|
Ludzi uczestniczących w polityce trawi głód powagi. Ostatnio setki razy czytałem, słuchałem, słuchałem, czytałem, że „polityka posmoleńska to…, albo polityka posmoleńska tamto…, ale z jednym wypada się zgodzić: polityka posmoleńska jest przynajmniej POWAŻNA. I przynajmniej POWAŻNY jest uprawiający ją Jarosław Kaczyński”. Otóż są w polityce dwa typy powagi. Jeden z nich, bardziej mi bliski, cechuje „północnoeuropejskie socjaldemokracje”. Ci, co mnie czasem czytają, wiedzą, że jako człowiek monstrualnie wprost inkluzywny i tolerancyjny, do tego bliskiego memu sercu pojęcia z copyrightem Michała Sutowskiego, obok Jaurèsa, Clemenceau, Brandta, Palmego i dziesiątków innych socjaldemokratów słownikowych, gotów jestem włączyć także ludzi tak dziwnych, jak Disraeli, Bismarck, Roosevelt czy Johnson (bo to on, a nie pajac JFK, przesądził o zwycięstwie ruchu praw obywatelskich na amerykańskich Południu, nawet jeśli jednocześnie, próbując całkiem szczerze zbudować demokrację w Wietnamie, zrównał z ziemią ładny kawałek tego kraju). Drugi rodzaj politycznej powagi cechuje np. dzisiejszą Libię.
Pierwszy rodzaj powagi polega na tym, że śmiertelnie poważnie traktuje się państwo, prawo powszechne, sprawiedliwość społeczną, prawa jednostek, prawa grup społecznych, szczególnie tych jednostek i grup, które są za słabe, aby samemu swoich praw dochodzić. W „północnoeuropejskich socjaldemokracjach” poważnie traktuje się także przedszkola i żłobki, uchwalanie i płacenie podatków, a nawet wyszydzane przez tutejszych mistyków „autostrady i ciepłą wodę z kranu”, gdyż w „północnoeuropejskiej socjaldemokracji” oznaczają one zawsze trochę mniej ludzkiego cierpienia, i to zazwyczaj cierpienia słabszych, bo silniejsi ze swoim cierpieniem i tak lepiej sobie radzą. Powaga polityczna tego typu jest powagą trudną do uzyskania, ponieważ politycy i obywatele w życiu politycznym uczestniczący – na przykład w akcie wyborczym – aby na taką powagę zasłużyć, zmuszeni są do ciężkiej pracy, do wytrwałości, do względnej przynajmniej stałości emocjonalnej, do pewnej powściągliwości w wyrażaniu swych pasji, do częściowej choćby rezygnacji z „prywaty”. Drugi rodzaj powagi uzyskać jest nieporówanie łatwiej. W dzisiejszej Libii na przykład polityczną powagę uzyskuje się przy użyciu portretu Kaddafiego i kamer zachodnich telewizji. Kiedy obu stronom konfliktu przed kamerami zachodnich telewizji pokazać portret Kaddafiego, to jedni plują na ten portret i tłuką go butami – co jest w świecie muzułmańskim największą obrazą, mniej więcej taką, jak porównanie kogoś do psa – inni z kolei portret Kaddafiego całują.
Powaga „polityki posmoleńskiej” jest powagą typu libijskiego. I jeśli ten typ powagi ostatecznie w polskiej polityce wygra, to jej poważnych uczestników będzie się poznawało po tym, że będą portret Jarosława Kaczyńskiego albo całować, albo rzucać w niego butami. Sam Jarosław Kaczyński tak właśnie powagę w polityce rozumie, taką powagę lubi, taką powagą się żywi. Najbardziej nawet krytyczni wobec niego publicyści „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze” – począwszy od Bronisława Wildsteina po Piotra Zarembę, od Ziemkiewicza po Karnowskiego, a spośród najbardziej krytycznych intelektualistów, od Legutki, poprzez Andrzeja Nowaka, skończywszy na Krasnodębskim – powtarzają, że Jarosław Kaczyński przy użyciu Smoleńska broni powagi polskiej prezydentury, polskiego państwa, polskiego narodu, polskich wartości… przed szydercami, których imię jest Legion, a nazwisko Palikot.
