|
Patrząc na lewą stronę polskiej politycznej szachownicy, po zasłużonym wyborze Leszka Millera na szefa Sojuszu, widać tam sytuację, z której nawet najlepszy szachista nie znalazłby wyjścia. Lewicowy (centrolewicowy, liberalno-lewicowy, socjaldemokratyczny, postępowy choć trochę…) elektorat podzielony jest na trzy spore grupy. Jedną wiąże Miller, drugą Palikot, trzecia w ślad za celebrytami lewicy i porządnymi centrolewicowcami wytransferowanymi przez Tuska powędrowała w stronę Platformy. Poza tymi trzema grupami są jeszcze anonimowi lewicowi mściciele polskiego Internetu, będący klonami anonimowych prawicowych mścicieli – bronili Husajna, potem Kaddafiego, żadnego nie obronili, teraz bronią Asada, ale tu w ich skuteczność także nie wierzę, więc tym bardziej nie wierzę w ich wpływ na realną polską politykę.
W ten jednak sposób 20 – 30 (chyba widzicie, że jestem optymistą?) procentowy elektorat, który głosując na jedną partię, mógłby przesunąć Polskę z prawicowego zdziczenia ku centrum, teraz buksując w pustce, nie ma wpływu na nic. Jest bez porównania słabszy od Partii Rynku i od Partii Boga (szczęśliwie także nieco podzielonych).
Miller jest ciekawym politykiem, ale postanowił trwać do emerytury na czele schyłkowego dość elektoratu. Przypomina w tym Kaczyńskiego, nawet jeśli politykiem państwowym jest ciekawszym i bardziej odpowiedzialnym (Miller był zwolennikiem integracji z UE kiedy rządził, więc i w opozycji nie nazywa UE „IV Rzeszą”, bo nie chce się zbłaźnić, Kaczyński jako premier „oddawał suwerenność” za Traktat Lizboński, a teraz robi z siebie powstańca i partyzanta tylko dlatego, że Polską nie rządzi, a „lud pisowski” zaczyna mu się rozchodzić po domach).
Palikot ma ciekawy i rozwojowy elektorat, nawet jeśli wewnętrznie zróżnicowany, bo trochę w nim z „Samoobrony”, a trochę z pokolenia dzieci buntujących się przeciwko rodzicom. Ale ponieważ sam z takiego pokolenia pochodzę (13 grudnia 1981 roku naprawdę nie kręcili nas ani czerwoni, ani jeszcze czarni), wiem, jak szybko takie dzieciaki bez własnych instytucji i własnego języka dostosowują się do głosu swoich tatusiów, który na początku próbowały odrzucić lub choćby krytycznie przemyśleć.
Palikot za losy tego pokolenia ponosi dziś polityczną odpowiedzialność, ale sam jest nieprzewidywalny, jego poglądy są zagadką nawet dla niego samego. Jego skarbem jest rozbójnicza i chuligańska wola mocy, co jak na Polskę jest bardzo dużo, ale jak na osłonę całego pokolenia, żeby nie wpadło w łapy ojców i dziadów, może nie wystarczyć. Z punktu widzenia zmiany społecznej i kulturowej w Polsce Miller jest mniej rozwojowy i temu nowemu pokoleniu mniej gwarantuje, bo sam woli wspominać, co zresztą jest zrozumiałe, bo ma co wspominać, życie miał bogate.
Miller może się wzmocnić na współpracy z Tuskiem. Z pierwszego śniadania z premierem, kiedy jeszcze nawet nie był szefem partii, a dopiero klubu, przyniósł Sojuszowi stanowisko wiceprezydenta Warszawy (mimo że od wyborów samorządowych SLD nie było już potrzebne Platformie do rządzenia miastem, więc i ze stanowisk w magistracie działacze tej partii zostali „zczyszczeni”). Jako niekwestionowany przywódca partii niedużej, lecz zdyscyplinowanej, Miller będzie mógł z drugiego śniadania, obiadu i kolacji z Tuskiem przynieść nieporównanie więcej stanowisk, pozycji, a nawet wynegocjowanych z premierem kierunkowych decyzji. To nie jest przepis na odbudowę elektoratu, ale na utrzymanie aparatu na pewno, co w trudnych czasach kryzysu, kiedy wszystko sypie się wszystkim (zwykłym ludziom domowe budżety, biznesmenom biznesy, a liderom partie), byłoby dla przywódcy małego ugrupowania ogromnym sukcesem. A Leszek Miller jest politykiem skutecznym i wszystkie te osiągnięcia są w jego zasięgu. Tym bardziej, że w polityce zagranicznej – ważnej dla Tuska, bo łatwiej ją symulować, niż zarządzanie służbą zdrowia, emeryturami, sądami, kolejami czy szkołą – Miller będzie lojalnym premiera partnerem. Z kolei w kwestiach obyczajowych też nie będzie na Platformę za bardzo naciskał, bo jest konserwatywny (ja się nie oburzam ani nie zachwycam, tylko mówię, jak jest).
