|
Mailuję ten felieton z Nottingham do Polski wieczorem 25 maja. Radiowy kaznodzieja chrześcijański z amerykańskiego Południa, globalny polityczny sojusznik Ryszarda Legutki (trzeba umieć brać intelektualną odpowiedzialność za cały swój ideowo-polityczny obóz), który zapowiedział początek apokalipsy na 21 maja, nie ma sobie nic do zarzucenia. Jego zdaniem apokalipsa trwa od pięciu dni, a że nie wszyscy z nas ją zauważają, to już nasz problem, nie jego. On ją w każdym razie widzi i przedstawia nawet kolejne, przyznajmy mocne, dowody (tylko czemu akurat od 21 maja?): przemoc, toczące się wojny, narastający chaos światowych finansów… Dla mnie dowodem na to, że chrześcijański kaznodzieja radiowy może mieć trochę racji, stał się wywiad Karoliny Wigury z profesorem Wojciechem Łukowskim opublikowany na sąsiadującym z portalem Krytyki Politycznej (w Internecie każdemu do każdego blisko, każdy wręcz się o każdego ociera i dmucha mu w ucho) portalem Kultury Liberalnej. Łukowski porusza w tej rozmowie parę ciekawych tematów, ale ja zacytuję tylko jeden wyjątkowo apokaliptyczny fragment: „dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej radzą sobie i dostają oceny w zależności od tego, jakim kapitałem kulturowym dysponują ich rodzice. Teraz wyznacznikiem tego, ile tak naprawdę wart jest system edukacyjny, jest to, czy te same dzieci w piątej, szóstej, ósmej klasie mają szansę oderwać się od kapitału kulturowego rodziców. Nie chodzi o jakąkolwiek utopię, nie da się przesunąć wszystkich w tę stronę wyższego kapitału kulturowego. Ale chodzi o to, by dzieci miały szansę. Teraz można postawić radykalną tezę, że w polskich realiach mamy taką sytuację, że dzieci, które się przesuną w stronę tego wyższego pułapu kapitału kulturowego, czyli te, którym uda się wyrównać szanse, to absolutne wyjątki od reguły. Czyli ten system jest bardzo pasywny”.
„Ten system jest bardzo pasywny…” – apokalipsa opowiedziana bez emfazy radiowego ewangelizatora, tonem rzeczowym, choć nie mniej przerażającym. Zgodnie z nieco nowocześniejszą apokaliptyczną stylistyką naszych czasów („i tak właśnie kończy się świat,/ i tak właśnie kończy się świat,/ i tak właśnie kończy się świat,/ nie hukiem ale skomleniem”, cyt. za T.S. Eliot, Wydrążeni ludzie). Może nie cały świat się w ten sposób kończy, ale na pewno kończy się tak społeczeństwo. Zgodnie z przytaczaną już przeze mnie parę razy wcześniej, bo wciąż tak samo mnie fascynującą, słynną apokaliptyczną diagnozą Margaret Thatcher: „nie istnieje nic takiego jak społeczeństwo, są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny”. Zdanie to u progu naszej neoliberalnej epoki było jeszcze normatywne, a nie opisowe, dla jednych będące trąbą apokalipsy, zapowiedzią pojawienia się trzeciego jeźdźca, a dla innych – bramą raju, zajawką Nowego Jeruzalem (tylko św. Jan potrafił pogodzić Zagładę z happy endem). Dla mnie jednak całkowita zależność kapitału kulturowego dzieci kończących polską szkołę od kapitału kulturowego rodziców to całkowity, apokaliptyczny tryumf „rodziny na swoim”. Do takiej szkoły, która choćby nie minimalizuje wyniesionych z domu różnic, faktycznie można dziecka w ogóle nie posyłać. Można się zadowolić neokonserwatywnym homeschoolingiem (punkt dla wielkiego polskiego imitatora amerykańskich neokonów Ryszarda Legutki, tym razem wyszło na jego). Ja jednak wyciągam z tej diagnozy zupełnie inny wniosek. I wyciągnięcie takiegoż wniosku doradzam młodym i zazwyczaj sensownym liberałom z portalu KL. Liberalizm w Polsce musi być lewicowy, korygujący nierówności szans i to te od razu na starcie deklasujące jednych, a innych demoralizujące i degenerujące (Burbonowie to jednak nie była przyjemna rodzinka, choć oczywiście, jak słusznie zauważył Burke, nie należało ich z tego powodu ścinać). Dzisiejszy polski liberalizm nie powinien