|
Najpierw pokołyszmy się przez chwilę na falach ostatnich sondaży. Wynika z nich, że posłów Prawa i Sprawiedliwości będzie w kolejnym parlamencie więcej niż w tym, a może nawet Jarosław Kaczyński znów odzyska władzę lub choćby udziały. Ciekawe, czy wtedy będzie robił to, co obiecywał w kampanii Joanny Kluzik-Rostkowskiej, czy to, co po przegraniu wyborów obiecywał na łamach „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza. Sam nie wiem, co mnie bardziej dobija: czy to, że człowiek, na którego kiedyś głosowałem jest szczerym faszystą (powtarzam moje osobiste kryteria: nie, nie marsze z pochodniami, bo to dzisiaj potrafią pierwsi lepsi kibole, ale instrumentalny populizm, instrumentalny nacjonalizm, instrumentalna religia, instrumentalna nostalgia za starymi dobrymi czasami i najbardziej chyba skuteczne ze wszystkiego instrumentalizowanie zranionej peryferyjnej godności), czy to, że tylko faszystę udaje, ale i na udawanym faszyzmie może w dzisiejszej Polsce spokojnie zebrać tyle samo głosów, ile w późnym Weimarze NSDAP zbierało na faszyzmie prawdziwym. To mówi nam wiele nie tylko o Kaczyńskim, ale także o błędach tych, którzy dzisiejszą Polskę długo budowali. Może błędach koniecznych, nie wiem, nic już nie wiem, kiedyś wszystko wiedziałem, wtedy nadawałem się na wyborcę PiS-u albo na publicystę nowego tygodnika opinii, jaki właśnie wydają „eksterminowani” z „Rzepy” (błogosławieństwo na drogę, albo klątwa, whatever, tylko czemu Lisicki nazywa swój nowy organ „jedynym konserwatywno-liberalnym głosem w debacie publicznej”, zawsze ta eksterminacja w podtekście, groteskowa sugestia w kraju, w którym prawie wszyscy stali się po drodze konserwatywno-liberalni).
„Ossich należy usypiać, a nie obrażać. Wtedy wymrą, a nie zostaną eksterminowani. Modernizacja przez sen. Czy jest możliwa modernizacja przez sen?”.
W ten sposób muszą sobie rozmawiać panowie świata. W tej jednak rzeczywistości dzień gniewu rozchwiewa partię rządzącą.
Przestaję się dziwić, że na peryferiach dziennikarze nie obsłużeni wystarczająco przez reżim, nie zaproszeni do telewizji publicznej albo do KRRiTV, politycy aktualnie w opozycji, biznesowe lobby nie mające w tym rozdaniu dostępu do ministerstwa, które je interesują, Solorz, któremu zabiera się składki na OFE… - traktują słabą władzę jak rekiny krwawiącego nurka. Władza na peryferiach, a może w ogóle władza w dzisiejszej medialnej demokracji, zawsze krwawi. Do czego zatem podłączyć projekt (emancypacji, modernizacji, sekularyzacji, amen)? Kiedyś do absoutyzmu, od Józefa II, Napoleona, Aleksandra I, Bismarcka, Mikołaja II, skończywszy na Ataturku. A dzisiaj? Do społeczeństwa obywatelskiego, odpowiedzą niektórzy, a jeśli społeczeństwo obywatelskie przestaje być Fundacją Batorego i zaczyna być… np. Fundacją Świętego Mikołaja?
Many thousands, all so, so angry… jak mówi pewien uczestnik wiecu na Placu Wyzwolenia przez komórkę do dziennikarza France24 w studio. Potem posłuchałem sobie Žižka, który tym razem dla globalnej widowni telewizji Al-Dżazira udawał oświeceniowego optymistę. Ubrany w czarnego t-shirta z jakąś nadrukowaną budowlą, na pewno znaczącą, ale ja nie rozpoznałem, z gustownie nieuczesaną fryzurą i nieodświeżoną brodą opowiadał o dowodzie na abslotutny uniwersalizm ludu, jakim są manifestacje prodemokratyczne w każdym miejscu świata wyglądające z grubsza tak samo. „Kłam zadany rozmaitym liberalnym multi-kulti” pointuje Žižek, a jego rozmówcą jest Tarik Ramadan - łączenie Al-Dżaziry z Oxfordem. Też nie mówiący całej prawdy swojemu ludowi, ale to i tak jakiś odpoczynek po Jacku Pałasińskim i jego zbyt już poczciwych konserwatywno-liberalnych (o, jest w tym kraju jeszcze jakiś drugi konserwatywno-liberalny głos poza głosem Pawła Lisickiego) mądrościach. Potem zobaczyłem speca od wojskowości na BBC, twardego faceta w stylu Dziewulskiego, którego interesują militarne gadżety, a nie jakieś tam pieprzenie o demokracji i władzy na peryferiach. Wśród starszych pojazdów opancerzonych armii egipskiej wypatrywał krążących po Kairze Abramsów i nakręcał się na temat ich parametrów technicznych - zasięg, dokładność strzału, grubość pancerza, kaliber działa, a przede wszystkim elektronika, jaką je nafaszerowano. Ciekawe czy do „intymidacji” ludowych rozruchów za kilka lat zaczną być używane niewidzialne bombowce klasy Stealth (jeśli Ameryka, Chiny i Rosja zaczną je już wtedy dostarczać swoim zaprzyjaźnionym trzecioświatowym zamordystom)? I czy będą skutecznie odstraszać, jeśli ich nie widać?
Mój dzień gniewu upływał na konstatacji, że nie wyprodukowałem na czas tekstu, nie mówiąc już o przeczytaniu czegokolwiek. Zatem ostatni obraz pocieszenia: brodaty islamista w tradycyjnej galabiji z napisem „Game Over” na kawałku tektury, po angielsku i po arabsku, jakby przed chwilą wstał od komputera, na którym przez parę godzin grał w Call of Duty po stronie Amerykanów. Co zresztą akurat mogło być prawdą.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w czwartki.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...