|
Jedną z przyczyn głębokiej (może nazbyt głębokiej) goryczy, z jaką w tych felietonach piszę o naszych posmoleńskich patriotach, „prorynkowych neosarmatach”, jest to, że w ich zachowaniu NIE WIDZĘ ŻADNEJ BEZINTERESOWNOŚCI. Ostatecznie dobiła mnie jednak prowadzona ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej”, z uporem godnym lepszej sprawy, zupełnie groteskowa dyskusja na temat „salonu”. Jezus Maria, pułkowniku Wołodyjowski, chorąży Ziemkiewicz, hetmanie Wildstein…! Polska ginie, Tusk wdrapuje się na Kamienieckie mury, wrak Tupolewa kroją ruscy pohańcy piłkami do metalu zamiast go na gigantycznej lektyce z miejsca na miejsce przenosić, naszą narodową relikwię na oczach świata w ten sposób bezczeszcząc, a Panom w głowie rozważania, czemu „salon” zły, dlaczego Panów z „salonu” wygnano i jak tu „antysalon” zbudować, w którym by najprzedniejszym rycerzom Rzplitej hołd właściwy wreszcie oddano? Po pierwsze, głodu salonowości u Ziemkiewicza i Wildsteina całkiem nie rozumiem, gdyż ci dwaj już od dawna zupełnie zasłużenie swój salon mają, na którym zasłużonym kultem się cieszą, choć niestety płacą za ten kult kompletnym oportunizmem wobec gustów swego salonu, ale tak to już na każdym salonie bywa. Po drugie jednak, i znacznie ważniejsze, choć uczestnikom dyskusji o „salonach” i „antysalonach” z warg nie schodzi święte imię Ojczyzny, w istocie raczej ich rozdęte w nieboskłon Ego się w tych dyskusjach przebija, Ego samczo-alfie, które u obu dyskutantów miałem okazję kiedyś oglądać nawet z bardzo bliska (”W Babilonie zdrada, każą nosić jaja i wąsy/ a jaja nie dość, że niewygodne, w dodatku deformują spodnie… jaja podnoszą emocje i wywołują wojny… jaja to zdwojone Ja…”), cyt. za Tymonem Tymańskim, bez wątpienia największym - może obok Maleńczuka - poetyckim geniuszem mego pokolenia, a w kategorii „poezji obywatelskiej” większym także od Rymkiewicza i Wencla, wystarczy przypomnieć jego dramatycznie interwencyjną piosenkę skierowaną przeciwko zespołowi Kombi, kiedy ten przejął władzę w polskim popie („Królowie gówna”).
Ziemkiewicz pieklący się na Platformę za to, że odbierze mu jego ostatnie pasma i odda je „salonowi” (może być spokojny, ona ich nikomu nie odda), Paweł Lisicki śmiertelnie przerażony, że go jednak z tej „Rzepy” wykopią po ostateczniej klęsce Jarosława Kaczyńskiego, za którego panowania na rzepowym tronie Lisickiego przecież osadzono (choć istotnie, przyznaję się bez bicia i bez nadmiaru resentymentu, że skorzystał ze swej szansy lepiej niż niejeden z nas). Piotr Skwieciński, którego miałem za najpoważniejszego z tego całego tałatajstwa, pieprzący o „eksterminacji konserwatywnych dziennikarzy” („pieprzący” i „tałatajstwo” to znów nie wulgaryzmy, jak mogliby sądzić czytelnicy naiwni, bez filologicznego przygotowania, ale podejmowana przeze mnie od dłuższego czasu próba „podkręcenia” polskiego felietonu toksycznym stylem Celine’a albo chociażby Charlesa Bukowskiego). Przecież - „drogi Piotrze” - (to już bardziej patetyczny styl innego mistrza publicystyki, którego akurat staram się zbyt często w moich tekstach nie naśladować), zatem „drogi Piotrze”, czy może „drogi Waszku”, każdy z nas miał w swojej biografii dziesiątki takich „eksterminacji” polegających na przejściowym (czasem nawet dłuższym) zarabianiu nieco mniejszych (czasem sporo mniejszych) pieniędzy i publikowaniu na nieco mniej (czasem znacznie mniej) poczytnych łamach niż łamy jednego z dwóch czy trzech największych polskich dzienników. Jednak wszystkie te „eksterminacje” nie zabiły nas, ale wzmocniły (parafraza aforyzmu pewnego neosarmaty przychodzącego z Niemiec). Czy zatem wypada tak histeryzować tuż przed pięćdziesiątką, odzierając się samemu z resztek nagromadzonej jednak przez dwie poprzednie dekady godności? Czy po klęsce w boju, dość przecież malowniczym, nie należałoby z większą godnością kłaść się do płytkiego grobu („Płytki grób” to oczywiście cyt. za Danny’m Boylem, reżyserem dawnego świetnego filmu pod takim właśnie tytułem).
