> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Gdyby Mucha była z PiS-u Drukuj
Cezary Michalski   
20.02.2012

Korzystając z prawa do suwerennego wyjątku chciałem zacząć ten felieton od pochwalenia pierwszej politycznej książki Roberta Krasowskiego, zatytułowanej Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy. To książka zabawna, warto ją przeczytać, nawet jeśli nie ze wszystkim będziecie chcieli się zgodzić i nie we wszystko będziecie chcieli uwierzyć. 


Ja przywołuję ją także dlatego, że jedną z metod pisania o polityce, którą tam autor stosuje, chciałbym wypożyczyć do tego felietonu i do tego tematu. Otóż, Krasowski znajduje się w sytuacji niełatwej. Ma przeprowadzić krytykę dwóch postsolidarnościowych obozów, które oba uważa za politycznie skrajnie nieudolne. A które wzajemnie bardzo się nienawidziły i jeszcze się nienawidzą. Różnie autor te obozy w swej książce nazywa, poprzestańmy na tym, że jeden z nich symbolizują postacie Mazowieckiego, Geremka, Michnika, drugi – Jarosław Kaczyński i politycy pomniejsi, Olszewski, Macierewicz, Romaszewski (Lecha Kaczyńskiego Krasowski za polityka nie uważa w ogóle i trudno się z nim nie zgodzić). Wszyscy znamy argumenty, języki, strategie, jakie te obozy stosowały przeciwko sobie wzajemnie. Krasowski nie może jednak i nie chce ich w swej książce użyć. Nie z zacietrzewienia, nie z jakichś powodów osobistych, ale tylko dlatego, że oba te języki, obie te strategie, uważa za błędne.


Jak w tej sytuacji zbudować perspektywę krytyczną? I żeby nie była ona tylko gołosłownym wymądrzaniem się jakiegoś publicysty, ale by stała za nią realna polityczna strategia, realne nazwiska? Krasowski wymyśla sobie Wałęsę, a w trochę mniejszym stopniu także Millera i Kwaśniewskiego – jako polityków skuteczniejszych, trzeźwiejszych. Z nich tworzy sobie krytyczne narzędzia, którymi łomocze potem oba postsolidarnościowe obozy po głowach, ale bez narażenia się na zarzut, że służy któremuś z nich, albo że z którymś z nich łączy go jeszcze jakaś, choćby sentymentalna, wspólnota. Strategia ryzykowna, ale Krasowskiemu pozwala (choć sam by się może na taki komplement obruszył) zachować cnotę. Także dlatego, że choć Wałęsa, Miller, Kwaśniewski wygrywali wszystkie bitwy lat 90. (a jeśli ostatecznie przegrali, to jedynie ze sobą wzajemnie), dziś nie walczą już o realną władzę w tym kraju (Miller podniósł się jeszcze do walki o mniejszościowy udział we władzy, ale to już nie to samo). Nie walczą ani o rząd polityczny, ani o rząd dusz. Wałęsa, nawet jeśli wytacza jeszcze komuś procesy, to Wyszkowskiemu, czyli postaci tak samo jak on tylko historycznej.


Ja mam podobny problem pisząc o polityce dzisiejszej, od siedmiu co najmniej lat uwikłanej w PO-PiS. Gdybym zaatakował Tuska Kaczyńskim, to by mnie zemdliło. Musiałbym używać argumentów „parareligijnych”, „nibyantykomunistycznych”, „pseudoimperialnych”, „martyrologicznych”, w które sam używający ich Kaczyński nie wierzy, nawet jeśli wierzy w nie jeszcze Jacek Karnowski (bo że wierzy Michał, to ja już nie wierzę). Gdybym natomiast miał zaatakować Kaczyńskiego Tuskiem, to szczerze mówiąc pozostałbym na placu z pustymi rękami. Bo Tusk, przy całej swoje naturalnej i profesjonalnej sympatyczności, nie lubi formułować argumentów, nie przepada za nadmiarem artykulacji. Robi, co się da, kiedy już uważa, że to absolutnie konieczne. I tyle jego politycznej „teorii”, a nawet praktyki.


