|
Zacznę od obszernej reminiscencji, trochę jednak związanej z podstawowym tematem tego felietonu. Jakiś czas temu z prawdziwym zaciekawieniem przeczytałem przeprowadzony dla portalu KP wywiad Michała Sutowskiego z Markiem Balickim. Chętnie wysłuchałbym odpowiedzi Ewy Kopacz na tak merytoryczną krytykę peowiackiego projektu reformy polskiej służby zdrowia (z posmoleńskim PiS-em pani Kopacz musi rozmawiać wyłącznie o sekcjach zwłok, co jest dla niej tematem bez porównania łatwiejszym). Jednak szanse na przyszłą parlamentarną dyskusję Balicki-Kopacz są niezwykle małe, bo Balicki przy tym poziomie merytoryczności nie ma większych szans na ponowne wejście do Sejmu, o ile nie wystartuje znowu z jakiejś listy mniej merytorycznej od niego. Dlatego też, aby zerwać z moim wizerunkiem jałowego złośliwca, postanowiłem wybić się na pozytywność i zaproponować grupie szanowanych przeze mnie osób wspólne poświęcenie się i założenie skutecznej masowej partii dla Balickiego. W tym celu ja sam jestem gotów zacząć zbierać grzyby (najchętniej odwiedzę w tym celu Otłoczyn pod Toruniem, gdzie jako dziecko ćwiczyłem wielokrotnie sztukę zbieractwa; Otłoczyn to dzięki zróżnicowanej glebie prawdziwe zagłębie prawdziwków, podgrzybków, maślaków, a czasem można tam nawet znaleźć Pielewinowskiego muchomora). Michał Sutowski mógłby częstować jabłkami ostatnich robotników wychodzących z fabryki FSO na Żeraniu, Jaś Kapela zorganizować protesty pod pałacami biskupów, a na parapecie papieskiego okna w Krakowie wyłożyć wódkę i zakąskę (można to przedstawić jako piątą awangardową część „Dziadów”, powiedzmy „Dziady Biłgorajskie”). Nie wiem, kto podejmie się opowiadać w mediach o wielkim rozbłysku, jaki poprzedził upadek Tupolewa w Smoleńsku, a przecież wiemy, że takie historie to również nieodzowny składnik skutecznej polityki tabloidowej w Polsce.
Ja się, jak już wielokrotnie powtarzałem, tabloidów nie wstydzę, więc biorę na siebie grzybki. Wszystko po to, żeby Balicki mógł za rok znowu wejść do Sejmu i kontynuować tam merytoryczną dyskusję z Platformą. W tym celu jednak musimy przestać obrażać się na populizm i „postpolitykę”. Populizm jest nie od dzisiaj jedynym kluczem do władzy. Nawet „wojna pałacom, pokój chatom” (cyt. za Chamfort/Lenin) to przecież pierwszorzędne hasło populistyczne. Nie mówiąc już o tym, że również niezrealizowane, gdyż zarówno w rewolucyjnej Francji, jak też w Rosji radzieckiej chaty poszły pod nóż parę lat po pałacach (Francuzom przydarzyło się to w Wandei, a Rosjanom, kiedy na większą skalę zaczęło się „rozkułaczanie”).