Joanna Lichocka, po odebraniu jej pasm w mediach publicznych (już przez ludzi SLD i PO) i wierszówki w „Rzepie” (jeszcze przez Lisickiego) robiąca kolejny w historii polskiego dokumentu „poruszający” film o KATASTROFIE („Mgła”, ale czy sztuczna?), w którym kontrapunktem dla wypowiedzi byłego ministra prezydenckiego Sasina są wypowiedzi byłego ministra prezydenckiego Dudy, po czym składająca swój film u stóp Jarosława (bo wcale nie Lecha) Kaczyńskiego, faceta, który solennie obiecywał, że będzie poważnym i odpowiedzialnym polskim politykiem, a ostatecznie okazał się zaledwie typowym pomniejszym polskim „potworem” (cyt. za S.I.Witkiewicz, szczególnie fragment didaskaliów do „Janulki córki Fizdejki”, gdzie „potwory” okazują się zaledwie „bubkami wyłażącymi z kartonów”, które służyły im za niewygodne przebranie, jakaż to arcypolska prawda o braciach Kaczyńskich i wielu innych „tanio demonicznych” polskich politykach czy metapolitykach).
Także ja muszę się odrzeć z wszelkiej bezinteresowności, żeby się nad moimi dawnymi przyjaciółmi i nieprzyjaciółmi zbytnio nie wywyższać. Przychodzi mi to bez trudu - choć inspirację, przyznaję, czerpię z „Nocnika” Żuławskiego, w którym to literackim naczyniu starał się on - bez większego skutku i zrozumienia ze strony większości recenzentów krajowych - propagować w polskiej literaturze znaną z literatury francuskiej, rosyjskiej i anglosaskiej figurę „złego Ja”.
Zatem ja - jako „złe Ja” (”Ja” podwojone, powracając znów do Tymańskiego) - w życiu sam parokrotnie (nie częściej) rezygnowałem z mojej podstawowej, głęboko uwewnętrznionej misji obrońcy rządu (nieomalże wszelkiego rządu: Buzka/Krzaklewskiego/Balcerowicza, Millera, Kaczyńskiego, Tuska…) przed siłami „społeczeństwa obywatelskiego” i udawałem dla pieniędzy dziennikarza, zawód, który będąc bliżej polityki (w czasach rządu AWS/UW, w telewizji publicznej, w mediach katolickich…) zawsze starałem się zwalczać i unieszkodliwiać, nie szanując go zbytnio. Nawet kiedy uprawiałem w tamtych czasach zawód dziennikarski, robiłem to jako piąta kolumna, w istocie blokując, dezorganizując ataki dziennikarzy na władzę jakiegoś premiera, bliskiego mi autorytetu, bliskiej mi instytucji…
Na portalu KP, gdzie Sławomir Sierakowski zaprosił mnie dokładnie przed rokiem, ofiarowując mi dar najcenniejszy, absolutną wolność (to coś takiego, jak próżnia doskonała, człowiek od tego wybucha, a potem zamarza), wreszcie niczego nie muszę. Nie muszę już nawet udawać dziennikarza. Mogę na przykład być po stronie Tuska, przeciwko dziennikarzom i OFE (przeciwko OFE nawet nie dlatego, że są prywatne, ale że w swoim „agresywnym inwestowaniu pieniędzy polskich emerytów”, polegającym zazwyczaj na zakupie obligacji dłużnych skarbu państwa, pobierały z emeryckich składek całkiem spory haracz za owo „twórcze ryzyko” godne Warrena Buffetta, bo na peryferiach, wśród ruin tutejszych nieudanych państw narodowych, miejscowym oligarchom i międzynarodowym instytucjom finansowym na gościnnych występach wolno robić to, czego w centrum, przy nieco silniejszym rządzie, nie wolno).
Oczywiście konsekwentny do końca nie jestem, gdyż np. Assange’owi wikiliksa zazdroszczę, ale to jest dziennikarstwo globalne, będące zapowiedzią globalnej opinii publicznej, globalnej polityki i globalnego rządu, podczas gdy dziennikarstwo narodowe (”upadłe” czy tylko „nieudane”?), rozwalające na zlecenie (przyjmowane świadomie lub podprogowo) narodowych oligarchów i międzynarodowych korporacji czy banków resztki „upadłych” narodowych rządów i „nieudanych” narodowych państw, jest co najwyżej elementem globalnego chaosu.
P.S. Gwoli sprawiedliwości muszę zauważyć, że spośród dziennikarzy nieomalże mainstreamowych, z oportunistycznego dziennikarskiego frontu obrony bezradnych i przerażonych OFE przed krwiożerczym Tuskiem-Stalinem i jego Berią-Rostowskim wyłamał się Jacek Żakowski. I to przecież nie dlatego, że jest zakochany w Tusku. Spośród innych starszych „komentatorów” także Ryszard Bugaj ma pewne wątpliwości, bo choć Tuska nie kocha, to swoje własne poglądy szanuje. Natomiast w obozie obrońców OFE (bezradnych i przerażonych) przed Tuskiem (krwiożerczym) znalazła się nieoczekiwanie Jadwiga Staniszkis, zaprzeczając samej sobie tak, że już bardziej nie można, tylko dlatego, że „bardziej nie lubi Tuska”, co stanowi jednak upadek tego wielkiego czasami w przeszłości i być może także kiedyś w przyszłości umysłu. Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
I to jest tendencja trwała, w zacho...
Um, ale Wy wiecie, że to nie są nauko...