Otóż to wszystko nieprawda. Jarosław Kaczyński polskiego prezydenta jako osobę i funkcję szanował i traktował poważnie wyłącznie wówczas, kiedy polskim prezydentem był jego brat. Szanowałby zapewne prezydenturę i wymuszał szacunek dla niej także wówczas, gdyby sam został prezydentem. Ale na tym jego szacunek dla prezydentury się kończy. Na tym kończy się jego poważne prezydentury traktowanie.
Nie szanował żadnego innego prezydenta Polski po roku 1989. Nie mówię już o Jaruzelskim wybranym przez Zgromadzenie Narodowe, ale choćby o tych, którzy zostali wybrani w głosowaniu powszechnym. Nie szanował ani Wałęsy, ani Kwaśniewskiego, ani Komorowskiego, do braku szacunku wobec nich nawoływał, prowokował, ośmielał. Wałęsę próbował początkowo wykorzystać jako trampolinę do władzy własnej i brata, wiedząc o szczegółach jego biografii, o podpisanych przez niego zeznaniach. Kiedy jednak Wałęsa zdobycia władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu nie umożliwił, ale mu w tym przeszkodził, Jarosław Kaczyński użył biografii Wałęsy, jakby się o niej dopiero co dowiedział. Chodził pod Belweder z hasłem „Bolek do Moskwy”. Nie polemizował z Wałęsą, ale świadomie uruchomił cały „przemysł pogardy” (cyt. za Piotr Zaremba i Zdzisław Krasnodębski, tyle że ja widzę przemysł pogardy zarówno u przeciwników Kaczyńskiego jak i u Kaczyńskiego, podczas gdy twórcy tego pojęcia zachowują się jak kapitani pirackich statków z czarną klapką na jednym oku). Kwaśniewski był dla Kaczyńskiego człowiekiem niepoważnym i „postkomunistą”. Komorowski jest dla niego „panem wybranym przez nieporozumienie”, któremu nie podaje się ręki i w żaden sposób współpracować z nim nie należy. Za to produktami „przemysłu pogardy” traktować go można w najlepsze. Także polskie państwo i jego instytucje Jarosław Kaczyński traktuje poważnie i szanuje tylko wówczas, kiedy sam tym państwem rządzi i sam tych instytucji używa. A ponieważ przez ostatnie dwadzieścia lat zdarzało mu się to nadzwyczaj rzadko, wobec tego przez większość tego czasu nie okazywał żadnego szacunku dla polskiego państwa i jego instytucji. Przeciwnie, z pogardy dla III RP uczynił swój polityczny znak firmowy.
W swoim smoleńskim przemówieniu na Krakowskim Przedmieściu Jarosław Kaczyński użył słowa „ewangelia”. Może więc przynajmniej Boga traktuje poważnie? Może jest przynajmniej politykiem katolickim lub choćby chrześcijańskim? Otóż także nie. Kiedy Marek Jurek próbował do konstytucji wprowadzić zapis o ochronie życia poczętego, dość zresztą ostrożny, Kaczyński wypchnął go z partii, wielokrotnie wypowiadając się o nim w sposób obraźliwy, nie tylko próbując go politycznie zmarginalizować, ale także odrzeć z wszelkiej politycznej powagi. Kiedy jednak Jarosław Kaczyński stracił władzę jesienią 2007 roku, parę miesięcy później dumnie ogłosił PiS-owski projekt konstytucji ociekający wprost imieniem „Boga Wszechmogącego”. A ochrona życia poczętego była w tym dokumencie zapisana tak twardo, jak nigdy nie ośmieliłby się tego zrobić Marek Jurek. Marek Jurek swoją nowelizację konstytucji traktował bowiem poważnie, naprawdę usiłował przeprowadzić ją przez parlament, podczas gdy Jarosław Kaczyński swego „projektu konstytucji” uchwalać nie ma zamiaru, chce tylko z jego pomocą mobilizować ludzi, dla których imię „Bóg” coś znaczy, nawet jeśli znaczy także „zakaz aborcji”.
Jak z tego wynika, Kaczyński nie traktuje poważnie ani Boga, ani prezydentury, ani polskiego państwa. Dokładnie taki sam jest jego stosunek do solidarności społecznej, historii Polski, antykomunizmu, Unii Europejskiej czy Rosji. Wszystkich tych imion, pojęć, tematów, obszarów używa jako narzędzi do walki o władzę, ale żadnego z nich nie traktuje poważnie i właśnie dlatego nie jest politykiem w najmniejszym nawet stopniu poważnym, nawet jeśli jest politykiem wyjątkowo groźnym.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...