|
Kiedy powoli zbliża się do kresu przygoda Jarosława Kaczyńskiego z władzą (gdyż całą wydarł mu już jego odwieczny wróg Donald Tusk), kiedy zamykają się ostatnie medialne okna PiS-u na świat (po telewizyjnych Wiadomościach przyszła pora na radiową Trójkę), a do własnych karier ponownie lub po raz pierwszy startują Zbigniew Ziobro, Joanna Kluzik-Rostkowska, Marek Jurek… liczne prawice bardziej katolickie i bardziej społeczne, bardziej zamordystyczne, bardziej liberalne… warto w te dni listopadowe uciec od polityki w stronę sztuki, oddać się rozkoszom kontemplowania formy czystej, innymi słowy - warto znów zajrzeć do Witkacego. Przy dzisiejszym (nie zawsze był taki) Jarosławie Kaczyńskim, przy Macierewiczu, Fotydze, Ziobrze czy Kurskim (oni chyba nie mogli być inni) Kocmołuchowicz, Gyubal Wahazar, Hyrkan i inni „nieeuklidesowi” dyktatorzy Witkacego to jednak nieporównanie poważniejsze postacie. Nie bądźmy zresztą gołosłowni, zacytujmy mistrza: „Wahazar (ryczy): Szósty wymiar. Nieeuklidesowe państwo!!!!! Cha! cha! cha! cha! cha! cha! (Dusi się w ataku piekielnego śmiechu, tocząc pianę.)” (cyt. za Stanisław Ignacy Witkiewicz, Gyubal Wahazar, czyli na przełęczach bezsensu. Nieeuklidesowy dramat w czterech aktach, 1921). Witkacowscy dyktatorzy są „nieeuklidesowi”, gdyż wierzą w możliwość „ugięcia” na rządzonych przez siebie peryferiach euklidesowej geometrii i newtonowskiej fizyki kapitalistycznej globalizacji, uważanej przez niektórych niesłusznie za przezroczyście uniwersalną. Kiedy Witkacy przeczytał Ogólną Teorię Względności Einsteina, a zrobił to stosunkowo szybko i ze zrozumieniem, pojął natychmiast, że władza na peryferiach jest odpowiednikiem masy w Ogólnej Teorii Względności. Jeśli jakieś peryferia potrafią wygenerować władzę wystarczająco silną i gęstą (bismarckowską lub chociażby hyrkaniczną), wówczas jest ona w stanie ugiąć z pozoru uniwersalną, euklidesowo-newtonowską przestrzeń globalizacji. Witkacy wiedział, że Ogólna Teoria Względności jest ciosem (oby nie śmiertelnym, niech pozostanie jedynie „frankfurcką” korektą, przyp. CM, cyt. za AB-R) zadanym oświeceniowemu projektowi, którego cechą konstytutywną była jego uniwersalność i który już Wolter porównywał do fizyki newtonowskiej, uważanej w jego czasach za obowiązującą uniwersalnie, nie tylko w Paryżu, Waszyngtonie, Chinach, Persji czy Polsce, ale w całym kosmosie. Wedle euklidesowo-newtonowskiej metafory globalizacji i uniwersalnego oświeceniowego projektu, jedynym możliwym stosunkiem peryferiów do nich było poddanie się i twórcza (w najlepszym razie) imitacja. Jak już sobie niedawno tu powiedzieliśmy, Niemcy, Japonia, Rosja były w stanie wygenerować władzę wystarczająco silną, aby ugiąć ową z pozoru uniwersalną euklidesową geometrię i newtonowską fizykę globalizacji. Z drugiej jednak strony konkretne historyczne doświadczenia z generowaniem na peryferiach silnej autorytarnej władzy pokazały, że nie jest pewne, czy taką grę z globalizacją podejmować w ogóle warto, jeśli jako kryterium nadrzędne przyjąć życie i szczęście jednostki. Życie i szczęście jednostki często mieściło się bowiem w kosztach generowania silnej autorytarnej władzy. Znowu po purytańsku i nieekstatycznie przypomnę - sam mam dosyć tego mojego purytanizmu, samego mnie to nudzi, wolałbym o wszystkim zapomnieć – rozkułaczanie, Kanał Białomorski, autostradowe sukcesy Alberta Speera i jego szefa… Ale najlepiej znów odwołajmy się do Witkacego: „Wahazar (ryczy): Babo, nie wyprowadzaj mnie z cierpliwości. Nie ty, to twoja wnuczka będzie szczęśliwa!”. A jednak próby takie były i będą ponawiane, bo samce alfa z Niemiec, Japonii czy Rosji nie widziały i nie będą nigdy widziały powodu ulegania samcom alfa z nowojorskiej czy londyńskiej giełdy, tylko dlatego, że w momencie globalizacyjnego clashu należały akurat do narodów słabszych, peryferyjnych, zapóźnionych.