Zatem wymyśliłem sobie Schetynę (jako zdecydowanego, twardego człowieka władzy), wymyśliłem sobie Millera (jako kanclerza i propaństwowca, który stworzył swój rząd z naprawdę silnych polityków), żeby smagać nimi Tuska za jego miganie się od rządzenia, za jego „samotność”, którą sam sobie zawdzięcza, coraz mniej będąc zdolnym do realnego partnerstwa. Kaczyńskiego z kolei najłatwiej smagać nim samym, tyle że gdzieś z początku lat 90., kiedy jeszcze nie łasił się do każdej kreatury, byle tylko przynosiła mu naręcze głosów. Aby zachować to mimimum cnoty, jakie w ogóle można zachować będąc publicystą, warto żywych i silnych atakować politycznymi trupami. W przypadku Tuska i Kaczyńskiego uśmierconymi choćby przez nich samych.


Przejdźmy jednak do minister Joanny Muchy. Ponieważ jest z PO, popisy chamstwa na jej temat dają dziś mizogini prawicy. Politycy PiS-u, pisowscy blogerzy, dziennikarze-wyznawcy. Gdyby była z PiS-u, takie same popisy mizoginii i chamstwa moglibyśmy usłyszeć z ław poselskich Platformy (przecież słyszeliśmy). W istocie jej problemem nie jest ona sama, i nie jej kobiecość, uroda, ale raczej nadmierna męskość tego, który ją powołał, bo toleruje wokół siebie już wyłącznie „zderzaki”. Jedyną winą Muchy jest to, że zaproponowane jej w taki sposób takie stanowisko przyjęła. Zgodziła się być ministrem-zderzakiem w rządzie symulakrów. Ale nie ona jedna popełniła ten błąd. Dzielą go z nią co najmniej Gowin, Arłukowicz, Nowak, Cichocki. I nie tylko ona nie powiedziała Tuskowi tego, co powinna: „nie wypuszczaj powietrza z własnego elektoratu, nie marnuj własnego zwycięstwa, wykorzystaj je tworząc ciekawszą koalicję i mocniejszy rząd”.


Ale nie ma już nikogo w Platformie, kto potrafiłby dzisiaj takie słowa do Tuska skierować. Konsekwencje tego wszystkiego spadają na Muchę. Wokół niej trwa strajk włoski co najmniej dwóch państwowych służb. Policjanci na koronie stadionu nie mogą się dodzwonić do policjantów w podziemnych garażach, a SANEPID z rozbawieniem woła, że „nie odda!” (Narodowego), bo w pomieszczeniach, w których „będą w przyszłości” jakieś obiekty małej gastronomii, nie znalazł odpowiednich schematów przedstawiających kierunki „przyszłego” przepływu wody zimnej i ciepłej.
Mieszkałem ładnych parę lat w pobliżu Stadionu Narodowego, kiedy mieścił się tam słynny „Jarmark Europa”. Od czasu do czasu ta sama policja państwowa znajdowała tam wtedy głowę jakiegoś handlowca, aby dopiero po paru dniach znaleźć resztę ciała, i to w odległości ładnych paruset metrów. Inni handlowcy gonili się na koronie stadionu z odbezpieczonymi pistoletami, co sam kiedyś widziałem. Jednak nigdy „Jarmarku Europa”  policja nie zamknęła z powodu niedostatecznych warunków bezpieczeństwa. Podobnie obiekty małej gastronomii, które wokół „Jarmarku Europa” wówczas rozkwitały, nie robiły wrażenia, żeby zimna i gorąca woda w ogóle do nich docierała z jakichkolwiek kierunków. A jednak przez dwadzieścia lat istnienia tego higienicznego monstrum w centrum Warszawy SANEPID nigdy nie ośmielił się go zamknąć. Zawsze „oddawał” go wszystkim. Stąd też moja teza o włoskim straju.


Wobec jakiego rządu policja państwowa i państwowy SANEPID stosują strajk włoski i szydzą po mediach? Wobec rządu „liberalnego”? Nie, mam już dość używania w tym kraju pojęcia „liberalny” jako obelgi. Wobec rządu słabego. I tu znowu wracamy do koncepcji „zderzaków”. Wygląda na to, że policja, a nawet SANEPID (w PRL-u najtchórzliwsza ze służb), stosują strajk włoski pod nosem zderzaka Cichockiego, zderzaka Gowina i Muchy (zderzaczki?). Dlatego wciąż są powody, żeby Donalda Tuska dręczyć duchem Schetyny czy duchem Millera, choćby to także były może tylko literackie postacie.