Palikot zostanie zablokowany przez Tuska i Millera, a prawica w parlamencie i w mediach będzie go obszczekiwała zawzięcie (jego, Nowicką, Biedronia…), bo tyle jej pozostało i tyle jej wolno robić.
Wyborcy centrolewu głosujący na PO być może z czasem przestaną na Platformę głosować, bo ani Niesiołowski, ani Gowin, ani nawet Borowski nie dają im do tego powodów. Chyba że przed kolejnymi wyborami znów pokaże się im Jarosława Kaczyńskiego, Witolda „nie zabijajcie nas” Waszczykowskiego, Antoniego Macierewicza od bomby termobarycznej (gdybyż tylko mieli jeszcze wtedy powyżej 20 proc. poparcia).
Kwaśniewski rzadziej ostatnio mówi o zjednoczeniu lewicy, jakby trochę przestał wierzyć, że ktoś go posłucha. Cimoszewicz bardziej brzydzi się Palikotem niż Millerem, ale to jeszcze nie starczy na program lewicy. Trochę dziennikarzy centrolewicowych rozsianych po medialnym mainstreamie nie stanowi przeciwwagi dla wyznawców Boga i Rynku, a także dla prawicowych Wallenrodów wypełniających te same mainstreamowe media w oczekiwaniu, aż im właściciele pozwolą od czasu do czasu wyżyć się na „lewakach” i „eurokołchozie”. A właściciele od czasu do czasu pozwalają, więc oni się wyżywają.
Pogrążony w jesiennej depresze widzę zatem przed nami tysiącletnią (lub co najmniej czteroletnią) Rzeczpospolitą Platformy, którą mógłby obalić tylko wieelki wypadek komunikacyjny, wieelka katastrofa naturalna, globalna katastrofa ekonomiczna lub „wojna narodów”. Nawet jednak nudząc się martwą perspektywą polskiej polityki, o żadne z tych „wyjść” modlić się nie potrafię (tak jak modlą się o nie Kaczyński, Dorn, Ziobro i Kurski), bo są w historii tego kraju rzeczy gorsze od nudy.
Przed lewicą bezpartyjną kolejna zima pracy organicznej, którą dość bezpiecznie można prowadzić pod Tuskiem, bo jak nikt go nie rozdrażni, to mu nie odbije. A ani partyjna lewica, ani partyjna prawica rozdrażnić go nie jest dziś w stanie. No i jeszcze jedno, jak następnym razem na Krakowskim Przedmieściu znów z jakiegoś powodu pojawi się kilka tysięcy młodych ludzi, żeby buntować się przeciwko ujutnemu krajowi swoich ojców i dziadów – choćby z mistrzami Yoda na głowach, a w głowach z grochem z kapustą – to każdy lewicowiec w tym kraju powinien bez wybrzydzania wyjść do nich z bibułą, z Żiżkiem, Brzozowskim, Kuroniem, z prozą feministyczną, z odczytami, z nową sztuką krytyczną, żeby ich politycznie uświadomić i zorganizować. Jednak tej depresyjnej jesieni i zimy warszawskie ulice będą puste. 12 grudnia wyjdą na nie co prawda ONR-owcy i Jurek, żeby obalać Kaczyńskiego, a 13 grudnia wyjdzie Kaczyński, żeby bronić przed Ziobrą „pisowskiego ludu”. Ale do tych manifestantów z książkami nikomu wychodzić nie radzę.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...