Warto się jednak zastanowić, czy także Polska jest w stanie wygenerować władzę wystarczająco silną, o wystarczająco dużej gęstości - aby jakiś Wahazar czy Kocmołuchowicz, który dorwałby się do władzy w Warszawie, sam mógł coś „ugiąć”. Nie mówię o naszych pajacach, którzy jeżdżą po prośbie do pajaców z amerykańskiej Tea Party (zasłaniając się co najwyżej tym, że wcześniej Geremek i Michnik też szukali w Brukseli i Nowym Jorku sojuszników w ich prowadzonej nad Wisłą heroicznej walce z bliźniaczym prawie-Putinem). Mówię o takiej władzy, o jakiej marzyli Jarosław Kaczyński z Ludwikiem Dornem w okresie swojej stosunkowo największej powagi, mówię o takiej władzy, o jakiej nieporównanie ostrożniej myślał Leszek Miller, kiedy w pierwszych miesiącach swego premierowania testował ideę polityki gospodarczej państwa (próba zaciągnięcia miejscowych banków do finansowania stoczni, próba tworzenia „narodowej instytucji finansowej” - wszystkie nieudane) i oczywiście był od razu przez siły globalizacji w Polsce powściągany, „szarpnięto mu cugle”. Mówię też o nieporównanie bardziej od Fotygi czy Macierewicza poważnym Jarosławie Marku Rymkiewiczu, który nie wierząc w możliwość wygenerowania na polskich peryferiach silnej władzy, postanowił wygenerować przynajmniej silną kulturę (stary trop polskich romantyków) i zaczął pisać swoje potworne, „hyrkaniczne”, niemniej poważniejsze od jęków Waszczykowskiego książki w rodzaju „Wieszania”, „Kinderszenen” czy „Samuela Zborowskiego”.
Otóż ja w możliwość wygenerowania w Polsce, przez Polaków, władzy tak silnej i gęstej, aby potrafiła ugiąć euklidesową geometrię i newtonowską fizykę kapitalistycznej globalizacji - nie wierzę. Nie jest to zresztą kwestia wiary, ale wiedzy empirycznej, naoczności, nagromadzonego przez trzydzieści lat świadomego życia świadectwa… Posługując się porównaniem, które dla wszystkich zapewne będzie zrozumiałe, trzeba by czterech Leszków Millerów; sześciu Jarosławów Kaczyńskich; czterech, pięciu, sześciu albo siedmiu (nie chciałbym obrazić premiera) Donaldów Tusków, ośmiu Adamów Michników, 11 Jerzych Urbanów (nie mówiąc już o 74 Antonich Macierewiczach I 326 Bronisławach Komorowskich), a w dodatku trzech Stefanów Wyszyńskich I ośmiu Karolów Wojtyłów… i to jeszcze potrafiących ze sobą kooperować w granicach państwowego konsensusu i mających za plecami naród o niemieckiej pracowitości i japońskiej dyscyplinie - żeby wygenerować instytucjonalną i proceduralną władzę o sile i gęstości pozwalającej dokonać zauważalnego ugięcia przestrzeni pomiędzy Odrą i Bugiem. Tymczasem mamy tylko po jednym przedstawicielu każdej z tych kategorii, a w dodatku wszyscy ze sobą pokłóceni i nie zawsze przestrzegający podstawowego nawet konsensusu w stosunku do państwa. A za ich plecami stoi i sapie mocno wycieńczone społeczeństwo, które bardziej niż „silnej polityczności”, bardziej niż „hyrkanicznego” lub „wahazarowego” uginania czegokolwiek, a już szczególnie geometrii euklidesowej czy newtonowskiej fizyki globalizacji, pragnie zapewnienia mu przez władzę pokoju i warunków do odbudowy nadszarpniętego przez tak liczne wieki bogactwa.
