|
Zbigniew Herbert napisał elegię na odejście pióra atramentu lampy, ja piszę elegię na odejście Wildsteina Gargas Karnowskiego. Opłakiwałbym ich tak, jak Herbert opłakiwał swoje ukochane przedmioty, gdybym znał ich wyłącznie z czasów, kiedy krytykowali władzę, a nie oglądał ich nigdy w czasach, kiedy władzę sprawowali sami. Konserwatywna mądrość Sławoja Žižka – jedyna, jaką z jego pism wybieram - głosi: człowieka poznasz po sposobie, w jaki sprawuje władzę, a nie po sposobie, w jaki władzę krytykuje, kiedy sam jej nie ma. Dlatego ciekawsi do obserwacji wydają się Žižkowi Lenin, Stalin, a nawet Hitler i Himmler niż krytyczni wrażliwcy, dla których jedyna władza jaką, znają i sprawowali to „władza nad dyskursem”. Wildstein krytykował władzę, kiedy sam jej nie miał, a czynił to, muszę przyznać, z ogromnym urokiem. Kiedy jednak sam władzę dostał, na przykład na Woronicza, sprawował ją bez uroku i bez talentu, był autorytarny, nietolerancyjny w stosunku do wszystkiego, co kojarzyło mu się z lewicą, „ekoterroryzmem”, a ostatnio nawet liberalizmem, co wydaje się szczególnie dziwne, jeśli pamiętamy, że sam kiedyś był liberałem i innym brak liberalizmu zarzucał. W dodatku, kiedy Wildstein władzę posiadał, jego własne „cojones” samca alfa nader często myliły mu się ze świętą sprawą powszechną.
Anita Gargas, kiedy żyła w niszy „Gazety Polskiej”, szczególnie pod redakcją Piotra Wierzbickiego, który swoich dziennikarzy przed upadkiem chronił, pięknie piętnowała przykłady zależności dziennikarzy od służb. Kiedy jednak władzę uzyskała sama, na przykład w Jedynce, stała się jeszcze jedną reprezentantką długiej w Polsce i bogatej tradycji dziennikarskich sympatyków służb. Jej poprzednicy - kapitanowie Klossowie, porucznikowie Borewiczowie, Tolkowie Bananowie polskiego dziennikarstwa - sympatyzowali ze służbami Kiszczaka czy Dukaczewskiego. Ona sympatyzowała ze służbami Macierewicza. Widziałem, jak w jej programie rozjeżdżano Grajewskiego, Passenta, każdego, kto się stawiał, więc jego teczki rzucano na rynek… Pamiętam, jak w jej programie tryumfował gość specjalny Antoni Macierewicz, wówczas nie ścigany opozycjonista, ale urzędujący wiceminister obrony odpowiedzialny za likwidację jednych służb i tworzenie nowych. Bezlitosna dla wrogów, spolegliwa wobec przyjaciół, „Misja specjalna” Anity Gargas naprawdę odtworzyła najtwardsze standardy telewizyjnych programów z pierwszych miesięcy stanu wojennego, choćby takiego, co pozostał mi szczególnie w pamięci: „O człowieku, który podniósł kamień”.
Jacka Karnowskiego nawet Piotr Zaremba broni dialektycznie, pisząc w „Rzeczpospolitej”: „Kiedyś oburzał mnie choćby pozór związku telewizji publicznej z polityką. Niezależnie od tego, która opcja wygrywała. Dziś ważniejsze wydaje mi się ogólne, coraz bardziej jednolite oblicze medialnego rynku”. Wniosek z tego Zaremba wyciąga zaś taki, że Jacek Karnowski „był jednym z najlepszych szefów Wiadomości” nie pomimo swojej partyjnej stronniczości, ale właśnie z jej powodu, bo była to stronniczość o zwrocie przeciwnym do stronniczości dziennikarzy „mediów prywatnych”. Trudno się z tym zgodzić. Najlepszą przeciwwagą dla stronniczości jednych dziennikarzy jest bezstronność innych. Tymczasem po Smoleńsku wiele programów informacyjnych w mediach publicznych już zupełnie przestało informować, a zaczęło prowadzić kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego z użyciem wszystkich możliwych metod, nawet tych najgorszych, przenosząc na przykład z niszy do centrum najbardziej obłąkane spiskowe teorie. Pobito wtedy rekordy, które wcześniej wydawały się nie do pobicia: np. sympatii Aleksandry Jakubowskiej dla jednej ze stron pierwszej wojny na górze. A już telewizja Roberta Kwiatkowskiego na tle telewizji posmoleńskiej po prostu subtelnie wyważała racje. Trudno o tym zapomnieć, nawet dzisiaj, kiedy w mediach publicznych trwa czystka antypisowska. Od paru dni przyspieszona, żeby PiS-owi zdążyć wyrwać język przed decydującą fazą kampanii samorządowej.
