|
Najstarsi spośród czytelników portalu KP pamiętają zapewne dowcip z czasów Stalina, gdy Trocki ze swoją koncepcją światowej rewolucji odszedł już w niepamięć: „Czy możliwy jest socjalizm w jednym kraju? Tak, ale żyć wtedy lepiej w jakimś innym”.
Czy wobec globalnego rynku i jego globalnego kryzysu możliwa jest demokracja w jednym kraju, szczególnie tak słabym jak Grecja? Moim zdaniem, nie. Znany miłośnik demokracji (nauczył się tej miłości zapewne od Korwin-Mikkego) Rafał Ziemkiewicz wychwala ją ostatnio w „Rzepie”, ale wyłącznie w jednej funkcji: niech mi grecka demokracja rozwali „eurokołchoz”, niech mi rozwali „eurokołchoz”, niech mi rozwali… Taka to „demokratyczna” modlitwa.
Grecy Ziemkiewicza zawiedli (nie tylko jego i część prawicy, ale też część lewicy). Nie akceptują propozycji Kaczyńskiego: „wracamy do drachmy!”, bo w ogromnej większości wolą pozostać przy euro. Wiedzą, że drachma, gdyby wróciła, byłaby śmieciowym pieniądzem, jak nasza złotówka. Nad śmieciowym pieniądzem nie panują politycy narodowi (ani Papandreu, ani Kaczyński, ani Rostowski), ale śmieciowi spekulanci walutowi, których nie stać na zabawę brytyjskim funtem, frankiem szwajcarskim czy jenem, więc bawią się złotówką, forintem i czeską koroną. Radość z odzyskanego śmietnika stuzłotowych (tysiącdrachmowych) banknotów? Ale kto powiedział, że „odzyskanego”? Żaden słaby rząd narodowy na globalnym rynku już nigdy nad śmietnikiem słabej narodowej waluty nie będzie panował.
Jednak Grecy nie tylko, że nie podzielają marzeń Kaczyńskiego i drobnych hien globalnego Forexu o suwerennej potędze słabych narodowych walut. Oni zgadzając się na rząd jedności narodowej (nie protestując nawet zbyt głośno przeciwko antyreferendalnemu dyktatowi grupy G-20) zgodzili się na zasadę, że polityka narodowa w czasach rynkowej globalizacji nie służy do przeżywania „silnej polityczności” (Dorn wygarnia Klichowi, Niesioł Kaczorowi, a PO-PiS obleśnie i solidarnie rży w Sejmie z Biedronia). Grecy zgodzili się na to (a wkrótce zgodzą się Włosi), że polityka narodowa w czasach globalizacji wyłania możliwie najsilniejszego reprezentanta narodu do uczestnictwa w polityce ponadnarodowej, która jako jedyna może (być może) przeciwstawić się globalnemu wolnemu rynkowi. Nie po to, by go zniszczyć, ale by go regulować, by zaprzęgnąć to krwawe bóstwo do służby człowiekowi.
Grecy mają zatem wielopartyjny rząd jedności narodowej. W Polsce Tuskowi udało się narodową jedność – od Gowina do Arłukowicza (czy Arłukowicz też rżał razem ze swoimi nowymi kolegami? a jeśli nie rżał, to czemu milczał?) – zmieścić we własnej partii. Może lepsza byłaby współpraca kilku partii, niż symulowanie ich istnienia w jednej pod postacią wieloskrzydłowej poczwary. Ale skoro nie mamy wyboru, skoro w naszym „republikańskim” kraju kapitału społecznego nie starcza nawet na to, by władza i opozycja współpracowały w kwestiach dla narodu „gardłowych”, wówczas oczywiście koncepcja rządu jedności narodowej wyłanianego przez Partię Jedności Narodowej Arłukowicza/Gowina jest jakimś rozwiązaniem, pod warunkiem, że nie śmiejemy się z Greków, bo sami z siebie śmiać musielibyśmy się głośniej.