Ostatnio Leszek Jażdżewski, redaktor liberalnego pisma „Liberte!” (po co ten imitacyjny wykrzyknik, skoro liberałom w tym kraju brakuje dzisiaj siły nawet na szept?), zadał mi bardzo ciekawe pytanie: czy jednak nie obawiam się trochę Tuska jako polskiego Bismarcka, czy się nie boję władzy, jaką nasz były liberał powoli gromadzi, czy ta władza w społeczeństwie tak słabym i rozbitym jak polskie, wbrew nawet intencjom władcy, nie może zacząć tego społeczeństwa przygniatać i paraliżować? Po chwili zastanowienia trwającej ładnych parę dni, odpowiadam: Tusk nie jest Bismarckiem (choć oczywiście mogę się mylić, bo nigdy nie wiadomo, co w człowieku drzemie). Istotnie, gromadzi władzę najbardziej jak dotychczas w Polsce po roku 1989 skutecznie (może nawet to i owo swoją władzą przygnieść, na przykład od jakiegoś czasu skutecznie przygniata nią PiS), ale używa jej przede wszystkim do utrzymania pokoju społecznego w okresie przyswajania przez kapitalistyczną globalizację resztek naszego peryferyjnego państwa i społeczeństwa narodowego. Trzyma nas za mordę (przyznajmy, łagodnie i z piarowym wyczuciem), ale po to, by wprowadzić Polskę do strefy Euro, a nie po to, żeby wyprowadzić ją z Unii. Robi to, aby jeszcze bardziej otwierać lokalny rynek na rynek globalny, a nie go zamykać. Intensywnie globalizuje nas przez prywatyzację. Nawet porzuconego przez Irlandczyków banku BZ WBK nie zdecydował się zrenacjonalizować i dostali go ostatecznie globalni Hiszpanie. To wszystko sprawia, że o bismarckizmie Tuska trudno mówić - zarówno na dobre, jak też na złe.
Polska jest bliskimi peryferiami Zachodu. Tak bliskimi, że większość Sarmatów katolickich („My nie peryferiami jesteśmy, ale przedmurzem!”) czy Sarmatów śródziemnomorskich (cyt. za „Zeszyty Literackie”) nawet nie wie, że jesteśmy peryferiami. „Mamy przecież papieża, Gombrowicza, Miłosza, Matkę Boską, Marię Curie-Skłodowską, Wisławę Szymborską… mamy polski republikanizm praktykowany niegdyś podobno przez 10 procent obywateli i 90 procent po Bożemu traktowanych niewolników…!” - tak się zaraz Sarmaci katoliccy i śródziemnomorscy ramię w ramię oburzą, gdy im o peryferyjności Polski zbyt głośno napomknąć. W istocie jednak Polska jest bliskimi peryferiami Zachodu, a w dodatku od dawna nie generuje silnej władzy (cyt. za Bobrzyński, Szujski etc.). Jeśli polska lewica szuka narzędzi pozwalających politycznie równoważyć renaturalizacyjny wpływ ekonomii wolnorynkowej na życie społeczeństw (to istotnie - zgadzam się jako konserwatysta z szanowną lewicą i wraz z nią chętnie wyruszę w bój przeciw neoliberałom - jedyna sensowna funkcja polityki dzisiaj) to musi ona takich narzędzi szukać w Unii Europejskiej (ciągle zbyt słabo jeszcze istniejącej) albo w rządzie światowym (nie istniejącym w ogóle). Szukając władzy nad Wisłą, znajdziecie tu tylko władzę Tuska - absolutnie świadomie służącą utrzymaniu pokoju społecznego, choćby z użyciem piaru, w czasach nieuniknionych globalizacyjnych paroksyzmów. Albo też znajdziecie tutaj - zwykle na prawicy - polityków o „nieeuklidesowych” co prawda ambicjach, ale w rzeczywistości jakże słabych („dupowatych”?) i estetycznie banalnych w porównaniu z bohaterami dramatów i powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza (sztuka zawsze bez trudu pokonuje życie).
