|
Rozróżnienie Tomasza Piątka na endecką Platformę i sanacyjno-oenrowskich obrońców krzyża jest ważne i cenne (uważałem tak już zanim przeczytałem ostatni felieton Piątka, w którym chwali mnie za „splantowanie Wildsteina” i ubolewa nad tym, że jego rozróżnienia nikt nie odnotował, ale że wcześniej o rozróżnieniu Piątka nie napisałem, więc niestety teraz będzie to wyglądać na wzajemną adorację w klasztorze sióstr bezhabitowych). Ze swojej strony chciałbym to rozróżnienie doprecyzować. Otóż obrońcy krzyża są sanacyjni jedynie w osobie Jarosława Kaczyńskiego, natomiast oenerowscy w gronie młodzieńców (dziś już po trzydziestce), których Jarosław Kaczyński kiedyś nawet próbował wychowywać do porządnego, propaństwowego sanacyjnego nihilizmu (dziś już nie chce mu się wychowywać, wyłącznie ich zastrasza), ale którzy nie rozumieją nawet tego, dlaczego usunął on ze swojej partii Marka Jurka. Z kolei endeckość Platformy ma swoją komponentę sanacyjną w postaci liderów tej partii, którzy władzę osobistą i środowiskową przedkładają ponad przypadkowe idee bez konsekwencji, i tak jak późna sanacja potrafiła lawirować pomiędzy narodowcami i socjalistami, oni potrafią lawirować pomiędzy niedobitkami Wszechpolaków z LPR-u i Tomaszem Nałęczem. Mimo tych uściśleń, uważam, że rozróżnienie Tomasza Piątka ma zupełnie podstawową zaletę, odzwierciedla poczucie ciasnoty, jakie łączy większość lewicowców, część liberałów, a nawet paru świeckich konserwatystów, kiedy mają do wyboru niezwykle szerokie ideowe spektrum rządzącej od 2005 roku polskiej prawicy, sięgające od Antoniego Macierewicza po Jarosława Gowina. Dlaczego najdalej na lewo wśród polskiej prawicy wymieniam Jarosława Gowina? Ponieważ Donald Tusk, Jan Krzysztof Bielecki czy Grzegorz Schetyna nauczyli się przez lata swoją ideowość maskować, przedkładając ponad nią pragmatyzm bezobjawowej władzy nad polską materią. Ale rzeczywistość jest ciasna nie tylko dla ludzi uwięzionych w wiecznotrwałym PO-PiS-ie (jak mogłem się kiedyś uważać za wdowę po PO-PiS-ie, jak można się uważać za wdowę po kimś, kto nigdy nie umrze?). Rzeczywistość jest ciasna nawet dla jedynego w dzisiejszym świecie globalnego imperium. Jakiś tydzień temu administracja Obamy ogłosiła wycofanie jednostek bojowych z Iraku. Pozostały tam jednostki niebojowe w sile 50 tysięcy, a także wielotysięczne bojowe niejednostki w postaci prywatnych armii sprowadzonych do Iraku przez amerykańskie korporacje, których to prywatnych armii administracja Obamy (być może słabsza od nich) ani władze Iraku (słabsze od administracji Obamy) mimo wielu zapewnień wyprowadzić nie mają zamiaru. Przy okazji rzecznik Obamy wyjaśnił, a uczynił to w porządnym neokońskim języku, że amerykańska armia musi w Iraku pozostać, aby stabilizować region i chronić amerykańskie inwestycje w tym kraju sięgające biliona (tysiąca miliardów) dolarów. Wielkość sumy wynika stąd, że do inwestycji została zaliczona część wydatków na wojnę. To trochę tak, jakby do izraelskich inwestycji w Strefę Gazy doliczyć koszty operacji Płynny Ołów. Konieczność ochrony inwestycji tego rodzaju uczyniłaby wszelkie rozmowy pokojowe jeszcze trudniejszymi. Obama zredukował zatem siły amerykańskie w Iraku, ale ich nie