  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
złamane serce   |20.02.2012 09:55:33
Od czasu kiedy Pan tam mieszkał zawaliła się pewna hala na Śląsku, rozbił się
pewien samolot w Smoleńsku. Teraz Pan będzie walił w tchórzliwość służ jak
wygodnie, a jak coś się stanie w to, że Polacy nie rozumieją od czego są
procedury.
Anonimowy   |20.02.2012 10:04:46
Chyba szykuje się wielki come back Schetyny.
A propos trylogii Krasowskiego.

Wcześniej przeczytałem, że jest to świetna książka z historii politycznej
Polski po 89 roku. Teraz Pan pisze, o ciekawej perspektywie ujęcia tej przaśnej
polityki lat 90.
Chyba Krasowski napisał coś naprawdę wyjątkowego.
Spokojny   |20.02.2012 11:36:44
Tym razem płeć ma znaczenie. Sam pomysł, by istnialy sportowe reprezentacje
narodowe to kwintesencja patriarchalności. Starcia reprezentacji narodowych
(szczególnie w grach zespołowych) są metaforą wojny i budzą takie emocje,
ponieważ w czasach technologii zbyt rozwiniętych, by można było wojnę toczyć
instynktownie i amatorsko te instynkty rozładowują się właśnie w ten sposób.
Polacy swoje wojny boiskowe od lat przegrywają. Ogródki piwne płaczą raz po raz
przy plazmie. I właśnie w momencie, kiedy mogły te ogródki zostać przynajmniej
honorowym gospodarzem kolejnej walnej bitwy na naczelnego wodza pasowano
dziewczynkę. Dobrą uczennicę która próbuje ze wszystkich sił być kompetentna i
konstruktywna w mafijnym świecie sportu za publiczne pieniądze, gdzie Ziutek z
Mundkiem od lat jak stare nażarte rekiny żyją i nikt ich nie ruszy. Cała polska
bezradność została więc w tej nieszczęsnej dziewczynie umieszczona i do niej
przypisana. To nie nasi piłkarze są do niczego, to nie sama idea sportu za
publiczne pieniądze jest naturalnym środowiskiem hodowli takich Grzesi Lato i
innych łubudubu prezesów klubu, tylko to Ania Mucha jest śmieszna. Baba która
nie wie ile jest lig w hokeju. To gdzie się pcha? No i panowie uruchamiają
rycerskość, pisząc i mówiąc, że rozumieją i współczują. No bo co tu uruchomić..?

Można by rzecz jasna uchwalić konstytucyjny zakaz dotowania przez państwo
jakichkolwiek sportów wyczynowych, ale państwo jest wynalazkiem patriarchalnym
tak samo jak sport. Nie da się. Pozostaje liczyć na to, że rycerskie instynkty
się w piłkarzach i działaczach obudzą i czego nie mogli zrobić dla flagi, zrobią
dla damy.
viking   |20.02.2012 12:20:58
Ojej, jaka biedna ta minister Mucha. Wprost nie mogę powstrzymać łez.
I aż
trudno mi uwierzyć, że Michalski w ogóle przypisuje jej jakąś winę. Przecież
stała się "zderzakiem" za sprawą "nadmiernej męskości" premiera.

Z pewnością nie mogła odmówić. I teraz, biedna, męczy się na tym strasznym
stanowisku (o którym marzy całe mnóstwo polityków), starając się rozwiązywać
wszelkie problemy "trzeciej ligi" polskiego hokeja.
Swoją drogą, także
to pytanie sprawdzające czy osoba będąca Ministrem Sportu ma podstawową wiedzę
na temat sportu, należy uznać za przejaw mizoginii (co już zdążyła zrobić Hanna
Samson).
Cyrk obrony pani Muchy przed nią samą, tudzież przed jej bezczelnym
brakiem kompetencji i tupetem (jak można przyjąć stanowisko wiedząc, że się nie
ma pojęcia o tym, z czym zajmowanie go bezpośrednio się wiąże???) właśnie się
zaczął. Poobserwuję go z boku, z absolutnym brakiem empatii. Dokładnie takim,
jaki cechował stosunek pani Muchy wobec ludzi starych i chorych w jednej z jej
"lepszych" wypowiedzi.
Maciek Cisowski   |20.02.2012 14:41:51
Nie wiem czy problemy min. Muchy mają cokolwiek wspólnego z patriarchalizmem, na
pewno mają z nim wiele wspólnego formy krytyki z jaką się min. Mucha spotyka.