I znowu bardzo przydaje się wszystkim Palikot. Tym razem nie jego „małpki”, nie jego akceptowana kiedyś przez Platformę brutalność, ale dzisiejsze dość podłe wyegzorcyzmowanie go przez przyjaciół z Platformy. Ten akurat argument wszyscy platformersi, szczególnie ci bardziej konserwatywni i umiarkowani, znają nawet bez zwyczajowego smsa z piarowej centrali: „co prawda za naszą wiedzą i zgodą czyści się w mediach publicznych pisowców, z nie mniejszą werwą niż ta, z jaką oni czyścili swoich poprzedników, ale za to pozbyliśmy się brutalnego Palikota”, „co prawda nasi ludzie uczynili z komisji hazardowej groteskę, nadużywając bez opamiętania koalicyjnej maszynki do głosowania, ale za to pozbyliśmy się brutalnego Palikota”, „co prawda na funkcję Prezydenta RP kazaliśmy naszym sympatykom wybrać Bronisława Komorowskiego, wiedząc, że nie nadaje się na Prezydenta, lecz świetnie przyda się do wygaszania prezydentury (ja zresztą akurat z tego powodu na Komorowskiego głosowałem, bo uważam, że powinniśmy mieć system kanclerski, a nie idiotyczne sarmackie rozproszenie władzy wykonawczej, przyp. CM), ale za to pozbyliśmy się brutalnego Palikota”, „co prawda bierzemy spółki skarbu państwa, służby i urzędy z takim samym, a może nawet większym rozmachem, niż przed nami brała je władza SLD czy PiS-u, ale za to pozbyliśmy się brutalnego Palikota”… Zastosowanie Palikota jako kozła ofiarnego jest dziś wręcz wszechstronne, wiedzą o tym Jarosław Gowin, Stefan Niesiołowski, Rafał Grupiński, Grzegorz Schetyna i sam Donald Tusk.
Ale w końcu mnie samego znudziło to szlachetne i żarliwe krytykowanie władzy. W dodatku w tekście pisanym dla lewicowego portalu KP, który władzy żadnej w Polsce nie ma. W Polsce bowiem - kraju z natury zachowawczym - można posiadać władzę tylko będąc konserwatystą lub przynajmniej konserwatystę udając. Nawet Kwaśniewski i Miller potwierdzają regułę, lewicowi bywali tylko w opozycji, u władzy - raczej rozsądnie konserwatywni. Ja nie jestem wyjątkiem, władzę miałem wówczas, kiedy moje poglądy były bardziej konserwatywne (nawet jeśli jak zwykle w nieco dziwacznej wersji, zbyt dziwacznej jak dla Piotra Zaremby). Wtedy puszczałem na antenę „WC Kwadrans” Cejrowskiego, wtedy byłem wicenaczelnym „Dziennika”… Kiedy sam sprawowałem władzę, wówczas byłem prawdziwy, teraz jestem oszustem, kiedy z taką żarliwością, jakbym był samą Simone Weil, krytykuję władzę na niewinnym - bo władzy pozbawionym - lewicowym portalu. Pamiętajcie mnie z tamtych czasów i z władzy mnie rozliczajcie, a teraz co najwyżej bawcie się lekturą tych felietonów, bo gwoli zabawy tylko są pisane. Także Wildsteina, Gargas, Karnowskiego zapamiętajcie takimi, jakimi byli wówczas, kiedy przez chwilę, na jakimś obszarze, sprawowali władzę. A nie takimi, jakimi znów się staną, kiedy będą już wyłącznie, szlachetnie i żarliwie, władzę krytykować.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...