wycofał, zwiększył za to liczebność sił amerykańskich w Afganistanie. Kontynuuje z grubsza plan przemieszczenia sił amerykańskich, którego realizację rozpoczęto w ostatnim roku prezydentury Busha juniora. Rozpoczął je zresztą dla Busha ten sam Sekretarz Obrony, który dziś służy Obamie. Czy zatem Obama jest spadkobiercą sanacji i oeneru, czy raczej zwykłej endecji? Rozróżnienie ciekawe, choć nieco scholastyczne. A i tak Amerykanie ze zrozumiałym zapałem emocjonują się własną polityką. Wybierali pomiędzy Obamą i McCainem, a w przyszłości być może będą wybierać pomiędzy Obamą i Sarą Palin, bo jest to jedyny istotny wybór, jaki oferuje im amerykańska scena polityczna. Obama nieco przynajmniej zeuropeizował ubezpieczenia socjalne, walczy o niewielkie redystrybucyjne korekty systemu podatkowego. Nic wielkiego, ale chyba warto rozróżniać między nim a Republikanami (rozróżnienie pomiędzy np. Gowinem i Migalskim byłoby bez porównania trudniejsze). Jednak jako prezydent globalnego imperium Obama uznał, że wyboru nie ma żadnego. Musi siedzieć i w Iraku, i w Afganistanie, musi chronić „amerykańskie inwestycje” na całym globie, musi wydawać na zbrojenia więcej, niż wszyscy najważniejsi konkurenci Ameryki (Rosja, Chiny i jeszcze parę krajów łącznie z Izraelem, którego militarne rachunki też Ameryka w ogromnej części płaci) razem wzięci. Z kolei cały świat (łącznie z Chinami itp.) finansuje amerykański deficyt płacąc na armię, która wciąż zapewnia w nim Pax Americana. Pax Americana, którego nikt nie lubi, ale którego jakoś nikt nie kwapi się zastąpić. W ten sposób, nawet kiedy chcemy poznać treść ostatniej rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z bratem, musimy zwracać się do Amerykanów, bo Łukaszenko nie ma tyle pieniędzy, aby podsłuchiwać rozmowy prowadzone nad terytorium własnego państwa, podczas gdy Amerykanie mają wystarczająco dużo pieniędzy, aby podsłuchiwać cały świat, bo z rozmaitych powodów cały świat im tych pieniędzy dostarcza. Świat jest w ogóle ciasny, wybór w nim niewielki. Marzenie o Wielkiej Dzikości zupełnie w tej sytuacji zrozumiałe. Ja tego marzenia nie odczuwam jedynie dlatego, że od dzieciństwa byłem nerdem nie lubiącym się bić. Ani na podwórku, ani na szkolnym korytarzu… Ostatecznie zawsze bić się było trzeba, ale odraza pozostała. Arystokratyczne pasje starego Rymkiewicza (masakra, wieszanie i inne metafory Wielkiej Politycznej Dzikości) uważam za Wielkie Gówniarstwo, bo każda Wielka Dzikość, poza przepięknymi pejzażami, to po prostu zwyczajna dzika przemoc. Nie wierzę też w Boga przemocy, nie sądzę, by komuś takiemu chciało się tworzyć świat, chyba że stworzył go dla sadystycznej uciechy. Podzielam pogląd, że Stworzenie było raczej katastrofą, której skutki próbują łagodzić anioły w rodzaju Immanuela Kanta albo – mającego na swoim koncie zdecydowanie mniej w tej mierze sukcesów – Maksymiliana Robespierre (cyt. za Michel Houellebecq). Więc ja w pewnym momencie swego życia świadomie wybrałem „klimatyzowany koszmar”, „kryształowy pałac”, „europejską szklarnię”… (tutaj można dodać jeszcze parę wysokiej klasy artystycznych epitetów, które jakoś mnie jednak od tego projektu nie odstraszają). Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...