Nie ma dla mnie większego znaczenia czy minister sportu wie ile jest lig
hokejowych w tym kraju, o ile ma konkretny pomysł na poprawę sytuacji polskiego
hokeja (tu wstaw dowolną dziedzinę sportu). Problemy min. Muchy polegają na tym,
że ona - podobniej jak np. Gowin - zdecydowała się "zderzakować" w
rządzie poprzez douczanie się, poznawanie swojej ministerialnej dziedziny etc.,
co musi się skończyć szyderą środowiskową i ogólnym rubasznym "hahaha ona
nie wie co to spalony!". Podobnie nad Gowinem kręcą głowami prawnicy, choć
on aż tak efektownych gaf jak na razie nie popełnia. W innych ministerstwach
łatwiej swój brak pomysłów i kompetencji ukryć, ale w sporcie polskim patologie
są tak bardzo na wierzchu dla większości zainteresowanych, że zderzenie z nimi
min. Muchy prokuruje z miejsca rodzaj slapstickowego gagu. Wszyscy widzą - ona
nie widzi. Ona się wywraca (robiąc przy tym minę twardej merytokratycznej
menedżerki) - wszyscy zrywają boki.
Sport, nie tylko polski, to jest potworne
bagno. Porządek z tym mógłby zrobić ktoś z bardzo konkretnym i bezkompromisowym
planem, dysponujący pełnym poparciem premiera. Ktoś gotów pójść na wojnę z
Latami i Platinimi zarówno. Mucha jest tylko dziewczynką do bicia, a że jest
dziewczynką, obrywa według schematu genderowego pt. kobietka zagubiona w męskim
świecie.
Valentino   |20.02.2012 15:03:54
Sport nie jest tylko dla mężczyzn, kobiety mają prawo i ochotę uprawiać
wszystkie dyscypliny. Ktoś może nawet to sponsorować. Inny ktoś może chcieć
rywalizację kobiet oglądać. Pamiętam, że sam pasjami oglądałem z trybun mecze
koszykówki żeńskiej jednej drużyny, a nawet jeździłem z jednego końca Polski na
drugi, żeby te mecze oglądać. Ba, na koniec świata byłem gotowy pojechać,
głównie z powódu moich daleko idących samczych planów związanych z pewną
skrzydłową. I nie ważne, że ona wchodziła na boisko na kilkanaście sekund.
Ważne, że zrzucała dres.
Nie widzę żadnych przeciwskazań, żeby ministrem sportu
była kobieta. Biorąc pod uwagę słabe głowy kolegów Kręciny i Laty, specjalnie
sprawnym nie trzeba być, tym bardziej intelektualnie. Ale nieznajomość tematu
wyklucza możliwość bycia ministrem. Nie tylko, że premierowi się nie odmawia,
tylko nawet należy premiera uświadomić - "Donald, ja nie wiem czym się różni
hokej na trawie od hokeja na lodzie. Wstydu się za mnie najesz. Moje zderzaki to
też dla ciebie żadna amortyzacja. Ci wszyscy faceci z zaciśniętymi zębami,
umorusani, spoceni - mnie to nie kręci. A propos, w ogóle to Kręcina podobno
chrapie, no nie dam rady." I że takiej postawy Pani Mucha nie wykazała, to
wszelkie wypominanie jej niekompetencji uważam za na miejscu. I czy dlatego, że
jest kobietą, to mamy oczy przymknąć? To jest dopiero seksizm. I nie stroić
sobie żartów? A z mężczyzny to można? Jakby panu Gowinowi powierzyć ministerstwo
sprawiedliwości, to przecież też można byłoby sobie pożartować.
Strategia
premiera jest osobliwa. Najpierw wyznacza przypadkowe osoby na konkretne
stanowiska ministerialne (może on losuje?), a potem się dziwi, że mu w tenisa
nie dają pograć.
Spokojny   |20.02.2012 15:10:11
Z Latą ucichło gdy pokazało się, że mafijność sportu wyczynowego to nie jest
problem Polski, tylko problem uniwersalny. Trzeba by zbyt trudne pytania sobie
zadać a do tego polskie dziennikarstwo nie dojrzało. Jedynym sposobem, by
oczyścić sport byłoby wycofanie się państwa z jego finansowania. Natomiast Mucha
ucieleśnia wizję sportu z podręcznika dla klasy czwartej, czyli jako
"szlachetnej rywalizacji". Nie ma czegoś takiego. Rywalizacja to
rywalizacja. Tak jak generalnie jestem sceptyczny jeśli chodzi o prywatyzację
różnych rzeczy tak w przypadku sportu jestem totalnie za. Bo sport nie jest
konieczny. Kto lubi piłkę, niech sobie zbuduje stadion. Ja piłki nie lubię.
viking   |20.02.2012 17:42:30
Ilość lig to nie jest kwestia czysto erudycyjna. Pani minister nie zadano
pytania w stylu "kto wygrał w roku x mecz y?" Tu chodzi o coś, co jej de
facto podlega i co dotyczy zakresu jej kompetencji.