W Sejmie tej kadencji najsilniejsza partia opozycyjna dyskutuje z Platformą na niższym poziomie, niż to proponuje Balicki. Były minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego i jego główny dzisiaj ekspert od medycyny prenatalnej Bolesław Piecha opowiada tam na przykład o bliźniakach jako o patologii, choć biorąc pod uwagę to, kto jest szefem Piechy, rzecz wydaje się nie do uwierzenia. Podczas pierwszego czytania projektów ustaw o in vitro Piecha przestrzegał z mównicy sejmowej przed abominacją, jaką są wynikające ze stosowania metody in vitro „częstsze niż w naturze” ciąże wielokrotne, ze szczególnym uwzględnieniem bliźniaków jednojajowych: „Bo jeden bliźniak może być słabszy od drugiego albo wręcz uszkodzony, mogą też być dotknięci różnymi wadami”… snuł swoje rozważania Bolesław Piecha, bo co prawda Kaczyński w Kościół nie wierzy, ale wciąż jeszcze ma nadzieję zaprząc tę instytucję do osłaniania resztek jego partii dorzynanej właśnie z jednej strony przez PO, a z drugiej przez koalicję autorów paru najbardziej udanych kampanii Prawa i Sprawiedliwości. Zatem Piecha zaczął kombinować i wymyślił tych patologicznych bliźniaków jako przykład jawnie „nienaturalnych” konsekwencji in vitro. Słuchając o bliźniactwie jednojajowym jako abominacji, zastanawiałem się, czy Prezes to słyszy, ale w tym momencie kamera TVN24 przejechała po sali - sala była pusta, Prezesa też tam nie było, wrócił dopiero na głosowanie, żeby go czasem o. Rydzyk nie wyczytał z największej ambony świata. Właściwie mało kogo w Sejmie ten rytuał interesował, bo in vitro, ważne i realne dla par bezdzietnych „na dole”, na poziomie Wiejskiej staje się tylko pionkiem do przesuwania na szachownicy. Stąd też zaraz po wykonaniu paru ruchów rytualnego otwarcia ogłoszono przerwę w pracach Sejmu, a szachiści poszli się kopać do mediów.
A teraz przejdę do aktualnego tematu. 11 listopada, czyli w Dzień Niepodległości (cyt. za Roland Emmerich) dwie grupy najbardziej chyba oddalone od realnej władzy w tym świecie (czerwoni i brunatni) próbowały spuścić sobie wzajemnie wpierdol. Najpierw to czerwoni spuścili wpierdol brunatnym w wagonie drugiej klasy PKP na wysokości Sochaczewa, zanim jeszcze policja państwowa nie spuściła im wpierdol w centrum Warszawy (brunatni byli tym razem najbardziej spokojni, oni przyjechali do Warszawy żeby być „ofiarą” i w zasadzie im się udało). Jak się okazuje, łatwiej w Sochaczewie radykalnej lewicy dorwać „faszystowskie zwierzęta” (cyt. za Michał Sutowski, niestety, bo reszta jego tekst nie jest tak zupełnie od czapy) z blokowisk niż Bernankego, Busha, Obamę, Blaira i w ogóle… uczestników kolejnych szczytów G-20 oddzielonych zazwyczaj od lewackich manifestantów o wiele skuteczniej niż „faszystowskie zwierzęta” z blokowisk - tak samo jak czerwoni bojownicy z tychże blokowisk wykluczone z władzy i fruktów. Ja na tym portalu zawsze chwalę uczestników szczytów G-20, jak również Tuska i Sikorskiego, a kapitalistyczną globalizację widzę jako siłę emancypującą (szczególnie w feudalnej i kontrreformacyjnej Polsce), więc powinno mnie satysfakcjonować to, że radykalna lewica zamiast spuścić wpierdol uczestnikom szczytów G-20, spuściła wpierdol innym radykalnym wrogom kapitalistycznej globalizacji jadącym drugą klasą do Warszawy na manifestację, gdzie swoją społeczną frustrację próbowali zamienić na ładnie brzmiące (to jest ironia panie Ikonowicz) hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Powinienem milczeć, bo większość odwiedzających ten portal uważa zadymę 11 listopada za polityczny sukces lewicy. Ale czasem mój stary duch anarchisty milczeć mi nie pozwala i wtedy wyję z bezsilnego gogolowskiego śmiechu. Jak kiedyś 11 listopada zamaskowani redskins dorwą w wagonie drugiej klasy PKP na wysokości Sochaczewa Dicka Cheneya i spuszczą mu wpierdol, to co prawda będę się hipokrytycznie po liberalnemu oburzał na tę niedopuszczalną polityczną przemoc, ale w głębi duszy uznam to za realny polityczny sukces radykalnej lewicy. Tymczasem ten Dzień Niepodległości był jak zwykle politycznym sukcesem Platformy Obywatelskiej.
