|
Rządzi nami już nie jeden anestezjolog, ale dwóch – Tusk i Komorowski. Tusk, korzystając z głębokiej śpiączki farmakologicznej, od czasu do czasu podłubie jednak pacjentowi choćby w zębie, bo zajęcie się trawiącymi go poważniejszymi schorzeniami byłoby „na razie” niepotrzebnym ryzykiem, a poza tym… i tak niewiele da się zrobić dysponując jedynie tępym i niewygotowanym skalpelem polskiego państwa, podczas gdy tacy Niemcy, panie dziejaszku, ci to operują laserem. Tusk przynajmniej przy pacjencie z jakimś medycznym sprzętem zapozuje, coś drażniącego do ucha mu powie, od czego płaskie zazwyczaj wykresy na ekranach stojącej dookoła aparatury informującej o pracy mózgu i serca uśpionego pacjenta trochę się jednak wybrzuszą, dając tak potrzebne nam wszystkim „znaki życia” (cyt. za Werner Herzog, film z 1968 roku pod takim właśnie tytułem, gdzie po raz pierwszy w kinie światowym pojawia się Stroszek, który dziesięć lat później popełni samobójstwo w słynnej scenie z tańczącym kurczakiem, która przy okazji zabije też Iana Curtisa z Joy Division).
Tymczasem prezydent Bronisław Komorowski to anestezjolog stachanowiec. On nic, co by mogło uśpionego pacjenta ożywić, nawet nie wyszepce, zwiększa tylko i zwiększa bez opamiętania dawki narkozy. Stężenie 55, 70, 75 procent – wprost proporcjonalne do rosnących prezydentowi słupków zaufania społecznego. Nic, tylko przedawkowywać. Jest jednak granica, po której przekroczeniu stanu leżącego na stole operacyjnym kadłubka już nawet nie da się określić mianem śmierci klinicznej. To już będzie trup, trup, zwykły trup, nie do wybudzenia, choćby mu nawet trąby jakiejś geopolitycznej apokalipsy, jakiejś nowej „wojny narodów” (o którą Bronisław Wildstein modli się od czasu, kiedy wysłuchał paryskich wykładów Adama Mickiewicza) nad uchem zagrały.
Komorowski dociera do tej granicy, proponując w przyszłe Święto Niepodległości jedną wielką manifestację, w której ramię przy ramieniu pójdą wszystkie siły polityczne tego kraju, wszystkie środowiska – od PiS-u po Ruch Palikota, od Młodzieży Wszechpolskiej po Krytykę Polityczną – a na czele stanie prezydent. Ta wizja, która nieubłaganie przypomina pochody pierwszomajowe sprzed 1989 roku, dowodzi, że w najgłębszych pokładach swej podświadomości prezydent Bronisław Komorowski nie różni się od o. Tadeusza Rydzyka. Obaj uważają, że Polacy są organiczną jednością, żyją w zgodzie, wspólnie przeżywają własną, tak samo jednolitą narodową historię, a jeśli się różnią, kłócą, a jeszcze, nie daj Boże, robią to na ulicach, to tylko dlatego, że musiał się w to wmieszać Diabeł (cyt. za Andrzej Żuławski, film z roku 1972, jeśli już trzymamy się kinematografii).
W tym wypadku muszę niestety przyznać słuszność Młodzieży Wszechpolskiej, która nie chce Komorowskiemu „swego marszu” oddać, a nie naszemu prezydentowi, którego wielki projekt jest głęboko zakorzeniony w takiej wizji narodowej jedności, w której ja ani się nie odnajduję, ani odnaleźć bym się nigdy nie chciał. Czym innym jest bowiem nikły i zazwyczaj silnie naznaczony patologiami potencjał polityczności Polaków, któremu nie ufam, bo zazwyczaj aktualizuje się jako upiorna czkawka sarmackich demonów wcielających się to w Dorna, to w Kaczyńskiego, to w Ziobrę. Ale czymś równie patologicznym jest przedpolityczne przekonanie Bronisława Komorowskiego (inny gatunek Sarmaty, raczej Pan Jowialski – cyt. za Kinga Dunin – niż Cześnik Raptusiewicz), że na pochody chodzimy razem albo nie chodzimy wcale.
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że to stado najbardziej mainstreamowych dziennikarzy, publicystów i komentatorów (ach, kogóż w tym gronie nie było, sympatycy PO, nawet SLD) ośmielało naszego prezydenta do zaproponowania tej wizji narodowej jedności, próbowało ją wręcz na nim wymusić. To od ludzi, którzy sami siebie uważają za liberałów i demokratów, słyszeliśmy, że narodowe święto należy obchodzić wspólnie, a ci, którzy się do wspólnoty nie poczuwają, „ukradli nam święto”.
A ja mogę sobie pobuczeć, poskakać na jednej nodze, jestem przecież tylko dziwakiem, a poza tym jako uczestnik „Kolorowej Niepodległej” współodpowiadam za ponowne sprowadzenie Krzyżaków do Polski. I w przyszłorocznym marszu jedności narodowej, poprowadzonym przez prezydenta Komorowskiego, powinienem pójść w pokutnym worku i z powrozem na szyi. Czemu jednak milczą ludzie poważniejsi ode mnie, czasem pełniący nawet funkcje ministrów w kancelarii naszego prezydenta, którzy muszą przecież doskonale wiedzieć, że propozycja Komorowskiego to peryferyjna parodia demokracji i liberalizmu? Liczą na zapewnienie dzięki temu pomysłowi prezydentowi 90-procentowego wskaźnika społecznego zaufania? Liczą na Orła Białego? Jeśli tak, pozostaje mi dedykować im wszystkim przypomniany już przez Jasia Kapelę refren uznanej niespodziewanie za wyjątkowo kontrowersyjną piosenki Tymona Tymańskiego: „Nikt nie będzie nam bezkarnie i bezwstydnie wszem i wobec/ lżyć, upadlać, lekceważyć, kalać, szmacić i centralnie/ dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orła białego, dymać orłą białego, dymać orła białego, dymać orła białego…” (uff, jak się raz zacznie, to przestać nie można). Ja emocje Tymona Tymańskiego doskonale rozumiem. Tylko żal mi ptaka.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...