Swoją drogą bardzo to symptomatyczne, że zupełnie świadomie, wręcz obsesyjnie proponowana nam przez Witkacego figura „nieeuklidesowych dyktatorów” nigdy nie zainteresowała najwybitniejszych polskich inteligenckich badaczy jego twórczości. Ani wrażliwego Jana Błońskiego, ani genialnego Puzyny (on w „nieeuklidesowych dyktatorach” widział głównie wieszczą zapowiedź komunizmu i faszyzmu, tylko dlaczego wieszczą, skoro Witkacy zarówno komunizm jak i faszyzm widział na własne oczy, znowu zatem ciekawy teoretyczny greps Witkacego, zamiast być interpretowany, został utopiony w płytkim antypeerelowskim ketmanie), ani heroicznego Włodzimierza Boleckiego, ani przepełnionego wolą mocy Michała Pawła Markowskiego. Ostatnio „nieeuklidesowych dyktatorów” przypomniał szczęśliwie Degler, ale też nie po to, żeby coś z tym zrobić. Oni wszyscy byli/są przecież polskimi estetami i związek estetyki z polityką jest dla nich albo zbyt „brudny”, „brutalny”, „redukcyjny” - albo w ogóle ten związek, tak oczywisty dla Hegla, pozostaje dla nich nieuchwytny.
Polska inteligencja w drugiej połowie XX wieku masowo twierdziła, że przeczytała Witkacego, a nawet go zrozumiała. Ja sam jako przedwcześnie postarzałe dziecko wielokrotnie wysłuchiwałem wówczas takich zapewnień ze strony dorosłych. To jednak było kolejne polskie kłamstwo, jedno z tych, które tak lubił kolekcjonować żółciowiec Brzozowski. Wy - najmłodsze pokolenie inteligencji w tym kraju - musicie na takie kłamstwa cholernie uważać, tym bardziej jeśli nie posiadacie nadmiernej skłonności do pokoleniowego buntu. Ostatnim rozumiejącym czytelnikiem Witkacego w tym kraju był Andrzej Trzebiński (niestety, wedle kryteriów Dnia Niepodległości w 2/3 faszysta), który jedną ręką pisał pieśni bojowe zagrzewające do walki o polskie Imperium (choć sam już rozumiał, że nie da się zbudować Imperium nie dysponując Gwiazdą Śmierci lub choćby paroma intergalaktycznymi krążownikami). Jednocześnie tenże Trzebiński drugą ręką pisał w swoim okupacyjnym dzienniku mikroeseje pełne zachwytu dla Witkacego, a także usiłował naśladować jego realizm groteskowy w swoich młodzieńczych próbach dramatycznych i prozatorskich - widząc tam po prostu prawdę o Polsce.
Bowiem to groteska od mniej więcej wieku pozostaje jedyną wartościową estetyczną formą w naszej narodowej sztuce, gdyż groteska to forma indywidualnego i zbiorowego resentymentu. A to jest dominujące zbiorowe doznanie Polaków, od kiedy uświadomili sobie, że historycznym narodem już nie są. A w każdym razie, od kiedy uświadomili to sobie przynajmniej niektórzy z nich: Witkacy, Mrożek, a nieco wcześniej Witold Wojtkiewicz (malarz, autor wspaniałych groteskowych rycin z Rewolucji 1905, a także niezapomnianych groteskowych parad i rytuałów dziecięcych do złudzenia przypominających dzisiejszą prawicową „politykę” w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem przemarszów, jakie po Warszawie regularnie odbywa Jarosław Kaczyński - niegdyś polityk ambitny, dziś zdziecinniały po utracie władzy). Mam nadzieję, że kiedyś nauczymy się jako naród - albo chociaż jako jednostki szukające szczęścia i doskonalące się duchowo nad Wisłą - żyć w swoich właściwych, postimperialnych, a może nawet posthistorycznych rozmiarach. Dopóki tak się nie stanie, będziemy się skręcać - także estetycznie - w nieuniknionych męczarniach. A jedyną udaną formą naszej narodowej sztuki pozostanie groteska.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...