|
Debata budżetowa na Wyspach toczy się ciekawiej, niż ta zapoczątkowana przez Krzysztofa Kłopotowskiego i przeniesiona na wyższy poziom beknięciem Rafała Ziemkiewicza (bo trudno jego tekst o Agnieszce Holland Z cudzej piersi się wyrwało nazwać felietonem według najbardziej nawet tolerancyjnie zastosowanych kryteriów formalnych) dyskusja o tym, kto ma prawo rozmawiać na „polskie tematy”, bo „jest Polakiem”, gdyż żaden z jego przodków nie należał do KPP. Może Ziemkiewicz uważa swoje kryterium za bardziej subtelne na tle Kłopotowskiego (który po prostu stwierdził, że gazeta, która „realizuje w Polsce ewolucyjną strategię judaizmu”, nie powinna pozywać „polskiego poety”), ale akurat wkład Agnieszki Holland w polską kulturę jest większy niż dotychczasowy wkład Ziemkiewicza, co bez wątpienia daje jej prawo zabierania głosu w „polskich sporach”, i to po dowolnej stronie. Wystarczy przypomnieć choćby jej Aktorów prowincjonalnych, Gorączkę (według Dziejów jednego pocisku Struga, który - tak dla wiedzy Ziemkiewicza - nie był KPP-owcem, ale niepodległościowym socjalistą), a wreszcie film Zabić księdza, który mając w obsadzie bardzo wówczas popularnego Christophera Lamberta (świeżo po pierwszym Nieśmiertelnym) i Eda Harrisa, promował na całym świecie męczeństwo ks. Popiełuszki z rąk Grzegorza P.
Ziemkiewicz imitujący prawicowych didżejów radiowych, których widział w Stanach (no bo przecież nie Allana Blooma, którego akurat imituje Legutko), jest w polskiej kulturze nieco bardziej „cudzy” niż Agnieszka Holland i może o polskiej historii będzie miał prawo z nią podyskutować, jak odbębniając swoje zadłużenie karmiczne, po raz dziesiąty powróci nad Wisłę, znów trafi na warszawską polonistykę, gdzie po raz pierwszy przeczyta zadane lektury (np. Brzozowskiego, żeby dowiedzieć się, że miał on jednak coś wspólnego z lewicą, o czym „zakorzeniony w narodowej kulturze” Ziemkiewicz nie słyszał).
Tymczasem w wyspiarskiej polityce, mimo udanego „marszu ćwierć miliona”, torysi nadal mają inicjatywę, a Labour nadal przeprowadza - jak to mawiano w biuletynach Wehrmachtu z frontu wschodniego - uporządkowany manewr konsolidacyjny. Bo i problem jest głębszy, jak zwykle z poziomu bazy, a nie wyłącznie nadbudowy. I problem ten masakruje zarówno reformistyczną strategię Labour, jak i rewolucyjną strategię torysów wobec deficytu budżetowego i „niskiego wzrostu” (znowu eufemizm w stylistyce komunikatów frontowych). W nierozważnej i romantycznej epoce Margaret Thatcher wyprowadzono z Wysp produkcję, przy okazji osładzając to teorią społeczeństwa postindustrialnego (przemysł u chińskich parobków, a u nas najnowocześniejsze technologie, produkcja wiedzy, usługi itp.). Teoria społeczeństwa postindustrialnego okazała się jednak tak naprawdę teorią społeczeństwa konsumpcyjnego. A społeczeństwo konsumpcyjne, żeby właściwie funkcjonować, wymaga pieniędzy, dużych pieniędzy, w dodatku dystrybuowanych i redystrybuowanych dla wszystkich, także dla „byłego proletariatu”, który w wyniku dezindustrializacji tylko w niewielkiej części stał się klasą średnią, jak mu to obiecywała Margaret Thatcher, a w większej części stał się podklasą. Pompując do podklasy całkiem spore socjalne zasiłki, tutejsi konserwatyści i Partia Pracy utrzymywali zarówno spokój społeczny, jak też popyt. Zarówno oddawali się „sprawiedliwości”, jak też oliwili kasą i utrzymywali w ruchu maszynę „społeczeństwa konsumpcyjnego” i jego „postindustrialnej gospodarki”.
Kiedy jednak przy okazji kryzysu finansowego zabrakło także pieniędzy, czyli głównego napędu masowej konsumpcji, cała teoria społeczeństwa postindustrialnego (hipermarkety zamiast hut, fastfoody zamiast kopalń, platormy telewizji cyfrowej zamiast zakładów tekstylnych) poszła się bujać. Dzisiaj teoretycy społeczeństwa postindustrialngo piszczą już tylko bezsilnie: „Chińczycy, oddajcie nam nasze pieniądze!” Ale Chińczycy nie chcą oddać, bo przecież ich neokulisi ciężko na te pieniądze zapracowali. Podobnie zresztą jak nie chcą „postindustrialnym gospodarkom” oddać otrzymanych z budżetów pieniędzy największe banki i fundusze inwestycyjne, choć nie Chińczycy nimi zarządzają, ale Amerykanie, Anglicy, Francuzi, wyposażeni w jak najbardziej zachodni i kapitalistyczny „kod kulturowy” (cyt. za wiecie kim). Związkowcy i Partia Pracy słusznie zwracają uwagę, że konserwatyści, zabierając kilkadziesiąt miliardów funtów z socjalu i sektora publicznego, dodatkowo zduszą wzrost gospodarczy, bo zduszą konsumpcję. Jeden sir Philip Green ze swoim Topshopem, choćby nawet całkiem zwolniony z płacenia podatków, dziury popytowej po paru milionach beneficjentów pomocy socjalnej i paru kolejnych milionach pracowników sektora publicznego, którym „zaciśnięto się pasa”, sam nie zapełni.
