|
Nie wiem, czy moje ostatnie felietony choćby jeszcze szczątkowo
podejmują temat „konserwatywnej modernizacji” (ciepła woda z kranu,
autostrady… cyt. za Robert Krasowski), czy może po prostu ogarnęła mnie
fascynacja pierwszą lepszą rewoltą. Fascynacja rewoltą i zadymą byłaby
zresztą zupełnie zrozumiała u kogoś, kto „politykę” zobaczył w Polsce w
okolicach sierpnia 1980. Trzydzieści lat później „Ruch 9/10 sierpnia”
(podobno faktycznie chce się tak nazywać) wyszedł na ulicę (aby później
się rozejść po klubach i domach) na wezwanie kucharza, a nie jakiegoś
świetnie przygotowanego teoretyka laicyzacji państwa (mamy takich paru w
naszym kraju obfitującym w inteligencję wszelkich możliwych odcieni).
Także w sierpniu 1980 Henryka Krzywonos była tramwajarką o dość
niesprecyzowanych poglądach, a nie specjalistką od obalania komunizmu
kształconą przez sowietologów z Yale. A przy murze stoczni, pomiędzy
krzyżami i portretami papieża uwijali się wtedy zarówno młodzi
konserwatyści z RMP, jak też anarchiści czy potomkowie „żydokomuny”.
Każda rewolta, jeśli szukać w niej teoretycznej spójności, zwykle nie ma
sensu. Szczęśliwie są filozofowie, którzy dopasowują teorię do rewolty,
ale są i tacy, którzy rewolty nawet nie dostrzegą, bo im teoretycznie
nie pasuje. Faktycznie, same z nią kłopoty i potem przez całe dekady
teoretyczna prawica z teoretyczną lewicą będą sobie jakąś dawną rewoltę
teoretycznie wydzierać. Podobnie z mistrzem Yodą czy zieloną peruką na
głowach ludzi, którzy zebrali się na Krakowskim Przedmieściu w nocy z 9
na 10 sierpnia. Czy to jeszcze słuszna (czyli śmiertelnie poważna) walka
ludu pracującego miast i wsi o sekularyzację państwa, czy już może
podejrzany „postmodernistyczny chaos”? Wy mi to powiedzcie, koledzy od teorii.
A ja w tym wszystkim? Raczej katastrofa. Okazałem się typowym dla
globalnej Rive Gauche starcem przed pięćdziesiątką, który na widok
każdej nowej rewolty dostaje chorobliwych rumieńców (oczywiście globalna
Rive Gauche zna jeszcze inną wersję zachowania starców w obliczu
rewolty, zapisaną w zbiorowej pamięci Uniwersytetu pod nazwą
topless-Adorno). Jakie to straszne w naszym śmiertelnie poważnym kraju,
kiedy ci od czasu do czasu radykalizm odbija, chociażby w stylu, no bo
już przecież nie na poziomie idei (tutaj nadal jestem dogmatycznym
sloterdijkistą). Przez kilka dni i nocy uginałem się zatem pod ciężarem
konserwatywnego poczucia winy, szczególnie wobec polskiego Kościoła,
zastanawiałem się nawet, czy w ramach postanowienia poprawy nie oddać
się rytualnej polemice z Tomaszem Piątkiem, który zrobił właśnie z Jana
Pawła II, naszego dobrego papieża od kremówek, jakiegoś Adolfa Hitlera
II, kiedy znów pomyślałem sobie o naszych poważnych przywódcach
państwowych i partyjnych. I poczucie winy, szczególnie w stosunku do
Kościoła katolickiego w Polsce, zniknęło bez śladu.
No bo taki prezydent Bronisław Komorowski (przejął właśnie
zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi) jest katolikiem publicznym,
elementem swojej kampanii wyborczej uczynił nawet procesję Bożego Ciała,
a jednak uznał, że problem krzyża na Krakowskim Przedmieściu powinien
za niego rozwiązać Kościół, który zapłaciłby za to wewnętrznym
rozchwianiem, kłótnią, czyli wszystkim, czego katolik Kościołowi życzyć
nie powinien. Kościół częściowo Komorowskiego wysłuchał, a częściowo
nie, jedni biskupi i księża zdystansowali się wobec krzyża na Krakowskim
Przedmieściu, inni chcą go bronić, ale żaden biskup ani ksiądz nie
odważył się krzyża przenieść. Zatem postępowanie Komorowskiego
przyniosło jeden tylko skutek. Osłabiło Kościół.
Ale to i tak nic w porównaniu z jeszcze bardziej katolicką opozycją
Platformy Obywatelskiej czyli PiS-em. Scenariusz Jarosława Kaczyńskiego
jest prosty: histerię smoleńską podkręcić do takiego stopnia, a w
dodatku tak ją sklerykalizować, żeby w końcu podrażnić nią lewicę,
zwolenników sekularyzacji, liberałów… trochę tego jest. Żeby zaczęli
zachowywać się nieco głośniej i być nieco bardziej widzialni, niż przez
ostatni tysiąc lat historii tego kraju. A kiedy na Krakowskim
Przedmieściu pojawią się ci straszni młodzi ludzie z mistrzem Yodą na
głowie, to z kolei przerazi się Kościół (Zapatero! Zapatero!… a może
jednak Alejandro!), a jeśli nie cały, to przynajmniej jego część. I ta
część wpadnie w ramiona Kaczyńskiego, który zrobi z niej swój własny
Kościół, pod wezwaniem „brata i bratowej”, którego dogmaty też są trochę
dziwne – „Tusk przed trybunał stanu”, „Komorowski-hańba, hańba!” – ale
nie takie rzeczy się działy, kiedy jakaś religia była jeszcze młoda.
Strategia Kaczyńskiego zupełnie świadomie zakłada co najmniej realne
osłabienie Kościoła, a w najlepszym razie jego rozbicie. Już się po
części udało, bo deklaracje prymasa Kowalczyka na temat krzyża na
Krakowskim Przedmieściu nie mają wiele wspólnego z deklaracjami przeora
Jasnej Góry na ten sam temat, a deklaracje abp. Nycza z deklaracjami
abp. Głódzia. Niżej w Kościele – czyli na poziomie katolickich mediów,
parafii, uczelni… - panuje jeszcze większy zamęt, więc zawsze się jakiś
kawałek Kościoła dla PiS-u da wyrwać. Jarosław Kaczyński i Antoni
Macierewicz mają w oczach swoich wyznawców nie mniejszą charyzmę, niż
półtora wieku wcześniej założyciele mariawickiej herezji. A ja na tle
tych wielkich polityków polskiej prawicy, fetowanych codziennie w wielu
parafiach i katolickich mediach, nie szkodzę chyba aż tak bardzo
polskiemu Kościołowi, nawet w najbardziej radykalnych z moich felietonów.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...