brać przykładu z Camerona, ale choćby z Blaira. Jego czeki edukacyjne, bezzwrotne pożyczki „stypendialne” na jak najlepszych warunkach, redystrybucja pchana w to jedno miejsce, koncentrująca się na wyrównywaniu poziomu edukacji dzieci rodziców biednych i bogatych. Choć był to program całkiem minimalny, bez naruszania thatcherowskiej hegemonii w obszarze „produkcji bogactwa” (jak się okazało produkcji bogactwa w Szanghaju, ale neokonserwatywne dzikusy to pod swoimi maskami anachronicznych patriotów to tak naprawdę pierwsi prawdziwi internacjonaliści), to i tak uznany został przez zdziczałego Camerona za „nadmiar socjalizmu”. Nawet jeśli cały polski system edukacji miałby zostać ostatecznie – na skutek mitycznej reformy mitycznej minister Kudryckiej – w jakiś sposób ustawiony frontem do rynku, czyli do rzeczywistości (produkowanie tysięcy bezrobotnych humanistów to co prawda świetny przepis na rewolucję, ale rewolucja zdarza się raz na parę pokoleń, a te pokolenia bezrobotnych humanistów, które nie trafią na swoje rewolucje, mają przerąbane), to i tak nadal psim obowiązkiem systemu edukacji pozostaje wyrównywanie szans, za wszelką cenę, choć oczywiście od punktów za pochodzenie lepsze są stypedia za pochodzenie, wyrównujące brak kasy rodziców. Takim samym obowiązkiem jest najbardziej choćby kosztowne wyrównywanie poziomu edukacji w różnych miejscach Polski, będące lekarstwem na „brak mobilności” rodziców, czyli niezdolność przeniesienia się wszystkich polskich rodziców do willi w Konstancinie, skąd przebijając się przez okrutne korki, woziliby swoje pociechy do Przymierza Rodzin.
Jeśli wrażliwych społecznie liberałów i liberalnych lewicowców miałoby coś do siebie w Polsce zbliżyć (Front Ludowy… na rzecz północnoeuropejskiej socjaldemokracji, z lekka bismarckowskiej), to właśnie świadomość, że w polskiej metapolityce, a potem (sporo potem, ale być może jednak kiedyś) także w polskiej polityce musi nastąpić korekta hegemonii przesuniętej dzisiaj już nawet nie w stronę konserwatyzmu, ale w stronę zdziczenia („nie istnieje nic takiego jak społeczeństwo, są tylko pojedynczy mężczyźni… wyruszający na polowanie”). A co ja w tym wszystkim? Mógłbym oczywiście być „lewicowy”, jak tego oczekuje ode mnie Tomasz Piątek (cyt. za jego listem otwartym, który wciąż próbuję sobie przemyśleć na nowo). Wystarczyłoby ukryć liberalne i konserwatywne elementy mojego światopoglądu, tak jak w czasach „pampersów” przemilczałem, wyciszałem lewicowe składniki mojej „brzozowszczyzny”. Brzozowski w sprzyjających okolicznościach też mógł być „pampersem”. Oczywiście nie tym marzącym jedynie o zastąpieniu Jerzego Urbana i Marka Króla w ich willach w Konstancinie, gdzie taki „pampers” zahodowałby natychmiast „rodzinę na swoim”, na ścianie szykownej jadalni zaraz zamiast „gołej baby” zawiesił krzyż i symbol Polski Walczącej (Marek Król sam takiej zmiany na swojej ścianie dokonał), a zamiast Kombi puścił sobie Kaczmarskiego (Urban puszczający sobie Kaczmarskiego, po kryjomu, w basemencie? – ciekawy obrazek). Ale byli też „pampersi” łaknący sprawiedliwości, nawet jeśli naiwnie i w pomieszaniu. Bardzo wielu z nas ma w sobie tę skazę (niezależnie oczywiście od naturalnej żądzy przeżycia, w dodatku, jeśli się da, na jak najlepszych warunkach), po wszystkich stronach barykady, choć potrafimy sobie oczywiście z tą skazą radzić lepiej lub gorzej. Brzozowski mógłby zatem być w jakimś momencie „pampersem”, mógłby też być członkiem zespołu Krytyki Politycznej, może nawet potrafiłby być Karoliną Wigurą przeprowadzającą wywiad z Wojciechem Łukowskim na portalu KL. Pewnie w każdej z tych ról miałby też sobie coś do zarzucenia, ale z całą pewnością znalazłoby się w Polsce po roku 1989 parę ról, w których Brzozowski poczułby się gorzej.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...