|
Łużkow udający bolszewika z trzema miliardami dolarów, Blair wypływający na szerokie wody doradztwa inwestycyjnego i nieformalnego lobbingu z majątkiem ocenianym zaledwie na 20 milionów funtów (podobno dorobił się na swojej biografii, patrz „autor widmo”), Schroeder w Gazpromie. W Polsce wielokadencyjny lewicowy prezydent, z Torunia, fotografuje się z o. Rydzykiem i jemu idzie na rękę, jeszcze inny, z Rzeszowa, ma do Napieralskiego pretensje, że z tym krzyżem za ostro wojuje i pisowscy wyborcy mogą lewicowego prezydenta Rzeszowa na kolejną kadencję nie wybrać.
A wszystkie te zupełnie poczciwe tryumfy lewicy i tak mają się nijak do męczeństwa prawicy. Bogusław Sonik (wildsteinowska frakcja w PO) cierpi w swojej partii władzy męki pod Palikotem („o Panie Tusku, skróć ten miecz, co siecze kraj”), którego nazywa „lewakiem”, wprowadzając w błąd co najmniej kilku krakowskich wyborców Platformy. Wprowadzając ich w błąd celowo i nieco cynicznie, bo Sonik był na Zachodzie przez całe lata 80., a teraz jest już przez drugą kadencję europarlamentarzystą, więc musi wiedzieć, że obyczajowe poglądy Palikota nie różnią się specjalnie od „lewactwa” Sarko (związki partnerskie, parytety, przerywanie ciąży, umiarkowany ale jednak republikański stosunek do świeckości państwa), „lewactwa” Aznara (związki partnerskie), „lewactwa” Merkel i powiedzmy Bossiego…, a nawet od „lewactwa” republikańskich, konserwatywnych sędziów amerykańskiego Sądu Najwyższego, którzy mimo że przez ostatnie trzydzieści lat czasami bywali w większości, nigdy nie zrobili krzywdy precedensowi Roe versus Wade. Gospodarcze poglądy Palikota są z kolei nieco, a czasami nawet sporo na prawo od poglądów wszystkich tych zachodnich „lewaków”. Ale „lewak” to dobrze brzmi w uszach Polaków, więc kto by się ograniczał. Jan Pospieszalski wciąż prześladowany, on i jego wartości, ale skoro SLD-owskiego p.o. prezesa telewizji publicznej nie uznał sąd, a Dworak, Dąbrowski i inni zbliżają się do Woronicza bardzo powoli i cywilizowanie (po co się spieszyć, skoro Kaczyński wciąż odstawia leki), więc Jan Pospieszalski może być prześladowany, skarżąc się na falach telewizyjnej Jedynki, podobnie jak Wildstein. „Mury” Kaczmarskiego znów puszczane w radiowej Trójce, tym razem po ostatnim być może wywiadzie Joanny Lichockiej z Prezesem (naprawdę fajna, sympatyczna dziewczyna, ale co zrobić, kiedy też patetyczna). PO będzie ponoć wyrzucać razem z SLD „prawicowców“ z mediów publicznych, tak jak kiedyś PiS razem z LPR-em i ludowcami z „Samoobrony” wyrzucało „nieprawicowców”. Swego czasu nawet publikowałem prasowe apele, ostatni po wyrzuceniu Krzysztofa Skowrońskiego, żeby Platforma nie usuwała prawicowych dziennikarzy hurtowo, bo „środowiska twórcze”, które ich zastąpią, prędzej czy później rzucą się jej do gardła, tymczasem niektórzy „prawicowcy” zawsze jeszcze mogą się nawrócić, choćby na konserwatywny pragmatyzm biznesowej frakcji „Rzeczpospolitej”. Ale po Smoleńsku… no cóż, „łańcuch kołysze się u nóg”.
Polityka historyczna obozu solidarnościowego też o kant… stołu potłuc. Antykomunizm dla skotłowanych muminów, znaczy wirtualny i piarowy. Podczas gdy w realu… świecka solidarnościowa lewica używała pułkownika Lesiaka, Episkopat funkcjonariuszy IV Departamentu, a Jarosław Kaczyński ś.p. prokuratora Wassermanna (ostatni krakowski prokurator, który jeszcze w 1989 roku ścigał Wolność i Pokój za okupację studium wojskowego), sędziego Kryże, a w swej najłagodniejszej odmianie działacza ZSP i PRON-u Karskiego. Bo każdy solidarnościowiec wie, że tylko dawni fachowcy znają się na państwie.
Powiedz mi coś, czego nie wiem. Zdzisław Krasnodębski w katolickim miesięczniku „Nasza Rodzina” (no, zgadnij czyja, koteczku?) udaje z Bremy maryjowca i pisze o „trudnych czasach prawej Polski” (poważnie, sam bym takiego cytatu nie wymyślił). Pani minister z liberalnej PO narusza prywatność Krzysztofa Śmiszka, upubliczniając jego związek, bo z argumentami w dyskusji zawsze było u niej kiepsko. Podobnie jak wcześniej redaktorzy i publicyści polskiej liberalnej prasy, kiedy z argumentami w dyskusji było u nich kiepsko, naruszali prywatność swoich nieco zbyt rozhukanych konserwatywnych polemistów, z kolei redaktorzy naczelni i publicyści prasy konserwatywnej naruszali prywatność swoich polemistów zarówno liberalnych, jak też konserwatywnych, a pewien prawicowy prezes próbował nawet naruszyć prywatność pewnego prawicowego redaktora naczelnego, kiedy ten go zdradził. W ogóle, od dawna każdy obóz naruszał tutaj prywatność swoich przeciwników czy choćby konkurentów, więc może wreszcie Unia Europejska stanie w tym kraju na straży klauzuli sumienia… I wszyscy się przeproszą, lew legnie u boku jagnięcia, a pewien zootechnik zacznie szyć ciepłe skarpetki dla królików na zimę, żeby im łapki nie marzły (cyt. za Andriej Płatonow, Juwenilne morze, wspaniała wizja porewolucyjnej apokatastasis, gdzie nie tylko minerały śpiewają, jak u taty Wierchowieńskiego, ale nawet „zmącony umysł bydlątek” staje się racjonalny pod wpływem rewolucji bolszewickiej. I tylko nie wiem dlaczego Fadiejew uważał, że Płatonow ironizuje – to była nieprawda - a Stalin posłał mu syna do łagru).
Litanię można by ciągnąć, choć się nie rymuje, i bardzo żałuję, że kiedy brak mi felietonowego natchnienia i do ziemi przyciska jesienna depresja, nie potrafię złożyć nawet prześlicznego wierszyka o misiach. Jezu, ale dół.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...