Swoją drogą, Tusk jest
mistrzem taktyki. Mucha jako Minister Sportu, to manewr przypominający ten z
Marą Carfagną w rządzie Berlusconiego, tylko bardziej wyrafinowany.
Ładna
kobieta na tym stanowisku gwarantuje, iż może rzeczywiście jeden czy drugi
sarmata szepnie coś seksistowskiego spod wąsa, ale i wybaczy brak kompetencji
"takiej pięknej pani".
A gdy jednak miarka zostanie przebrana i w
całkiem równouprawniony sposób, na panią minister posypie się dokładnie taka
krytyka, jaka spotyka niekompetentnych mężczyzn, z pomocą przyjdą jej inne
zastępy, czyniąc z niej męczennicę patriarchatu.
Tymczasem ci, którzy próbują
dostrzec w tej sprawie "logikę genderową", zapominają chyba, że w tym
kraju jest jednak dość dużo kobiet, które interesują się sportem. I gdyby nawet,
w ramach parytetu czy akcji afirmatywnej uznano, iż ministrem w tym resorcie
powinna być kobieta, to myślę, że nie byłoby żadnego problemu ze znalezieniem
takiej, która jednak wiedziałaby, ile jest lig hokeja.
Być może jednak inne,
potencjalne kandydatki były mniej urodziwe. Tak się zastanawiam, czy gdyby pani
Mucha była trochę mniej zgrabna, lewicowi panowie, tak bardzo by spieszyli z
genderową pomocą.
Jakby nie było, równie niekompetentna pani Radziszewska, na
tak pospolite ruszenie w obronie swojej czci liczyć nie mogła. Trochę to smutne.
I seksistowskie.
backspace1  - Bieganie i podskoki wokół Narodowego   |20.02.2012 20:25:52
Absolutnie nie przekonują mnie tego typu argumentacje, że Mucha "obrywa
według schematu genderowego pt. kobietka zagubiona w męskim
świecie". Mucha
obrywa, bo jest słabiuuutka intelektualnie, bez horyzontów, skrajnie
niekompetentna w dziedzinie życia, którą ma kierować, a nie dlatego, że jest
kobietą. Koniec kropka.
Józef Robotnik  - A ja lubię by nowe nie używać , bo się nie niszczy   |20.02.2012 21:04:15
A ja się cieszę że stadion jest nie oddany , bo im dłużej nie będzie oddany tym
dłużej będzie nowy i ładny . Jest tak bardzo drogi że najlepiej to tylko dożynki
na nim urządzać , bo wtedy nie ma kiboli co go demolować by chcieli . A jak go
oddadzą to dochód z meczy futbolowych będzie miał PZPN czy Minister Finansów ?
Bo coś mi wychodzi na to że naród będzie miał z tego tyle co z gołębi hodowca .
No i na koniec jak to było z zatwierdzaniem projektu przez służby co teraz mówią
NIE . Czy nie miały wglądu w projekt , czy może nic nie mówili bo na projekcie
się nie znają , bo ….. ?
Anonimowy   |20.02.2012 23:48:11
Viking życzę Ci abyś nigdy nie został np. Ministrem Kultury. Bo wtedy też ktoś
skutecznie by obnażył brak Twojego merytorycznego przygotowania do pełnionej
funkcji pytaniem np. o ilość jednostek kulturalnych podległych MK w powiedzmy
Poznaniu. I co artysto??
Leżysz.
Więc nie sil się na pisanie takich
dykteryjek.
Znowu człowieku północy wybrzydzasz.
viking   |21.02.2012 10:08:27
@ Anonimowy