Czytałem na tym portalu trochę głosów antyliberalnej lewicowej sympatii i trochę głosów antyliberalnego lewicowego współczucia dla Jarosława Kaczyńskiego z okresu posmoleńskiego, dla obrońców krzyża („niech stoi”), dla moherów… ale oni przez moment mogli zdobyć władzę utuczeni na smoleńskich trupach i tylko dlatego obrażałem ich wtedy na różne sposoby. Obrażałem posmoleńską prawicę, kiedy mogła zdobyć władzę (dzisiaj już chyba nie może, a ja wciąż ją obrażam, więc uczciwie mówiąc też jestem niekonsekwentny), bo taka była moja walka, a nie dlatego, że pogardzam moherami czy wykluczonymi spod krzyża. Młode „faszystowskie zwierzęta” z blokowisk są dziś oddalone od władzy nieporównanie bardziej niż Jarosław Kaczyński pomiędzy 10 kwietnia i 4 lipca. Wypróbujcie na nich swoją społeczną wrażliwość, z nimi zjedzcie kolację, może się czegoś o nich dowiecie. „Faszystowskie zwierzęta” z blokowisk, kiedy są w grupie, potrafią kogoś wziąć na buty, a nawet i zabić (wszystkie ofiary to do siebie mają, że kiedy przez chwilę poczują się silne, natychmiast spuszczają wpierdol jakimś innym ofiarom, bo prawdziwa hegemonia w dalszym ciągu jest poza ich zasięgiem). Ale mnie, bardziej niż „faszystowskie zwierzęta” po stronie brunatnej wkurzał elegancki przyjaciel ludu z „Rzeczpospolitej” Rafał Ziemkiewicz. Bo on - tak jak w Ameryce sponsorowani przez Halliburton, Murdocha i Enron ideolodzy i medialne gwiazdy Tea Party - także używa ludowego gniewu łowców aligatorów i brunatnych z blokowisk do osłaniania własnych ulg podatkowych, które ma zarówno jako dziennikarz (50-procentowe koszty uzysku), jak też jako rolnik ze śródmieścia Warszawy (emerytura i opieka zdrowotna prawie za friko). Jeszcze się tym chwali, podobnie jak Al Capone, który w wywiadach dla Chicagowskich tabloidów opowiadał, że szmugluje wódę z Kanady, żeby przełamać bezradność prostych obywateli wobec wszechpotężnego rządu federalnego ogłaszającego prohibicję (istotnie, nie najmądrzejszym pomysłem była ta cała prohibicja, ale żeby od razu sympatyzować z Capone?). Zatem Ziemkiewicz mnie wkurza, kiedy broni „ludu” przed „salonem”, „gejami” i „Gazetą Wyborczą” narażając się na liczne finansowe prześladowania. Natomiast co do „faszystowskich zwierząt” z blokowisk, to dając im polityczny odpór, zawsze pamiętajcie, że są w takiej samej dupie jak wy, szlachetne czerwone dzieci Warszawy, a może nawet w głębszej. Więc walczcie politycznie o delegalizację ugrupowań faszystowskich czy antysemickich w tym kraju, ale swoje młode pięści zachowajcie może na inną okazję. Tym bardziej że - powtórzę to jeszcze raz – to, co się działo 11 listopada na ulicach Warszawy nabijało punkty PO (co znowu mnie akurat nie martwi, ale was powinno), umacniało mainstreamową narrację TVN-u i „odzyskanych” mediów publicznych, w której jedynymi legalnymi obchodami Dnia Niepodległości stały się obchody z udziałem Bronisława Komorowskiego i muzealnych tankietek. Zatem jakie byłoby moje pozytywne „Final Thought” na dzisiaj (naprawdę wolę Jerry’ego Springera niż „słowo na niedzielę”)? Zacznijmy jak najszybciej zbierać grzyby i rozdawać jabłka dla Marka Balickiego, nawet gdyby dzięki tej akcji miały na niego w tym kraju zagłosować same tylko jeże.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...