmują się prawdziwi fachowcy. Można zarabiać na wzrostach, można zarabiać na spadkach, teraz akurat znowu trwa globalne pompowanie giełd, nawet Japonia nie zaszkodziła „cyklowi koniunkturalnemu”. Globalne instytucje finansowe i korporacje muszą gdzieś umieścić pieniądze wypompowane z państwowych budżetów. Trudno się dziwić, że największe korporacje, banki i fundusze wykazały w tym roku zyski „jak za Gierka”, czyli jak przed finansowym kryzysem. Tylko wskaźnik zatrudnienia w dalszym ciągu spada, jak od początku kryzysu. Pieniądz uwalnia się od gospodarki, społeczeństwa, państwa, a ten, kto go spróbuje przytroczyć do pługa – to socjalista, komunista, populista… I miejsce jego na cmentarzu.


W ramach uczenia się Anglii oglądam na BBC dokument o Promsach, festiwalu imperialnej dumy pochodzącym z końca starego, dobrego, brutalnego, kiplingowskiego XIX wieku. W czasie Last Night of The Proms na widowni Royal Albert Hall maklerzy z City w garniturach za kilka tysięcy funtów dumnie powiewają chorągiewkami Imperium, które przybrało nową, płynną, spienioną, finansową formę. Można powiedzieć, że z całego Imperium Brytyjskiego została jedynie Kompania Wschodnioindyjska, ale ona ma się za to świetnie. Tłustawy facet w okularach śpiewa arie Haendla sopranem kastrata, mimo że – jak zapewnia przed i po występie kompetentnego dziennikarza BBC – nie jest kastratem, bo „głosu anielskiego” można się dzisiaj nauczyć bez noża. No cóż, przy całym szacunku dla postimperialnej czkawki na Wyspach, wzmagającej się zazwyczaj w czasach  kryzysu, przybierającej zresztą zabawne formy estetyczne (bo też imperium Angole mieli realne, a nie wyłącznie Rymkiewiczowskie), wolałbym, żeby w tym roku na Promsach zaśpiewano angielskiej elicie finansowej songi Bertolda Brechta z Opery za trzy grosze do muzyki Kurta Weila („bo gorzej niż obrabować bank, jest założyć bank”, cyt. za Mackie Majcher).


Wchodząc na suwerenne terytorium City, mijamy Barbican, czyli barbakan, a zatem także Barbican Centre, gdzie Antoni Libera reżyserował Końcówkę Becketta wiernie wedle wskazówek Mistrza. Londyńskie City to wymarzone miejsce do wystawiania Becketta. Nikt skuteczniej niż Beckett nie podważył godności nostalgii za starymi dobrymi czasami. Nostalgicy w rodzaju Krappa (Ostatnia taśma) czy bohaterów małżeńsko-pozamałżeńskich Szczęśliwych dni przypominają prawicowców tęskniących za monarchią i nowym średniowieczem albo socjalistę Michaela Burawoya tęskniącego za wielkoprzemysłowym proletariatem. Wzbudzają tyleż samo pobłażliwej litości (marksiści w swoich lepszych czasach nie domagali się litości, dziś tylko ona czasem im została), co pobłażliwego rozbawienia, a ostatecznie także pobłażliwego rozdrażnienia. To se ne vrati, rozpędzająca się kapitalistyczna baza przemieliła proletariacką nadbudowę. Także z katolickich neokonów zatrudnionych w dzień po korporacjach, mediach i agencjach reklamowych, a wieczorami czytających sobie do poduszki o nowym średniowieczu lub monarchii niekonstytucyjnej „danej nam od Boga” uczyniła skrajnie odczarowanych cyników albo zwyczajnych matołów. Zatem tylko Beckett w Barbicanie, najlepiej reżyserowany przez Antoniego Liberę wiernie według wskazówek Mistrza, odpowiada duchowi tego miejsca. Jest wręcz naukowo precyzyjny.


Dlaczego słuchaczy Promsów traktować Brechtem i Weilem? Jeszcze nigdy kapitalizm nie był tak dostosowany jak dzisiaj do teologii politycznej Opery za trzy grosze w jej podkręconej żydowsko-niemieckiej wersji. Spojrzeć w oczy bestii, wytrzymać własny cynizm, choćby po to, żeby go „regulować”, żeby ocalić „północnoeuropejską socjaldemokrację” (Sutowskiego i moją). Choć była pełną hipokryzji i wciąż pogrążającą się we własnych słabościach, ale jednak próbą osiodłania bestii, szarpnięcia jej cugli (cyt. za Jan Rokita, choć konsekwentnie wbrew jego intencjom, on zresztą pewnie puszcza sobie we Florencji taśmę Krappa z samolotu Lufthansy). To nie jest rozwiązanie rewolucyjne, więc wyśmieją je wszyscy. I bezradni lewicowcy puszczający sobie taśmę Krappa z nagraniami Żiżka czy Badiou, i bezradni prawicowcy puszczający sobie taśmę Krappa z kawałkiem „generał Franco wam pokaże” (oczywiście w wersji nie odartej z patosu). No i oczywiście wygłodniali finansiści z City, którzy uwolnili się od wszelkich ograniczeń, jak ich symbol, smok z tarczą świętego Jerzego w uniesionych łapach, choć sam święty gdzieś się zapodział.
Tak jak marzę o kapitalizmie regulowanym, marzę też o cynizmie regulowanym, „reformistycznym”, który pozwalałby przetrwać ludziom, którzy utracili złudzenia, ale też nie chcą kłamać na temat natury współczesnego kapitalizmu czyli natury dzisiejszego świata, jak kłamią na jego temat zatęchłe saloniki naszych pseudostraussistów od Legutki, pseudokożewistów od Piotra Nowaka czy pseudochrześcijan od Terlikowskiego i Lisickiego. A jednocześnie nie musieliby się osuwać w otchłań cynizmu nieregulowanego. Nie musieliby się stawać nihilistami pozbawionymi nadziei.

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |14.03.2011 12:37:02
Musimy docenić korzyści naszej sytuacji
w zestawieniu z USA, z G.B.
Bo czym że
jest nasz Kulczyk i Solorz-Żak
wobec (to na razie pikuś) w porównaniu z ich
oligarchiami.
Na Tuska jest wywierane jednak mniejsze ciśnienie niż na takiego
Obamę.
Józef  - Nie jestem mistrzem … ale …   |14.03.2011 22:06:30
Nie jestem mistrzem ekonomii , ale wiem że podstawą ustroju bankowego są
pożyczkobiorcy , i to raczej ci drobni , a tych coraz mniej w stosunku do
potrzeb pożyczania . Ta wiedza jest inna w krajach starej demokracji ,niż w
krajach nowej demokracji . Im gorszy podział wartości dodanej ( za dużo dla
przedsiębiorcy a mniej dla pracowników ) to prowadzi do większego niewykupywania
produkcji . Zjawisko jest jak fala tsunami , początkowo prawie go nie widać , a
później w pewnym momencie trzeba giełdy zamykać . Zmierzam do tego że taki
polski rynek jest ciągle rynkiem do odkrycia poprzez właściwe wyregulowanie płac
,tylko kto to zrobi , jak widać znów potrzebny jest jakiś amerykański profesor .
Psia_krew  - oj   |29.03.2011 14:45:06
To se ne vrati użyte w kontekście nostalgicznej tęsknoty za tym co minęło ?
Polecam sprawdzić znaczenie tego zwrotu…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 14.03.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.95717 Seconds