Hokej jest trzecim lub czwartym najpopularniejszym sportem
zespołowym w Polsce. Nie wiedzieć ile ma lig będąc ministrem sportu, to tak, jak
być ministrem kultury i nie wiedzieć co to jest Zachęta albo Teatr Stary. Mało
tego, jest to wiedza tak podstawowa, że można na początku urzędowania spędzić
dwie gorące noce z Wikipedią i to zupełnie wystarczy, by aż takich wpadek nie
zaliczać.

Jeśli o mnie chodzi, interesuję się literaturą, ale np. zupełnie
nie mam pojęcia o sztukach plastycznych i wizualnych i współczesnych artystach.
Nie mój cyrk, nie moje małpy. Już wolę sobie obejrzeć jakiś mecz hokeja;))
Z
tego względu, nie przyjąłbym stanowiska MK.
Jestem natomiast pod nieustającym
wrażeniem tego, jak niekonsekwentne bywają niektóre poglądy. Nie rozumiem
dlaczego osoby, które rozpaczają nad stanem polskiej polityki, bronią tu pani
Muchy. Albo ma to związek z zauważalną na łamach KP, obsesyjną niechęcią do
sportu i traktowaniem go, jako prymitywnej rozrywki gawiedzi albo z tym, że
Niekompetencji wybacza się więcej, gdy się porusza na ładnych nogach.
Valentino   |21.02.2012 11:02:45
Jeżeli będziemy oczekiwali od ministra wiedzy ile jest lig w rozgrywkach hokeja,
pingponga, a ile w bierkach, to utonie nieborak/nieboraczka w wiedzy
nieprzydatnej. Minister nie ma być kibicem.
Ale zapytajmy się Pani minister,
jakie problemy doskwierają rozgrywkom hokeja. Czuję, że mnie zęby rozbolą, gdy
usłyszę odpowiedź. A jak Pani minister pociągnie wątek i powie, jaki
ministerstwo ma plan na rozwiązanie tych problemów - dopiero będzie kino.
backapace1   |21.02.2012 11:22:35
@viking "Albo ma to związek z zauważalną na łamach KP, obsesyjną
niechęcią do
sportu i traktowaniem go, jako prymitywnej rozrywki gawiedzi albo
z tym, że Niekompetencji wybacza się więcej, gdy się porusza na ładnych
nogach".

No właśnie, a może chodzi o jedno i drugie, z naciskiem na to
drugie.

