|
Wyobraźcie sobie, że w 27 państwach Unii Europejskiej rządzi 27 Jarosławów Kaczyńskich – z 27 ministrami spraw zagranicznych Annami Fotygami, 27 wiceministrami spraw zagranicznych Witoldami Waszczykowskimi, 27 ministrami spraw wewnętrznych Antonimi Macierewiczami i 27 ministrami sprawiedliwości Zbigniewami Ziobro. A wspiera ich 27 Ryszardów Czarneckich, którzy wyliczają na swoich blogach kolejne upokorzenia doznane od 26 Kaczyńskich (i 26 Czarneckich) z krajów sąsiednich.
Wyobraźcie sobie, że każdy z tych krajów studiuje wyłącznie rany otrzymane z rąk pozostałych 26 narodów, które wielokrotnie w europejskiej historii „napluły nam w twarz”. Apokalipsa Nostradamusa to małe piwo przy takiej wizji – całkiem przecież realnej, gdyż Europa już kiedyś przez 27 (w przybliżeniu) Kaczyńskich rządzona była. Choćby w 1939 roku, gdy Niemcy groziły Polsce, Polska (nasz Kaczyński nazywał się wtedy Śmigły-Rydz) groziła Czechosłowacji, której usiłowały jeszcze coś wyskubać Węgry. Ot, godnościowa sielanka naszej małej Ententy.
Oczywiście zwolennicy polskiej „asertywności” nigdy takiego obrazu Europy nie biorą pod uwagę. Sądzą – nie wiedzieć czemu, ale to są tajemnice mózgu Fotygi, Kowala, Waszczykowskiego dla mnie niezgłębione – że Jarosław Kaczyński z całym swoim „powstawaniem z kolan” i „pluciem nam w twarz”, będzie tylko u nas, podczas kiedy Niemcy, Francja, Litwa… będą przed nami drżały albo przyjmowały naszą jagiellońską pomoc, troskę i litość chlebem i solą, występując przy okazji w swoich litewskich, morawskich, bretońskich i bawarskich strojach ludowych.
Jednak Europa to system naczyń połączonych – tak było w XIX wieku, tak było w wieku XX, tak jest w XXI. U nas Kaczor, to i Kaczor w Berlinie, Kaczor w Berlinie to i Kaczor w Paryżu, w Paryżu to i w Madrycie, nie mówiąc już o pomniejszych Kaczorach na Litwie, Węgrzech, w Rumunii i na Słowacji. Kaczory nigdy pomiędzy sobą nie kooperują, prędzej czy później rzucają się sobie do gardła. Oczywiście wyłącznie prewencyjnie, wyłącznie w samoobronie, wyłącznie wcześniej urażone, gdy ci z drugiej strony granicy „naplują im w twarz”.
Naprawdę nic do Jarosława Kaczyńskiego nie mam osobiście, tego z początku lat 90. jakoś ciągle szanuję, ale dziś, kiedy podporządkował się zbiorowej podświadomości polskiej prawicy (nawet Junga boję się w tym kontekście parafrazować), mógłby go już swobodnie zastąpić Roman Giertych, Marek Jurek, Jerzy Robert Nowak, Janusz Korwin-Mikke, a nawet sprytny Paweł Kowal. Praktycznie mógłby go już zastąpić każdy polityk dzisiejszej polskiej prawicy, z tą jedynie różnicą, że oznaczałoby to jej natychmiastowy polityczny upadek, bo pod Kaczyńskim (charyzma, panie, charyzma i ponadprzeciętne polityczne zdolności) polska prawica ma się wyjątkowo potężnie, szczególnie jak na swój realny wkład w polską politykę czy budowanie państwa.