Ale reformistyczny postulat angielskiej lewicy („cięcia wolniejsze i płytsze”) ma także jedną podstawową słabość: skoro najpierw z Wysp uciekła produkcja, a teraz pieniądze, to z czego pompować masową konsumpcję, w dodatku z przedkryzysowym rozmachem? A przecież bankom, funduszom inwestycyjnym i sir Philipom Greenom rozliczającym się podatkowo poprzez żony zarejestrowane w Monako żaden polityk zachodni na ogon nie nadepnie. Na ogon OFE nadepnął Tusk, tylko dlatego, że naprawdę musiał, i zobaczcie, co się z nim porobiło.
Jest jeden wyjątek w skali globalnej. Ten wyjątek nazywa się Niemcy. Sporo zachowanego przemysłu i to nawet bardzo ciężkiego, gigantyczna nadwyżka handlowa i to w proporcjach chińskich, ale w przeciwieństwie do Chin to wszystko połączone z najlepiej w świecie opłacamymi robotnikami, z najwyższym stopniem uzwiązkowienia, z bardzo silnie rozbudowaną redystrybucją, także z silną lewicą (nawet jeśli ostatnio nieco częściej jest w opozycji, a niektórzy jej historyczni liderzy pracują w Gazpromie). Gospodarka niemiecka jest bardzo „droga” jeśli chodzi o koszta społeczne (i polityczne, bo Niemcy postanowiły przenieść przez kryzys na własnym grzbiecie całą strefę euro, żeby skorzystać z niej później), a jednak i tak pozostaje konkurencyjna z uwagi na jakość swoich produktów i ich technologiczne zaawansowanie. Niemieckie banki reinwestują w niemiecką gospodarkę otrzymane od niemieckiego budżetu pieniądze, niektórzy niemieccy biznesmeni płacą nawet podatki i lokują produkcję zarówno na peryferiach globalizacji, jak też u siebie (wedle poziomu jej komplikacji).
Jaka jest odpowiedź na niemiecką zagadkę? Jak niemiecki model imitować? Przyznam, że nie wiem. Nawet felietonista nie powinien tak zupełnie ukrywać swojej ignorancji, udawać Leonarda da Vinci, który znał się i na malarstwie, i na maszynach oblężniczych, i na latających, więc jako komentator największych polskich dzienników świetnie by się sprawdził, bo to praca wymagająca rozległej wiedzy ogólnohumanistycznej (sam coś o tym wiem). Może odpowiedzią jest niemiecki patriotyzm, poczucie wspólnoty, tradycja? To niebezpiecznie przybliża nas jednak do „strasznego Kaczora”. Tylko że on wierzy w możliwość zadekretowania wspólnotowego patriotyzmu w typie bismarckowskim (Bismarck to znany „północnoeuropejski socjaldemokrata”, mam nadzieję, że Michał Sutowski się ze mną zgodzi), wyprodukowania go przez katastrofę smoleńską albo przez intelektualnych stachanowców resentymentu pracujących nawet po godzinach, w rodzaju Zdzisława Krasnodębskiego czy Jarosława Marka Rymkiewicza. Ja się jednak obawiam, że to nie wystarczy. Kulczyk niemieckim przemysłowcem się akurat po Smoleńsku nie stanie, podobnie jak Krauze. Wątpliwe też, aby niektórzy liderzy „Solidarności” stali się związkowcami niemieckimi, którzy w hierarchii priorytetów płace minimalne i prawo pracy mają wyżej niż Smoleńsk i Katyń (w niemieckim kontekście to by oznaczało Stalingrad) albo „polski krzyż” (w tłumaczeniu na niemiecki to zapewne krzyż żelazny). A dyskusję Leszka Balcerowicza z pewnym niemieckim politykiem o intelektualnych ambicjach, Kurtem Biedenkopfem, zresztą chadekiem, sam oglądałem kiedyś w wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku. Była to dyskusja peryferyjnego UPR-owca, człowieka puszącego się świeżo odkrytą wiedzą o rządzącej kapitalizmem zasadzie nieskrępowanego egoizmu, z kimś, kto usiłował temu człowiekowi wytłumaczyć, że nawet kapitalizm jest osadzony w pewnej politycznej, społecznej, kulturowej, etycznej, czasem nawet religijnej ramie. Zatem tajemnica niemiecka pozostaje póki co tajemnicą także dla nas.
Anglicy niemieckiego poczucia wspólnotowości też już od dawna nie mają. ABR zwróciła moją uwagę na reklamę zdobiącą witrynę pobliskiego sklepu mięsnego: „U nas tylko angielskie mięso”. I zauważyła z przekąsem, że jest to znak czasu, bo jak przechodziła obok angielskich sklepów mięsnych kilkanaście lat temu, w apogeum mody na thatcheryzm, to prędzej znalazłoby się wtedy w ich witrynie reklamę: „U nas na pewno nie ma mięsa angielskiego, wyłącznie steki z argentyńskiej wołowiny”. Nawet jak Żelazna Dama urządzała akurat swoją kiplingowsko-kitchenerowską wyprawę na Malwiny/Falklandy, to thatcherowscy patrioci argentyńskich steków do Tamizy nie wyrzucali. Nie są w końcu amerykańskimi neokonserwatywnymi bucami, co to wylewali bordeaux do Potomaku, jak im się Chirac znarowił. Ale jak się już od dawna nie ma produkcji, bo powędrowała do Azji, a i konsumpcja zaczyna szwankować, bo do Azji powędrowały także pieniądze, wówczas wszystkie te staroendeckie hasełka w rodzaju „Anglicy kupujcie angielskie!” to już tylko hipokryzja i histeria, nawet nie porządna reakcyjna ideologia.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...