Gdy na swoich stanowiskach kompromitowały się Anna Fotyga czy Ewa
Kopacz - jakoś nie było słychać głosów obrony. Więc nie o płeć tu chodzi ani nie
o partię.
daras1983   |21.02.2012 12:58:39
Na Musze zogniskowały się wszystkie frustracje ludzi zawiedzionych nieudolnością
Tuska w ostatnich miesiącach.
Tuska nie da się zaszczuć, więc próbuje się to
zrobić z Muchą. W końcu winny jakiś musi się znaleźć.
Ale z Muchą jest jak z
Prosiaczkiem.
Im bardziej próbuje się zabić Muchę, tym bardziej jest ona
żywotna. I nawet zaczyna się odgryzać swoim prześladowcom :p
W kwestii
porządkowej przypomnę też, że Tusk nie lubi jak mu media zwalniają ministra.
Maciek Cisowski  - gender i kompetencje   |21.02.2012 16:48:11
Czuję się wywołany do tablicy wobec ataku na włączanie "logiki
genderowej". Dla mnie sprawa jest prosta - Mucha nie jest krytykowana
dlatego, że jest kobietą. Każdy minister sportu popełniający takie gafy
obrywałby z wszystkich stron. Dla mnie "logika genderowa" jednak się tu
przejawia: od pochwał premiera przy powoływaniu na stanowisko ministra, pochwał
szalenie protekcjonalnych i - biorąc pod uwagę ich ton i poetykę - nie dających
się porównać do opinii wygłaszanych pod adresem ministrów-mężczyzn, po te słynne
quizy dotyczące ilości lig hokejowych. Czy ktoś sobie przypomina podobne
"badania niekompetnecji" poprzednich ministrów sportu? Rozliczano ich
rozmaicie i z wielu spraw, ale nikt nie drążył sprawy ich kompetencji przez
sprawdzanie wiedzy teleturniejowej. Czyli raz jeszcze: Mucha obrywa za brak
kompetencji i niepowodzenia instytucji, które szefuje, ale dyskusja wokół tego
podszyta jest ciągle sprawą "ładnej buzi" min. Muchy i - upieram się, że
genderową - kwestią płci min. sportu. Nie trzeba wybaczać Musze jej
niekompetencji, żeby dostrzegać też jak debata wokół jej niekompetencji skrzywia
się pod wpływem "genderowej logiki".
Co do sporu o istotność wiedzy o
ilości lig: nie wiem, może to jest rzeczywiście ważne, ale nie do końca jestem o
tym przekonany. Sport jest na tyle rozmaity w swych przejawach, że wolałbym,
żeby Mucha powiedziała, że ma speca/doradcę od lig hokejowych niż zajmowała się
kuciem Wiki na ten temat. Wolałbym też, żeby wiedziała co hokejowi polskiemu
"dolega", niezależnie od ilości lig. I wolałbym, skoro już jestem w
trybie życzeniowym, żeby właśnie z tego ją rozliczano. Podobnie mam gdzieś czy
Zdrojewski wie czym była Łódź Kaliska, ale jego niewiedza lub zła wola dotycząca
mechanizmów działania kultury (patrz: sprawa ACTA) jest problemem.
backspace1   |22.02.2012 10:55:24
Marku,
jestem zacofany pod tym względem i dotąd nie znałem określenia
"logika genderowa". Tusk wypowiadał się protekcjonalnie wobec Muchy,
teraz jest odpytywana ze znajomości hokeja.
Nie wypowiadałby się o niej
protekcjonalnie, gdyby ta kobieta coś sobą reprezentowała.
Nie byłaby
odpytywana ze znajomości liczby lig hokeja, gdyby wcześniej nie zapytała, kto
wyłonił drużny do meczu o superpuchar. Jeśli ktoś się skompromituje w ten
sposób, to media się zlecą i będą dziobać. Czy nie tak było wcześniej z wieloma
innymi politykami, z AWS, z PIS-u, z Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin itd.,
którzy wykazali się totalną ignorancją. Robiono sobie z nich publicznie jaja.

Tymczasem Mucha wie, że nic nie wie, i sama wykorzystuje swoją płeć i ładną
buzię do tego, żeby się wykpić: organizuje podskoki wokół Stadionu i liczy że
wszyscy zapomną o jej niekompetencji, i będą o niej myśleć jako symaptycznej
kobietce, miłej, zgrabnej itd. Ale wystarczyło, że między kolejnym podskokiem i
skłonem otworzyła usta, i znów to samo: totalna żenada. Wypowiedzi w stylu:
cieszmy się, że stadion jest. Nie narzekajmy. Jeśli ktoś włącza tę logikę
genderową, o ile to dobrze rozumiem, to m.in. sama pani Mucha.
viking   |22.02.2012 11:04:45
@ Maciej Cisowski

Ale o to właśnie chodzi, że nie można nie wiedzieć co
dolega polskiemu hokejowi, nie wiedząc ile ma lig, tak jak nie można leczyć
śledziony pacjenta, nie wiedząc, gdzie w ludzkim organizmie jest śledziona.