Oczywiście posiadanie Tuska (przy jego wszystkich straszliwych wadach i zaniechaniach, z perspektywy komicznego i komiksowego Kapitana Europy nie będących jednak zagrożeniem dla względnej stabilności naszego geopolitycznego otoczenia) wcale nie gwarantuje, że będziemy mieli 27 Tusków w całej Unii. Tak jak posiadanie Napieralskiego, nie gwarantuje 27 Napieralskich, posiadanie Legierskiego – 27 Legierskich, posiadanie Piekarskiej czy Grzybek – 27 Piekarskich czy Grzybek. Nawet posiadanie Pawlaka nie gwarantuje, że „zielona strona mocy” zatryumfuje solidarnie w całej Europie, a nawet w Rosji, skąd tamtejszy Pawlak będzie naszemu Pawlakowi dostarczał gazu taniej niż nie-Pawlakom.
„Renacjonalizacja” Europy (cyt. za Marek Cichocki, „muzealnik” z pozamuzealniczymi kompetencjami) – ale nie taka sublimowana przez euro, gadanie o „europejskim rządzie gospodarczym” czy nieco bardziej realne działania Europejskiego Banku Centralnego (wbrew nazwie, instytucji ściśle politycznej, a nie bankowej), tylko bardziej brutalna i bezpośrednia – może wybuchnąć w każdym z krajów Unii (a także na Ukrainie i w Rosji). Nie możemy na to wiele poradzić, poza ciągłym budowaniem i uszczelnianiem w polityce międzynarodowej naszych wątłych tam i zapór z patyków. Możemy jednak zrobić wszystko, aby „renacjonalizacja” nie wybuchła w Polsce.
A teraz przejdźmy do rzeczy smutniejszych. Usłyszałem ostatnio osobiście od jednego z polskich europarlamentarzystów, że „musi doczekać końca kadencji, bo wówczas będzie mu po 63 roku życia przysługiwało prawo do minimalnej euroemerytury w wysokości 1000 euro miesięcznie”. Jak państwo już mogli zgadnąć po tonie i argumentacji, jest to europarlamentarzysta prawicowy. Emeryturę europarlamentarzysty dostanie zatem Róża Thun, która Europę buduje, i Jacek Kurski, który na temat Europy stworzył jedynie słynny klip straszący Polaków Unią przy pomocy pary kanadyjskich gejów i mapy Rzeszy Niemieckiej. Dostanie ją Józef Pinior, który angażował się w tworzenie europejskiego ustawodawstwa socjalnego i w europejskie postępowania dotyczące przestrzegania praw człowieka, a także Maciej Giertych, który w europarlamencie składał w imieniu Polski wnioski o upamiętnienie generała Franco (tak samo bym się oburzał, jakby jakiś lewicowy europoseł z Polski w imieniu naszego kraju żądał upamiętnienia majora Aleksandra Orłowa z NKWD, który jako wysłannik Stalina w republikańskim Mardycie nadzorował mordowanie anarchistów, syndykalistów i marksistów z POUM, ale żaden europoseł lewicowy tego nie robił, bo dziś to nie lewica, ale prawica rozmaitych nurtów stara się zniszczyć politykę polską, i tę wewnętrzną, i zagraniczną).
Euroemeryturę dostaną Janusz Lewandowski, Danuta Huebner, Jacek Saryusz-Wolski, Marek Siwiec… – ludzie, którzy realnie Europę budują i pracują w różnych frakcjach i nurtach brukselskiej polityki po to, żeby także ludzie mieszkający w Polsce jak najwięcej na tej Europie mogli skorzystać. Ale euroemeryturę dostaną także Ryszard Legutko, Tomasz Poręba czy Zbigniew Ziobro, którzy albo Europę niszczą, albo się Europą – nawet w kontekście polityki polskiej – w ogóle nie interesują. Oczywiście jest w tym mądrość starej biurokracji, którą biurokracja unijna przejęła od biurokracji francuskiej, niemieckiej czy belgijskiej. Emerytura dla pasożytów, dla ludzi Europę niszczących, to po prostu renta korupcyjna. Część z nich zastanowi się w przyszłości, czy Unię niszczyć, skoro ich własna emerytura stamtąd spływa albo będzie spływać. Może tylko dla Ryszarda Legutki, niestety, nie będzie to argument decydujący, bo jest jednak ideowcem, nawet jeśli z wiekiem najważniejszą wyznawaną przez niego ideą stała się mizantropia.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...