|
Sarko i Berlusconi apelują o przywrócenie kontroli na granicach wewnętrznych strefy Schengen. Apelują przede wszystkim do swoich wyborców: „My jesteśmy co prawda bezsilnymi burakami; imigranci, brudasy, araby, islamiści itd., przed którymi mieliśmy was obronić (obiecywaliśmy wam to w kolejnych populistycznych kampaniach wyborczych), wlewają się nam drzwiami i oknami, ale patrzcie! Choć tak niewiele nam wyszło, my szczerze chcielibyśmy bronić was przed brudasami… Gdyby nie ta Europa…”. Ten atak na strefę Schengen jest absurdalny, bo akurat do królestwa wielkiego Berlu „Arabowie i islamiści” nie dostają się przez lotnisko w Monachium ani autostradą z Wiednia, ale jako boat people przez Morze Śródziemne. Do Francji – poza tymi, którzy przylatują na Orly (lotnisko w stanie kompletnej dekadencji, ale wciąż obsługujące całą Afrykę Północną) – dostają się z Włoch. A jednak oba łacińskie samce alfa (przemawia przeze mnie pogarda „północnoeuropejskiego socjaldemokraty” dla „południowców”) spotkały się, potupały, pochrząkały, podrapały się po owłosionych zadach i klatach, a następnie postanowiły wspólnie „nadmierną otwartość strefy Schengen” uczynić lokomotywą wyborczą wiozącą ich niebywale rozrośnięte cojones ku kolejnym zwycięstwom w parlamentarnych czy prezydenckich wyborach. Prawica bywa toksyczna w każdym kraju – „łacińskim”, „śródziemnomorskim” – nie tylko w Polsce (o tym, że Polska jest krajem „łacińskim” i „śródziemnomorskim” dowiedziałem się nieomal równolegle z „Zeszytów Literackich” i od Feliksa Konecznego, długo im nie wierzyłem, ale przyglądając się wczoraj Sarko i Berlusconiemu doszedłem do wniosku, że zarówno „Zeszyty Literackie”, jak i Koneczny mają absolutną rację). Jednak renacjonalizacja w wykonaniu Sarko nie jest aż tak żałośnie groteskowa, jak w wykonaniu naszych polskich prawicowych „łacinników” i „śródziemnomorzan” (to ostatnie zabrzmiało jak z Ursuli Le Guin), bowiem silniejsze narody (które nie załapały się na pół wieku rozwoju zależnego od Moskwy) renacjonalizacja jedynie osłabi. Te słabsze – np. Polaków – zniszczy (Butenko pinxit, Kapitan Europa dixit).
Wildsteina czy Ziemkiewicza rozwalenie strefy Schengen pewnie nie obejdzie, bo oni są gwiazdami prawicowego „salonu” i im zawsze jakiś neokoński think tank wizę wjazdową załatwi. Za to ja, wraz z ludem „z niższej klasy średniej”, utracę przywilej rozbijania się (bez spotkania z jednym chociażby pieprzonym celnikiem, który w dowolnym języku powtórzy mi słówko będące koszmarem mojej młodości: Ausweiskontrolle!) pomiędzy końcem nieukończonej autostrady Kulczyka, a Kanałem La Manche i z powrotem, jak jakieś szalone wahadło („my, wydrążeni ludzie,/ my, chochołowi ludzie,/ razem się kołyszemy po tej strefie Schengen wte i wewte…” - to oczywiście parafraza ulubionego poety Wojciecha Wencla T.S. Eliota, który osobiście zaprowadził Wencla do redakcji „Naszego Dziennika”).
Zwierzaki rozwalają projekt, który mógłby uczynić je ludźmi. Teraz w 100 procentach poleciałem Stanisławem Lemem, znanym zwolennikiem oświecenia bez dialektyki, bo wielka radość polskiej prawicy z renacjonalizacji Europy przypomniała mi Pamiętnik znaleziony w wannie i opisaną tam radość „murzynów” (Lem był rasistą, no i cóż z tego, niejedno podobne odkrycie, niejeden podobny coming out obserwowaliśmy tutaj w ciągu ostatnich miesięcy, niejeden jeszcze nas czeka; poza tym oczywiście Lem był jednym z najlepszych światowych pisarzy SF, taka korelacja często się zdarza w tej mojej ulubionej kulturowej niszy – patrz H.P. Lovecraft). Kiedy w „świecie białych” rozpoczyna się „epidemia papyrolizy” prowadząca do rozkładu wszystkich papierowych dokumentów, książek, całej zakumulowanej przez wieki „białej kultury”, „murzyni” w swojej „Afryce” wybuchają ogromnym entuzjazmem: „Już nie będziemy musieli zrzucać sukienek ze słomy, wbijać się w spodnie i doganiać, nadążać…” – tak z grubsza brzmiały ich zachwyty w Pamiętniku znalezionym w wannie, tym mało subtelnym wytworze oświecenia bez dialektyki. Polska prawica patrząc na rozwalanie europejskiego projektu zachowuje się jednak dokładnie tak samo mało subtelnie jak „murzyni” Lema. „Wreszcie nie będziemy wbijać się w spodnie, dał nam przykład Berlusconi, jak zwyciężać mamy… człowieczeństwo w sobie”.
Jakby apokalipsa była jeszcze za mała, z resztek dialektyki zrezygnował także mój ulubiony globalny kapitalizm. Spekulacja na surowcach, to było wczoraj, teraz pora na spekulację na żywności (to prezes Banku Światowego ostrzega, a nie jakiś Chomsky). Kasy jest mnóstwo (budżety państw dały ją funduszom i bankom, żeby te już wreszcie „kredytami wsparły produkcję”), wartość pieniądza umowna, umowa zerwana, dlatego chińscy deweloperzy traktują miedź jako zabezpieczenie bankowe, gromadzą ją w magazynach i na statkach, windując jej cenę; fundusze hedgingowe podobnie traktują ropę, a teraz jeszcze olej, cukier i zboże. Posiadacze pieniędzy wykańczają w ten sposób produkcję z dwóch stron. Po pierwsze, nie inwestując w nią („za duże ryzyko, za mały zysk, za bardzo odłożony w czasie…” – tłumaczył mi z przekonaniem młody francuski makler w japońskiej restauracji w Chicago w drugim roku kryzysu). Po drugie, traktując potrzebne do produkcji surowce jako lokatę, windując ich ceny, robiąc z nich sobie spekulacyjną bańkę. Traktowanie w ten sam sposób także oleju, cukru czy zboża rozwala w dodatku społeczny ład wszędzie tam, gdzie ludzie pieniędzy na olej, cukier czy zboże nigdy za dużo nie mieli. Przepis na wolnorynkową apokalipsę. Nikt oczywiście nie ma takiego planu, planu przecież nie ma.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...