Skoro jednak już rozstrzygnęliśmy, że demokracja w jednym kraju nie jest dziś możliwa, natrafiamy na barierę poważniejszą – legitymizacji. Oczywiście demokratycznie wyrażana wola ludu nie jest źródłem legitymizacji władzy jedynym, tradycyjne źródła legitymizacji to siła, poczucie bezpieczeństwa… Ale globalny zamordyzm to nie jest wizja przyjemna, ani dla lewicy, ani dla liberałów, ani dla konserwatysatów. Zatem problem demokratycznej legitymizacji polityki ponadnarodowej pozostaje i skrzeczy. Polityka narodowa ma – przynajmniej w Europie – tradycję i instytucjonalne mechanizmy demokratycznej legitymizacji, ale nie generuje już władzy, która byłaby zdolna równoważyć oddziaływanie globalnego rynku. Polityka ponadnarodowa może – potencjalnie, bo działania Komisji Europejskiej, G-20, MFW czy Banku Światowego jeszcze nas o tym nie przekonały – generować władzę, która zrównoważyłaby oddziaływanie rynku, ale nie ma demokratycznej tradycji i mechanizmów instytucjonalnych, które by ją legitymizowały. I to jest wielka dziura w demokracji sprawiająca, że globalny rynek jest dziś od niej władzą bez porównania silniejszą.
Kluczem do rozwiązania problemu jest ukonstytuowanie się globalnej opinii publicznej i globalnego ludu. Globalnej opinii publicznej – od przedszkola Wikileaks po prawdziwe globalne media. Globalnego ludu – od przedszkola „oburzonych”, ślepych i bezradnych „burzycieli maszyn”, w stronę globalnego ruchu politycznego z własnym Marksem, Millem, Tocquevillem, z własnymi krytycznymi filozofami i ekonomistami politycznymi, z własnymi globalnymi instytucjami organizowania politycznej woli (tu nawet moja wyobraźnia szwankuje). Na początek choćby europarlament prawdziwy, zamiast żałosnej wydmuszki, a później parlament globalny – choćby taki jak w Gwiezdnych Wojnach (prequelu), zanim go zły Kanclerz (w Zemście Sithów) z pomocą złego rycerza Jedi nie obalił. Bo ja również wolę globalną demokrację, niż globalny zamordyzm i pewnie w świecie George’a Lucasa krótkie życie spędziłbym w szeregach „rebeliantów”.
Robert Cooper – człowiek, który wymyślał politykę zagraniczną UE, zanim dostała się w ręce przysypiających nad biurkiem biurokratów – widział Unię (jedność w wielości Irlandia, Malta i Polska obok Francji, Holandii czy Belgii) jako model przyszłej politycznej globalizacji. I choć na razie walczymy w okrążeniu i w defensywie, to wierzę, że w przyszłości integracja globalnej polityki – europejskiej łącznie z amerykańską, brazylijską, rosyjską, a nawet chińską – będzie się odbywała po proroczych liniach wyrysowanych przez Roberta Coopera. Albo jej nie będzie w ogóle, lecz wówczas pozostanie nam tylko społeczno-ekonomiczny stan natury, spełni się alternatywna w stosunku do cooperowskiej wizja Margaret Thatcher: żadnego społeczeństwa, tylko silni mężczyźni, silne kobiety i ich silne „rodziny na swoim” pożerające mężczyzn, kobiety i „rodziny na swoim” słabsze od nich. Silni zżerający słabych w na nowo uklasowionym systemie edukacji, ochrony zdrowia, ubezpieczeń społecznych, w systemie przekazywania i dziedziczenia majątku, pozycji i wiedzy.
Ta katastrofa – o której tak bardzo marzą polscy „republikanie”, którzy nie są żadnymi republikanami, a jedynie zwykłymi dupkami – jest dla mnie najobrzydliwszą wizją przyszłości człowieka. Ale nie musi się spełnić. Wystarczy („wystarczy” – he, he) podjąć przeciwko niej skuteczną polityczną walkę.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...