Dlaczego nikt nie robił takich quizów?
Widocznie nikt, kto wcześniej
zajmował to stanowisko, nie zasłynął aż takim brakiem kompetencji.
Gdyby pani
minister odpowiedziała na to pytanie właściwie, to dziennikarz wyszedłby na
idiotę. Jednak widocznie wiedział, że nie wyjdzie.
I jeżeli w ogóle jest jakiś
genderowy aspekt w tej sprawie to tylko taki, że w ogóle ktoś jeszcze pyta czy
aby dziennikarz nie był zbyt grubiański wobec damy, co wobec tego, jak daleko
potrafią dziś posunąć się media, jest po prostu żenującą farsą i próbą nadania
tej prostej, dotyczącej zwykłego braku kompetencji sprawie, poetyki i aury
chanson de geste.
daras1983  - @Viking   |22.02.2012 15:01:55
"Ale o to właśnie chodzi, że nie można nie wiedzieć co
dolega polskiemu
hokejowi, nie wiedząc ile ma lig, tak jak nie można leczyć
śledziony pacjenta,
nie wiedząc, gdzie w ludzkim organizmie jest śledziona.
"
Właśnie zyskałeś
nominację w kategorii idiotyzm roku.
Pisz tak dalej to dostaniesz nominacje w
kategorii IDIOTA ROKU.
Maciek Cisowski  - re: backspace1, Viking   |22.02.2012 16:21:36
Będę się powtarzał, ale nie z uporu, tylko z chęci wyjaśnienia: schemat
genderowy w sytuacji z min. Muchą nie jest czymś co złe samce narzuciły biednej
Muszce. Sama w nim tkwi i wzmacnia go, pewnie mimowolnie, takimi akcjami jak ten
słynny bieg. Pamiętam przykład wiceministra Radosława Stępnia, który założył
się, że przejedzie na rowerze 180 kilometrów, jeśli nie powstanie pewien odcinek
autostrady. Zakład przegrał i odcinek przejechał. I co? I nic. Media
potraktowały to jako kuriozum, ale nie przypominam sobie głosów mówiących
 – jak backspace1 powyżej – że robi to by „wykorzystać swoją
płeć i ładną buzię” dla odwrócenia uwagi od własnej niekompetencji. Nikt
nawet nie pomyślał wtedy, żeby to tak interpretować. Najwyraźniej bieganie min.
Muchy jakoś się różni od jazdy kolarskiej Pana Ministra. (Na marginesie: tam
także grał pewien stereotyp kulturowy związany z pewną wizją męskości,
mianowicie zakład jako sprawdzian męskiej odwagi i prawdomówności. Pamiętam
znajomych mówiących, że minister „przynajmniej zachował się jak
mężczyzna”, choć moim zdaniem przede wszystkim nie zachował się jak
minister.)

Vikingu – mogę się nawet zgodzić, że sprawy genderowe mają
tu znaczenie ciekawostki, jeśli w ogóle jakiekolwiek. Ale trudno mi się zgodzić
ze stwierdzeniem, że niekompetencja min. Muchy jest wyjątkowa. Nie prowadzę
rejestru gaf ministerialnych, ale podejrzewam, że trochę by się tego znalazło.
Polaczek? Klich? Grabarczyk? Graś (jako rzecznik od „przeciążonych
serwerów”)?
Analogia ze śledzioną także wydaje mi się naciągana, bo
minister sportu w ogóle nie powinien się wtrącać w sprawy struktur ligowych,
tylko stwarzać dogodne warunki do praktykowania sportu w Polsce. Dla mnie, idąc
tropem Twojej analogii, rozsądne byłoby pytanie, czy chirurg mający wyciąć
narośl na śledzionie musi wiedzieć jaką rolę ewolucyjną pełniła śledziona. Jeśli
nie wie, to trochę wstyd, ale dopóki wie na tyle, żeby mi tę śledzionę wyleczyć
i nie pogorszyć sytuacji mam gdzieś jego żenujące braki w wiedzy. Podobnie z
superpucharem, ligami hokejowymi etc. Żenująca niewiedza, ale jakie to ma
znaczenie w zarządzaniu ministerstwem sportu? Wkurza kibiców? Tak. Jest
kuriozalne w odniesieniu do stanowiska? Tak. Czy jest to istotne dla bycia
dobrym ministrem sportu? Moim zdaniem – nie. Dla komentatora sportowego
pewnie tak, dla ministra – niekoniecznie. Jestem gotów zmienić zdanie, ale
jak dotąd spotkałem się tylko z powtarzanym stwierdzeniem, że to oburzająca
niewiedza niegodna ministra, a nie z uzasadnieniem w jaki sposób ta niewiedza
podkopuje możliwości dobrego bycia ministrem.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.02.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.02618 Seconds